„Coś do czytania”

Sączę herbatkę w schludnym mieszkanku M. Zawsze podziwiałam jej umiejętność panowania nad materią nieożywioną. Wszystko w tym domu ma swoje miejsce, ubrania nie zalegają na fotelach i krzesłach. Są w szafie. Zabawki nie są porozrzucane po kątach, zamieszkują pokój dziecięcy starannie posegregowane w oddzielnych pudełkach: osobno przybory kuchenne, tory kolejowe, klocki, maskotki… Rzucam czasem tęskne spojrzenie z mojego balkonu do tej pięknie uporządkowanej przestrzeni, z nadzieją, że i mój żywioł domowy da się kiedyś tak opanować. Chwilowo jednak moce przerobowe, którymi dysponuję mają się nijak do siły tworzenia chaosu przez mieszkańców mojego domu.

Zabawkom z okazji naszego przybycia pozwolono zawędrować do salonu. Dzieci przygotowują obiad. W maleńkich blaszanych garnuszkach gotują zupę z plastikowej kiełbaski i marchewki. Na drugie danie będzie drewniana pizza z doczepianymi na rzepy dodatkami. Do wyboru jest ser, salami i pomidor. Próbując gotowych specjałów, rozmawiam z M. W pewnym momencie M. zagaduje: „Zaglądałam ostatnio na twój blog i byłam rozczarowana, że nie ma nic nowego do czytania”. Poczułam się przynaglona. Nie chcę by droga sąsiadka musiała dłużej czekać, zatem wrzucam „coś do czytania” 😊.

Fotografie – małe pudełka na wspomnienia. My – kolekcjonerzy chwil próbujemy zamknąć w nich niepowtarzalność, upakować upchnąć jak najwięcej, przytrzymać czas, nie dostrzegamy jak przez szczelinę wieczka pomału sączy się nasza pamięć. Niby mamy wszystko czarno na białym, a raczej na kolorowym, wszystkie kształty, kontury, detale, miny, widać wyraźnie. Już po niedługim czasie nie pamiętamy jednak zapachu morskiej bryzy, naszych myśli, samopoczucia, czy naprawdę mięliśmy wtedy dobry nastrój, czy tylko uśmiechnęliśmy się do zdjęcia a po chwili znowu wróciliśmy do naszych sporów? Nie pamiętamy chwil, ich kształtu smaku i zapachu, zostaje nam w dłoni jedynie ich poblask, ulotny obraz.

Nie potrzebujemy już aparatu, drogich klisz, minęły czasy czekania po kilka dni na wywołanie fotografii. Wystarczy wyciągnąć z kieszeni telefon i pstryk. Kolejna chwila ląduje w elektronicznym archiwum Jana Kowalskiego. Po co? By naszemu trwaniu nadać głębszy sens? By udokumentować swoją niepowtarzalną codzienność dla przyszłych pokoleń? By zyskać setki polubień na portalach społecznościowych? Sama łapię się na tej presji uwieczniania, szczególnie moich dzieci, które są wdzięcznymi modelami. Chcę każdą chwilę zachować, zatrzymać, żeby nic nam nie umknęło. Niby nie ma w tym nic złego, poza jednym „ale”. Gdy nasza obecność tu i teraz przegrywa z obsesją dokumentowania każdego kroku. Kiedy przestajemy życie przeżywać, a zaczynamy bardziej skupiać się na multiplikowaniu póz. Gdy jesteśmy zajęci bardziej promowaniem siebie czy swojej rodziny w Internecie, niż faktycznym byciem z nimi.

Na fejsie pięknie wygląda rodzinne zdjęcie z wakacji. Nie widać na nim naszych relacji. Nie widać tego czy się kochamy? Czy pielęgnujemy naszą miłość? Czy dbamy o to by konflikty rozwiązywać bez przemocy? Wystarczy, że wszyscy powiedzą: „ser” i rodzinka wygląda jak z obrazka. Za uśmiechem można wiele schować. A więc w to lato, może trochę na przekór naszym przyzwyczajeniom, odłóżmy rejestratory pozorów i zajmijmy się byciem tu i teraz z tymi, którzy są obok nas. Żeby nasi bliscy nie utożsamiali się z tym smutnym powiedzonkiem: „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.”

 

Uściski dla M.!

 

Do grafiki użyłam zdjęć autorstwa Alexas_Fotos i ErikaWittlieb z Pixabay

Walka o miejsce w przedszkolu jest zaciekła i często daleka od zasad fair- play.

Mamy kwiecień. Za kilka dni rodzice dzieci przedszkolnych i szkolnych dowiedzą się czy ich pociechy przyjęto do wymarzonych placówek. Mieszkam w dzielnicy, w której w przeciągu kilku ostatnich lat przybyło wiele bloków mieszkalnych co za tym idzie wzrosła liczba ludności. Nowo powstałe mieszkania zasiedlają najczęściej rodziny z dziećmi. Problem w tym, że w ostatnim czasie w okolicy nie powstało żadne nowe przedszkole czy szkoła. Szkoły radzą sobie z napływem dzieci przechodząc na system zmianowy. Ten zabieg nie działa jednak w przypadku przedszkoli. Rodzice często z braku miejsc zmuszeni są szukać placówki dla swoich pociech w innych dzielnicach. Walka o miejsce w przedszkolu jest zaciekła i często daleka od zasad fair- play.

 

Dialogi osiedlowe

Karolina mama trzyletniej Amelki i Ewa, mama pięcioletniego Stasia. Spotykają się czasem w osiedlowej piaskownicy. Karolina od września planuje wrócić do pracy, którą przerwała po narodzinach córki. Ewa pracuje. Oprócz Stasia ma jeszcze starszą córkę Olę w pierwszej klasie.

– Boję się, że nie dostaniemy się do żadnego przedszkola w naszej dzielnicy. Mamy raptem kilka punktów za płacenie podatków w miejscu zamieszkania, to wszystko – mówi Karolina.

– Ja się bez problemu dostałam do przedszkola „Bajka” (naprzeciwko bloku) – odpowiada Ewa.

– Ale jak to?

– Normalnie, wystarczyło pogadać z dyrektorką, ona jest bardzo otwarta i miła. Poza tym wpisałam, że jestem samotną matką. Tego nikt nie sprawdza.

– Poważnie?

– Słuchaj, wiem o czym mówię, już dwa lata Stasio jest w tym przedszkolu, wcześniej była Ola. Mój mąż nawet działa w radzie rodziców.

– I nikt się was nie czepia?

– Nikt. Ostatnio sadziliśmy drzewka z dziećmi na placyku zabaw. Mąż zorganizował taką akcję ekologiczną. To przedszkole jest fantastyczne…

 

I w zasadzie, od lat nic się nie zmienia

 

Wpis z dyskusji z forum.gazeta.pl : https://forum.gazeta.pl/forum/w,567,165768292,165768292,samotne_matki_w_rekrutacji_do_przedszkola.html

kochamruskieileniwe 19.03.18, 10:23

„Teoretycznie oświadczenie się pisze.
Jednak większość traktuje te oświadczenie – jako świstek, który wiele może ułatwić, a którego konsekwencje prawne nie brane są pod uwagę. Zwłaszcza, że rzadko są sprawdzane.

Hmmm… watek z cyklu pojawiających się co roku. I w zasadzie, od lat nic się nie zmienia. Bo uczciwość nie popłaca ”

 

Z życia mam…

Zdarza się, w dużych miastach, że chętnych na miejsce w przedszkolu jest tak wielu, że nawet bycie samotnym rodzicem czy rodzicem wielu dzieci (za wielodzietność tez przyznawane są punkty) nie gwarantuje dostania się do placówki. Taką sytuację ma Basia mama trójki dzieci. Jedna z córek uczęszcza do obleganego przedszkola, Basia czeka na wyniki rekrutacji drugiej latorośli. Dostała sporo punktów za wielodzietność i za rodzeństwo w placówce pierwszego wyboru, ale chodzą słuchy, że prawie wszystkie zgłoszenia to samotne matki i osoby wielodzietne, więc nie można być pewnym miejsca. Basia zapowiedziała dyrektorce, że nie odpuści jeśli jej dziecko się nie dostanie. Będzie codziennie w tym przedszkolu odbierać starszą córkę i będzie widziała kto jest samotny a kto ściemnia.

Justyna opowiada: „Pamiętam, jak ciężko było mi dowozić najstarszą córkę autobusem do przedszkola w sąsiedniej dzielnicy, gdy byłam w trzeciej ciąży. Jedno dziecko w wózku, jedno obok mnie, jedno w brzuchu. W tamtym okresie łapały mnie takie bóle że nie byłam pewna czy dotrę z nimi do domu. Nie było szans żeby mąż ją odbierał. On wraca do domu koło 18. W momencie zapisywania do przedszkola nie byliśmy jeszcze wielodzietni i nie mięliśmy szans na miejsce w okolicy. Kiedyś spotkałam koleżankę, która radośnie trajkotała o tym jak fantastyczne przedszkole mamy pod blokiem.

– Jak się tam dostałaś -zapytałam zdziwiona – przecież masz jedno dziecko?

– „Wychodziłam” sobie to miejsce – odparła, po czym ucięła rozmowę, odwróciła się na pięcie i poszła dalej.

Mieszkamy w tym samym bloku – relacjonuje Justyna. Jak ona sobie „wychodziła” to miejsce? Musiała napisać jakąś ściemę – mówi zirytowana. – Wiesz, jak to jest usłyszeć coś takiego, kiedy boisz się, że urodzisz w tym autobusie? Ile stresu kosztowało mnie i moje dzieci, żeby dojechać i wrócić z przedszkola? Jak często krzyczałam na nie z nerwów i z bólu? Kto nam zwróci ten czas? Ktoś sobie po prostu „ot tak” ułatwił życie”.

Może Justyna miałaby szansę dostać się gdzieś bliżej gdyby mniej osób kombinowało, albo gdyby komuś z dyrekcji chciało się weryfikować „deklaracje”.

 

Uprzywilejowane miejsce

Samotne matki – to grupa, która z uwagi na większe obciążenie życiowymi wyzwaniami niż pełna rodzina ma dodatkowe punkty w procesie rekrutacyjnym do przedszkola i szkoły. Punktów jest na tyle dużo, że ich otrzymanie zazwyczaj rozstrzyga o dostaniu się do wymarzonej placówki.

Kilka lat temu została zainicjowana ciekawa akcja społeczna pod tytułem: „Czy naprawdę chciałbyś być na naszym miejscu”. https://bagatela23.wordpress.com/2010/01/12/czy-naprawde-chcialbys-byc-na-naszym-miejscu/ Akcja skierowana do nieuczciwych kierowców, którzy zajmują uprzywilejowane miejsca parkingowe.

Myślę, że w temacie rekrutacji do szkół i przedszkoli, przydałaby się kolejna akcja społeczna: „Jestem samotna matką. Czy chciałabyś być na moim miejscu?”

Nieprzyjazny ekosystem

W wielkim mieście dzieci spędzają niejednokrotnie w placówkach szkolnych i przedszkolnych cały dzień (czas pracy rodziców plus czas dojazdu, co czasem daje 10 godzin!!!). Dzieci są przemęczone, rodzice zestresowani. Brak dostatecznej liczby przedszkoli w dzielnicach, w których przybywa mieszkańców, sprzyja zaciekłej walce o miejsca. Miejska dżungla rządzi się prawami dżungli. Wygrywa silniejszy, sprytniejszy. Czy musi tak być?

Warunki życia rodziny w dużej aglomeracji są trudne, tym bardziej cenna postawa osób, które nie ulegają pokusie ułatwienia sobie życia kosztem innych.

Znam wiele mam, podziwiam je wszystkie za codzienne zmagania z życiem, walkę o godny byt dla siebie i swoich dzieci. Te, którym przyszło toczyć ten bój w pojedynkę, są naprawdę bardzo obciążone życiowymi wyzwaniami. Jak mama Weroniki ze szkoły mojego dziecka, której mąż zmarł kilka lat temu. Posiłkuje się pomocą swojej rodzicielki, która co kilka tygodni pokonuje ponad trzysta kilometrów by pomóc jej przy dzieciach. Babcia Weroniki ma chorą nogę, porusza się o lasce. Daje z siebie wszystko by pomóc córce i wnukom. To bardzo dzielne kobiety.

Wielkomiejska dżungla to specyficzny ekosystem. Bywa nieprzyjazny dla swoich mieszkańców. Myślę, że mimo wszystko warto być uczciwym. Można w tym gąszczu znaleźć własną ścieżkę bez podstawiania nogi innym.

 

 

 

*Imiona i nazwa przedszkola w artykule zostały zmienione.

* Aktualizacja: wyniki rekrutacji już są. Do przedszkola w naszej okolicy przyjęto dwadzieścia czworo dzieci, dwieście czterdzieści sześć się nie dostało, w okolicznych placówkach proporcje są podobne – taka dżungla.

 

 

 

 

„My favorite things”

„My favorite things” to piosenka z Broadwayowskiego musicalu „The Sound of Music” z 1959 roku autorstwaRicharda Rodgersa i Oscara Hammersteina II. W wersji filmowej z 1965 roku śpiewa ją Julie Andrews. Słowa piosenki są odniesieniem do rzeczy, które jej postać – Maria kocha, takich jak „krople deszczu na różach i wąsy kociąt. Jasne miedziane czajniki i ciepłe wełniane rękawiczki”. Maria przywołuje te rzeczy by poprawić sobie nastrój, gdy jest jej smutno. „My favorite things” –  to także jeden z najważniejszych albumów jazzowych autorstwa amerykańskiego jazzmana Johna Coltrane’a, wydany w 1961 roku. Płyta zawiera jazzowe interpretacje standardów popowych, między innymi wspomnianej piosenki z musicalu „Dźwięki Muzyki”. Poza wersją Coltrane’a https://www.youtube.com/watch?v=qWG2dsXV5HI  najbardziej polecam pełne energii wykonanie Kelly Clarkson: https://www.youtube.com/watch?v=900UL24AUUM.

W jednym z moich ulubionych filmów – „Amelii” z 2001 r. jest scena, w której główna bohaterka mówi o  czynnościach, które sprawiają jej radość. Są to: obserwowanie w trakcie seansu kinowego twarzy innych widzów, zanurzanie ręki głęboko w worku z ziarnem, rozbijanie łyżeczką skorupki karmelu na kremie, puszczanie kaczek na kanale św. Marcina. Ta scena z resztą kończy się piękną fortepianową kompozycją: https://www.youtube.com/watch?v=rDVpUUMj7gw . Tytułowa bohaterka nie miała łatwego dzieciństwa. Nie otrzymała zbyt wiele czułości od zachowawczego ojca i nerwowej matki. Mimo to dorosłej Amelii udało się ocalić wrażliwość na świat i ludzi żyjących wokół niej. Przypadek sprawia, że zaczyna wykorzystywać swoją uważność na otaczającą ją rzeczywistość, do pomagania innym. Jej ukryta działalność dostarcza wiele radości i wzruszeń jej sąsiadowi, przypadkowemu nieznajomemu a także jej ojcu. Wreszcie i sama Amelia znajduje szczęście u boku tajemniczego mężczyzny z fotografii. Zachwyca mnie w tym filmie poetycka narracja. Rzeczywistość staje się magiczna, przy czym każdy jej szczegół, każdy detal ma swoje niezastąpione miejsce i swoje znaczenie. W dzisiejszym świecie, w którym ciągle za czymś gonimy, nader często gubią się nam małe radości i cuda, które codziennie dzieją się wokół nas. Mało tego, w natłoku bodźców i pilnych spraw nie raz gubimy się sami sobie. Sami siebie coraz mniej znamy.  „Favorite things” pomagają bohaterom musicalu i filmu Amelia, przetrwać trudne chwile i zachować wrażliwość.

Tłumaczenie na Polski przytoczonego tytułu piosenki brzmi – „ulubione rzeczy” – ale to określenie jest trochę toporne. Poetom wolno więcej, więc pozwoliłam sobie na potrzeby tego wpisu stworzyć nowe słowo ulubioności – jak wam się podoba?

Chciałabym dzisiaj zaprosić was do zastanowienia się nad tym, jakie są wasze ulubioności? Chcę was, drodzy czytelnicy zachęcić by ich szukać. Gdyby ktoś miał ochotę się podzielić byłoby super. Tymczasem ja podzielę się swoimi.

„My favorite things” – moje ulubioności

Dzisiaj ku mojemu zaskoczeniu zorientowałam się, że jedną z moich ulubionych czynności jest usuwanie plam mydełkiem do odplamiania i patrzenie jak znikają. Autentycznie sprawia mi to frajdę. Lubię też, gdy jest burza, obserwować błyskawice. Lubię zapach spryskiwaczy do szyb w samochodzie – już na zawsze będzie mi się kojarzył z pewną wyprawą rodzinną do Szczyrku wiele lat temu. Uwielbiam patrzeć na liście kołyszące się na wietrze, jeździć na rowerze po lesie, chodzić boso po trawie, pływać w jeziorze w czasie deszczu.

„My familly favorite things” – moje ulubioności związane z rodziną

Czytanie bajek. Dzięki dzieciom mogę wrócić do tych książek, które sama kochałam jako dziecko. Sprawia mi dużą radość, gdy podobnie entuzjastycznie reagują na te bajki, które sama lubiłam. Są to na przykład „Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy, czy „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa.

Słuchanie. Lubię przysłuchiwać się rozmowom między dziećmi, przyglądać ich sposobowi postrzegania świata.

Przytulanie. Cieszy nas przytulanie. Choć zauważam, że im my jesteśmy starsi tym bardziej chcemy się przytulać – im dzieci są starsze tym chcą mniej.

Kreatywność. Lubię patrzeć, gdy dzieci coś tworzą, choćby to była kulka z plasteliny albo sieć kolorowych kresek pod tytułem „mama”.

 

Myślę, że nasze „favorite things” są ważne. Po co nam są? Może po to, by jak mówi piosenka, kiedy przyjdą gorsze chwile, nie było nam tak smutno? By uczyć się cieszyć życiem, smakować je? By zauważać codzienne małe cuda? Macie jeszcze jakieś pomysły? Życzę wam udanej majówki!

 

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowym wpisie, napisz do mnie na adres: almadecasa03@gmail.com