Dzieci, ryby, rzeki…

Proszę państwa oto miś…
– Mamo, dlaczego oni je tak meczą – pyta dziewczynka zwiedzając Zoo na widok zwierząt w klatkach.
– Nie, co ty, one mają tu dobrze – tłumaczy mama.
– Poczytaj sobie – mówi do córki. Z notatki zamieszczonej na tablicy informacyjnej wynika, że wspomniane zwierzę nie występuje na wolności. Jedyne okazy to te które przetrwały w ogrodach zoologicznych.
– Widzisz. Te zwierzęta maja tu dobrze, żyją dzięki Zoo – konkluduje mama.
Dziewczynka patrzy na druty, kraty i ograniczony drewnianymi belkami niewielki wybieg, nie wydaje się przekonana.

Jaguar, ku rozczarowaniu zwiedzających wychodzi tylko na chwilę. Przejście całego wybiegu zajmuje mu raptem minutę, (nie wszyscy zdążyli wyciągnąć smartfony) po czym chowa się przed wzrokiem ciekawskich w swoim domku. Na tabliczce umieszczonej obok wybiegu widnieje informacja, że to zwierzę ma „całkiem udane życie”.

Człekokształtny zwierz siedzi z nosem w szybie. Jest na wyciągnięcie ręki, widoczny w całej okazałości. Jego czarna sierść błyszczy w słońcu. Przy wybiegu zebrał się tłum. Gałki oczne goryla biegają po stłoczonych widzach. Sprawia wrażenie jakby szukał znajomej twarzy, wypatrywał przyjaciela. Nie może znaleźć, więc nie zatrzymuje się na nikim. Ślizga się wzrokiem wciąż na nowo po zgromadzonych. Mam ochotę mu pomachać, zawołać: „tu jestem”, żeby się choć na chwilę zatrzymał, ale przecież nie jestem dla niego nikim bliskim.

Czego nie lubimy?
Bawimy się czasem w zagadki. Zadajemy je sobie nawzajem. Tą usłyszałam miedzy zmywaniem naczyń a obieraniem ziemniaków. Moje dziecko oderwało się od lepienia konika z plasteliny i podbiegło do mnie wołając – Mamo, mamo, zgadnij co to? Czego nie lubią ludzie i zwierzęta? Zaczyna się na literkę „n”? Nic nie przychodziło mi do głowy. Zbyłam to krótkim: – nie wiem. Odpowiedź mnie poruszyła. Domyślacie się? Dam wam chwilę na zastanowienie. Rozwiązanie zagadki znajdzie-cie w dalszej części tekstu.

Królu Lwie nie odchodź!
Dużą radość sprawiła nam rodzinna wyprawa do kina na najnowszą ekranizację „Króla Lwa”. Kunszt pracy animatorów jest godny podziwu. Bohaterowie wyglądają identycznie jak dzikie zwierzęta żyjące na wolności. Kilka dni po seansie zelektryzowała nas wiadomość, że lew jest zagrożony wyginięciem. Czy w przyszłości ostatnim miejscem występowania tego gatunku będzie Zoo i bajki Disneya?

Żegnaj Rio!
Czarny scenariusz, który grozi lwom dla „ary modrej” już stał się rzeczywistością. Papużkę można zobaczyć już tylko w bajce „Rio”. Wyginęła w przeciągu ostatnich lat razem z dziesiątkami innych gatunków ptaków.

Hejtem w dziewczynkę
Iga Zasowska, trzynastoletnia dziewczynka, która latem prowadziła w Warszawie akcję protestacyjną przeciwko zmianom klimatu, spotkała się z atakiem hejtu ze strony dorosłych. Wyszydzano ją, wyśmiewano i przezywano.

To smutne, że nie traktujemy poważnie ani dzieci, ani zbliżającej się katastrofy klimatycznej. Popularne powiedzonko „dzieci i ryby głosu nie mają” można sparafrazować – Lwy, jaguary, goryle, niedźwiedzie, słonie… jeziora, rzeki, morza, lasy… głosu nie mają. Nie, nie dlatego, że na ten głos nie zasługują tylko dlatego, że im go nie dajemy.

Dać się zaskoczyć
Spuścizna jaką przekazujemy przyszłym pokoleniom to zanieczyszczona planeta, na której wiele gatunków zamieszkujących ją kiedyś zwierząt wymarło. Kolejne trafiają na listę zagrożonych wyginięciem w zastraszającym tempie.

Gdy bagatelizujemy odczucia dzieci, ignorujemy ich wrażliwość sami tracimy coś cennego.

Jeśli wsłuchamy się w to co mają nam do powiedzenia, możemy jak one zadziwić się rzeczami, które uważaliśmy dotąd za oczywiste. Możemy skorzystać na dziecięcej dociekliwości, zacząć pytać, rozważać, kwestionować. Szukać lepszych rozwiązań, nowych dróg.

Wróćmy do zagadki: „czego nie lubią ludzie i zwierzęta na literkę „n”? Odpowiedź brzmi: niewoli.

 

Fotografia mojego autorstwa.

Pocztówka z wakacji

Gorące jak słońce, szybkie jak wiatr pozdrowienia z wakacji przesyłają Świderscy!

Zazwyczaj z plaży przywoziliśmy zbiory kolorowych kamyczków, muszelek, drewienek o ciekawych, wyżłobionych przez fale kształtach. Tym razem dzieci znalazły inne zajęcie. Po chwili buszowania w piasku podbiegły do nas z naręczem petów, kapsli, odłamków plastikowych sztućców.

– Zbieramy śmieci, żeby inne dzieci w to nie wdepnęły – usłyszeliśmy – Czy możemy też pozbierać tamte potłuczone butelki? – zapytały pokazując odłamki szkła wystające z piasku. – Ktoś mógłby się o nie zranić – dodały.

Taka spontaniczna akcja „dzieci- dzieciom”.

Nieobecność

Mieszkamy w dzielnicy, w której mówiąc poetycko tradycja miesza się z nowoczesnością. Modnie zaprojektowane osiedla z eleganckimi portierami przeplatane klasycznymi w swej prostocie blokami z wielkiej płyty. On pochodzi z tych drugich. Co jakiś czas zajmuje stanowisko przy osiedlowym sklepie. Siada i czeka. Nie narzuca się, nie nagabuje, po prostu siedzi i czeka. Czasem zastanawiam się na co?

 

Codziennie mijam człowieka spod sklepu pędząc na spotkanie, na zakupy, po dzieci do szkoły. Zachowuję dystans. Pewnego dnia przemykam przez miasto rozzłoszczona jakąś nieprzyjemną sytuacją. Chcę jak najszybciej załatwić co muszę, wrócić do domu i schować się pod koc. Mijany człowiek rzuca z uśmiechem – Dzień dobry, wszystko się ułoży. Zaskakuje mnie. Wybija z odrętwienia. – Dzień dobry – odpowiadam. Kilka dni później widzę go z ręką na temblaku. Tym razem poza wymianą „dzień dobry”, zdobywam się na odwagę by zapytać – co się stało? Opowiada mi o tym jak upadł i skręcił rękę, jak poszedł do lekarzy, ale ci odsyłali go jeden do drugiego. Tęskni za swoją mamą, która pracowała w jednym ze szpitali na Pradze. – Gdyby mama żyła, na pewno by mi pomogła – westchnął. – Takiego jak ja każdy zbywa.

 

– Mam na imię Andrzej, ale mówią na mnie Ernest. Wszyscy mnie tu znają. Gdyby was kiedyś ktoś zaczepiał, powiedzcie, że mnie znacie – dadzą wam spokój. Mówię Ci, ja tu posłuch mam. Mnie tu ludzie szanują.

– Ok, dzięki – odpowiadam z uśmiechem.

 

Wysłuchuję jego opowieści. Czeka na to, jest spragniony uwagi, chwili rozmowy. Opowiada dlaczego tu jest, dlaczego nie może wrócić do domu choć mieszkał dwa kroki stąd. Nie wnikam, nie oceniam jego historii. Widzę w nim człowieka, który z jakiejś przyczyny jest na ulicy i jest głody.

 

– Zaniósłbyś kanapki i wodę – pytam męża, który właśnie wrócił z pracy – ­Ernest dziś znów śpi na ławce. – Jasne. Zanosimy tego i kolejnego dnia, mija lato.

 

– Masz gdzie spać kiedy pada deszcz? – pytam go po którejś zimniejszej nocy.

– Tak, mam tam taki barak, i czasem nocuję na działkach. Jest ok, jakoś daje radę.

– Potrzebujesz koca? Ubrań?

– Tak przydało by się.

 

 

– Mogę naprawić komputer, gdybyś potrzebowała, znam się na tym, kiedyś studiowałem Informatykę, byłem w tym dobry. Chciałbym się jakoś odwdzięczyć.

 

– Byłem dziś u Ernesta – mówi mąż –  pomogłem mu odpakować kanapki, coraz gorzej z jego ręką.

 

Pędzę ulicą, jak zwykle w niedoczasie. Jest za dziesięć, czy za pięć, zaraz się spóźnię, nie pamiętam na co. Jest zero stopni, styczeń. Mijam przyprószone śniegiem osiedlowe ławki, trawnik. Dobiegam truchtem do blaszaka. Z niepokojem zerkam na znajome miejsce pod sklepem. Jest puste, zaznaczone plamą brudu, kilka kroków dalej – on, próbuje przejść przez ulicę, wsparty o rosłego mężczyznę w skórzanej kurtce. Ma upaprane spodnie, powłóczy nogami. Wygląda bardzo, bardzo źle. Jeszcze w takim stanie go nie widziałam…

 

Mijają dni, tygodnie, wyobrażam sobie, że gdy go spotkam uściskam go z radości … choć pewnie nie starczy mi odwagi. Może po prostu powiem jak się cieszę, że już z nim ok.

 

 

Ernest zniknął zimą. Tego dnia, gdy kolega przeprowadzał go przez ulicę, widziałam go po raz ostatni. Obawiam się, że umarł. Zostawił po sobie to miejsce pod sklepem… Tak, jest tam teraz czysto, niczym nie zakłócony widok soczystej zieleni sklepowego szyldu komponuje się z połyskującą blachą nowoczesnych drzwi na fotokomórkę. Opodal okazały bilbord, na którym syta, szczęśliwa rodzina droczy się przy obiedzie. Na co Ernest czekał pod sklepem? Myślę, że na spotkanie.

 

Kilka dni temu dowiedziałam się o pomyśle krakowskiego radnego, na pozbycie się bezdomnych z krakowskich plant. Ponoć przeszkadzają turystom w kontemplowaniu piękna królewskiego grodu. Zastanawiam się: – jeśli oni zostaną wyrzuceni, to jakim pięknem pochwali się Kraków? Pięknem zabytkowych murów? Kolorowych szkiełek witraży? Pięknem zieleni miejskiej?

 

Osoby w kryzysie bezdomności uczą nas bardzo wiele o nas samych. W konfrontacji z niedostatkiem drugiego człowieka, najmocniej doświadczamy naszej własnej biedy: braku empatii, strachu przed drugą osobą, przed utratą komfortu. Bezdomni potrzebują spotkania z drugim człowiekiem, tak jak każdy z nas. Potrzebują szacunku, uwagi i miłości, która może się wyrażać w najprostszych gestach – ciepłym kocu, rozmowie, zupie.

 

Ostatnio widziałam Ernesta pod blokiem. Ma amputowaną rękę.

 

 

*Imię bohatera historii zostało zmienione

Zdjęcie: Arek Socha z Pixabay 

Obawiam się przyzwolenia na zło dlatego, że się czyni dobro

Niepokoją mnie wielkie zrywy, wyśrubowane emocje. Czuję się z tym jak poeta z piosenki Kaczmarskiego „Mury”, o którym autor pisze: „…  A śpiewak także był sam”. Odkąd pamiętam smucił mnie finał tej piosenki, ale z biegiem lat zrozumiałam, że jest w nim głęboka prawda o kondycji człowieka. Wielki tumult, poryw tłumu wiąże się zawsze z odwróceniem uwagi od szczegółów. Dzieje się tyle i to jest tak wielkie, że proste, małe prawdy gdzieś umykają. Ci, którzy nie tracą ostrości widzenia, czują się w tym całym zgiełku zagubieni.

Nie niepokoi mnie wręczanie nagród czy stawianie pomników, to naturalny sposób wyrażania wdzięczności. Niepokoi mnie to, że wciąż dzielimy ludzi na złych i dobrych, naszych i nie naszych. Tym dobrym – naszym pozwalamy na trochę więcej. Tracimy czujność, przyzwalamy na łamanie zasad. W końcu przychodzi czas, gdy przestają obowiązywać jakiekolwiek zasady poza „naszością” i „nienaszością”. Tym bardziej jest to groźne jeżeli stajemy się gotowi zrobić wszystko by bronić „najwyższych wartości” nie dostrzegając, że z wyznawanych ideałów została nam już tylko owa „naszość” . Nie obawiam się ludzkiej wdzięczności wobec dobra, obawiam się przyzwolenia na zło dlatego, że się czyni dobro. I to dotyczy każdej sfery życia od relacji rodzinnych po społeczne, polityczne i relacje między państwami.
Paradoksalnie Jacek Kaczmarski nie chciał by pieśń „Mury” stała się hymnem zrywu Solidarnościowego. Utwór mówi o tym, że wolność jest widmem za którym wciąż gonimy, a po każdym zrywie w miejsce starych murów wyrastają  nowe. Podziały i kajdany niewoli odrastają bo nosimy je w sobie.
Żeby nie kończyć pesymistycznie: cenne jest w nas to nieustanne poszukiwanie dobra i wolności.
 ­
https://www.eskarock.pl/eska_rock_news/jacek_kaczmarski_-_mury_to_moja_najwieksza_kleska_zapomniana_historia_hymnu_solidarnosci/141036

Naucz nas kochać!

Żyjemy w czasie chronicznego barku szacunku. Wspominałam o tym w
artykule: https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/09/03/wykladamy-sie-na-szacunku/
Narastające spory i agresja widoczne są z każdej strony.
Można czasem odnieść wrażenie, że z naszym rozwojem emocjonalnym i

duchowym zatrzymaliśmy się na etapie przedszkola. Jak dzieci
wołamy: „to ona/on pierwszy zaczął, więc ja mam prawo do mojej agresji! ” Kto z nas jest sprawiedliwy
? Czyje serce wolne jest od nienawiści? Kto z nas potrafi nie odpłacać złem za zło? Kochać tego, kto rani, ubliża? Kim jestem, żeby potępiać drugiego człowieka? Czy mogę postawić się wyżej od mojego brata? W czym jestem lepszy? Jesteśmy zagubieni, jesteśmy głęboko zranieni. Potrzebujemy lekarza. Potrzebujemy Tego, który  mówił i zaświadczył, że nienawiści nie da się pokonać nienawiścią.

    W dniu zaplanowanym jako czas powszechnej radości został zabity Prezydent Gdańska.

Szukamy kogoś kto by nam objaśnił co się stało. Wytłumaczył, jak to jest możliwe? Powiedział co mamy teraz zrobić? Może jakiś dziennikarz, może ekspert, profesor? Nie ma pośród nas nikogo. Jedyny sprawiedliwy
jest ten, wywyższony na drzewie krzyża. Bez wpatrywania się w Niego nic nie zrozumiemy. Bez Niego nie będziemy umieli przebaczyć. Jezu naucz nas kochać! Nie ma dla nas ratunku poza Tobą! Przyjdź z uzdrowieniem, z pokojem do naszych zranionych serc.
Jezu naucz mnie kochać!

Wdzięczne serce

Nieprzespana noc. Chore dzieci­­­­. Natłok obowiązków. Wybuch gniewu. Poczucie winy. Niemoc. To wszystko zaniosłam pewnego dnia na mszę świętą. W Kościele usłyszałam czytanie z pierwszego listu do Tesaloniczan. Najbardziej utkwiło mi w pamięci zdanie: „W każdym położeniu dziękujcie.” Zastanawiałam się jak wcielić takie wezwanie w życie? Pierwsze co pomyślałam – tego nie da się zrobić!

Jak mam dziękować „w każdym położeniu”? To znaczy, teraz też? Rozumiem, dziękować za dobry czas, kiedy wszystko się układa. Ale dzisiaj? Kiedy jest mi ciężko, czuję się bezsilna, jestem zdenerwowana? W innej sytuacji przyjęłabym to zdanie bez zastrzeżeń, ale w tej chwili – nie, nie i jeszcze raz nie!
A jednak? Jakby to było, gdybym podziękowała za trudne emocje i wydarzenia dzisiejszego dnia ? Spróbowałam i … zrozumiałam, o co chodzi.

Kiedy dzieje się coś złego, rośnie we mnie złość, obwiniam się, szukam winy u innych. Uruchamia się lawina gniewu, która działa na mnie destrukcyjnie. Gdy podziękowałam w tej konkretnej sytuacji – skończyło się. Przestałam obwiniać. Zaakceptowałam zaistniałe wydarzenie. To dało mi do myślenia. Postanowiłam częściej dziękować.

Ta praktyka pomogła mi przyjąć siebie, moje ograniczenia, słabości, moją historię, życie z jego pięknem i bólem. Nie oznacza to, że spoczęłam na laurach i wpadłam w samozachwyt. Myślę, że trzeba nieustannie pracować nad sobą i się rozwijać. Natomiast przekonałam się, że zrozumienie i akceptacja siebie dodaje skrzydeł i czyni tę pracę radośniejszą i efektywniejszą.

My mamy, niejednokrotnie żyjemy pod presją cudzych oczekiwań. Bywa, że rzeczywistość boleśnie weryfikuje nasze własne plany i wyobrażenia o sobie. Czasem dręczy nas myśl, że nie jesteśmy wystarczająco dobre. Dziękowanie za trudne sytuacje, uczy mnie przyjmować moje macierzyństwo. Pomaga spojrzeć na siebie z miłosierdziem, dostrzec piękno moich talentów, umiejętności, pasji, które wkładam w opiekę nad rodziną i domem. Pozwala też przyjąć to, że nie zawsze „ogarniam”.

Dziękuję także za trudne relacje, które pojawiają się w moim życiu. Każda z nich czegoś mnie uczy.

Usłyszałam kiedyś takie zdanie: „Odkąd przestałam martwić się rzeczami, na które nie mam wpływu, mam wpływ na więcej rzeczy”. Gdy serce staje się wypełnione wdzięcznością, coraz mniej w nim miejsca na to, co zbędne, na zamartwianie się sprawami, na które nic nie mogę poradzić. Zyskuję przestrzeń, by zająć się tym, co ważne, co dzieje się tu i teraz.

Fragment: „W każdym położeniu dziękujcie.” z listu świętego Pawła, który usłyszałam w chwili kryzysu, początkowo wydał mi się niemożliwy do zrealizowania. Później jednak sprowokował mnie do zmiany myślenia. To prawda! Doświadczyłam tego, że dziękczynienie ma uzdrawiającą moc.

Kilka refleksji z wakacyjnego szlaku

Przyjaźń

Wakacje się kończą. Powoli wszyscy wracamy do powszedniego rytmu zajęć. Co nam przyniósł ten czas? Jakie wrażenia? Perełką wśród moich wakacyjnych wspomnień jest doświadczenie przyjaźni. Czym jest dla mnie? Wytchnieniem, odpoczynkiem. Jest pociechą w trudnościach. Przed przyjacielem nie trzeba udawać, można być sobą. To dodaje skrzydeł! Drodzy przyjaciele, z którymi dzieliliśmy letnie przygody, dziękuję za Was! Dziękuje za „znoszenie się nawzajem w miłości”.

 

Hasanie i zabawa 😊

Jestem wdzięczna ludziom, którzy dają się porwać fantazji i tworzą w naszym polskim krajobrazie „przestrzenie radości”. Odwiedziliśmy trzy niezwykłe miejsca: „Farmę Iluzji”, „Magiczne Ogrody” i Bałtowski „Jura Park”. Polecamy! To doskonała alternatywa dla zatłoczonych nadmorskich plaż, czy zakopiańskich Krupówek. Urzekła nas pomysłowość autorów, wyobraźnia i pasja z jaką te miejsca zostały stworzone.

Zwiedzając „Farmę Iluzji”  możemy między innymi: zgubić się w labiryncie, zajrzeć do krainy smoków, poszaleć w wodnej strefie relaksu, zaobserwować ciekawe złudzenia optyczne, doznać zawrotu głowy w Latającym Domu.

 

 

Na niezwykłą aurę „Magicznych Ogrodów” składa się pomysłowa aranżacja przestrzeni, duża ilość budowli i urządzeń zaprojektowanych w baśniowej stylistyce. Całości dopełnia nastrojowa muzyka, która gdzieniegdzie pobrzmiewa z głośników (moimi faworytami są śpiewające drzewa, mogłabym ich słuchać cały dzień). Można tu spotkać „Wróżki smużki”, „Mordole”, „Krasnoludy” i oraz inne postacie przemykające gdzieniegdzie wśród krzewów, kwiatów i strumieni. Park zajmuje olbrzymi obszar, aż dziesięć hektarów! Przyznam, że jest dla mnie zagadką jak udaje się utrzymać ogród na tak rozległym terenie? Może to sprawa wytężonej pracy elfów i wróżek?

Co do Bałtowa, to poza wspomnianym „Jura Parkiem”, w którym można spotkać dinozaury naturalnych rozmiarów, jest tu jeszcze wiele atrakcji. Kolejka krzesełkowa, Zwierzyniec, Park Miniatur, Park Rozrywki, Rollercoaster – to tylko niektóre  z nich. Jeden dzień to zdecydowanie za mało by nacieszyć się wszystkim. Warto wybrać się tu na dłużej.

Nasze pociechy miały wielką frajdę, zwiedzając wspomniane miejsca. My także świetnie się bawiliśmy. Wreszcie mogliśmy powygłupiać się, poskakać na dmuchanym zamku, zgubić w labiryncie. Dziękuję za super zabawę!

 

Radość dla wszystkich

Jest takie nieduże nadmorskie miasteczko – Sarbinowo. Kilka lat temu została tam utworzona dwukilometrowa promenada wzdłuż brzegu morza, przy której znajdują się restauracje, kawiarnie, hotele. Będąc tam kilka miesięcy temu spotkaliśmy dzieci poruszające się na wózkach. Dzięki promenadzie mogły bez przeszkód przejechać się wzdłuż morza, podziwiać malowniczy krajobraz. Widzieliśmy ich radość, uśmiech. Zastanowiło mnie, j­­­­ak rzadko spotykamy dzieci z niepełnosprawnością w ośrodkach turystycznych czy parkach rozrywki? W lunaparkach część atrakcji jest dla nich dostępna ( polecam Jura Park w Bałtowie, część ekspozycji w Farmie Iluzji) nie we wszystkich. Na placu zabaw w moim mieście jest jedna bujaczka dla dziecka poruszającego się na wózku. To wyjątek. Na innych placach zabaw wcale nie ma takich urządzeń. A gdyby tak montować ich więcej? By z przestrzeni stworzonych dla radości mogły korzystać wszystkie dzieci?

 

Jestem ciekawa Waszych wrażeń z wakacji?

 

 

 

Zdjęcia: nagłówek -Pixabay, pozostałe są mojego autorstwa.

 

Spoiwo

Kamień węgielny

Według badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego liczba wiernych w kościele sukcesywnie maleje. Od lat daje się zaobserwować także spadek powołań kapłańskich i zakonnych.
Kościół jest „domem Boga”, miejscem Jego obecności, w którym możemy Go znaleźć i spotkać. (…)Jesteśmy żywymi kamieniami Bożej budowli, głęboko zjednoczonymi z Chrystusem – który jest kamieniem węgielnym – i między sobą.(…) wszyscy w Kościele jesteśmy równi. Wszyscy powinniśmy ubogacać Kościół naszym życiem, sercem i umysłem.” Mówił Papież Franciszek.
 
Spoiwo
My świeccy wraz z osobami konsekrowanymi współtworzymy Kościół. Co się takiego dzieje, że nasza wspólnota, z roku na rok się kurczy? Szukając przyczyn zaistniałej sytuacji wiele osób wskazuje na wpływ czynników zewnętrznych – mody idące z zachodu, konsumpcyjny styl życia, sekularyzację. Chciałabym zwrócić uwagę na coś innego. Przypatrzmy się naszym wzajemnym relacjom. Czy spoiwem między nami – kamieniami Bożej świątyni nie powinna być miłość? Podam kilka przykładów tego co może być przeszkodą w budowaniu jedności.
Różne perspektywy
Trwa Msza Święta. Jestem po nieprzespanej nocy (moje ząbkujące dziecko budziło się sześć razy). Kazanie monotonne. Zaczyna morzyć mnie sen. Myślę: potrzebuję słów, które mnie zaciekawią, wciągną, obudzą. Jestem zirytowana. Po skończonej homilii, podczas modlitwy wiernych kapłan zwraca się do nas: „Chciałbym was gorąco poprosić o modlitwę za mojego zmarłego tatę. Był ciężko chory, bardzo cierpiał. Zmarł dziś rano.” Zawstydziłam się: co ja wiem o tym człowieku? O tym co przeżywa? Jak łatwo jest mi oceniać, denerwować się, gdy dana sytuacja nie spełnia moich oczekiwań.
 
Co o sobie wiemy?
Miewamy za złe księżom, że nie znają realiów życia małżeńskiego, że przez to nie potrafią dawać dobrych rad, a homilie są oderwane od życia. Gdyby tak podejść do tego co nas dzieli ze zrozumieniem. Czy my znamy realia życia kapłańskiego? Wiemy jak to jest?
Kiedyśksiądz w mojej parafii powiedział w trakcie kazania: – Wszyscy potrzebujemy miłości, my księża także. To wywołało wśród  zgromadzonych konsternację. Dotknął tabu. Gdyby tak porozmawiać o tym, jak o czymś normalnym?  Kapłani, tak jak my, mają pragnienie miłości, bycia dla kogoś najważniejszą osobą, z którą będzie się dzieliło radości i troski. Ta potrzeba nie zostaje z chwilą przyjęcia święceń amputowana. Za to wyrzeczenie się takiej relacji jest warunkiem wejścia w stan kapłański. Czasem trzeba ogromnej pracy nad sobą, by nie ulec pokusom związanym z tym niezaspokojonym pragnieniem. Przypadki, gdy to się nie uda są chętnie prezentowane przez media. Wierność powołaniu nie jest medialna. Może być niedoceniana.
 
Przyjaźń
Papież Franciszek prosi o modlitwę za „utrudzonych i samotnych księży, którzy oddają się pracy duszpasterskiej, aby zostali pokrzepieni przyjaźnią z Panem i braćmi”.
Czy między wiernymi a księżmi przyjaźń jest możliwa? Czy nie jest uważana za niestosowną? Czy czasem nie chcemy by duchowni byli „nadludźmi” bez pragnień i potrzeb? Zasypujemy ich gradem oczekiwań. Ksiądz powinien być dyspozycyjny, zawsze wiedzieć co powiedzieć. Powinien być wyrozumiały, cierpliwy, nie mieć wahań, trudności, depresji. Przy takim założeniu mówienie o przeżywanych kryzysach, czy prośba o wsparcie, wydaje się nie na miejscu. Myślę, że warto zmienić sposób postrzegania i zobaczyć w księżach ludzi, takich jak my.
 
Modlitwa
 
Czy modlimy się za kapłanów? Bywa z tym różnie. Spodobała mi się idea akcji zorganizowanej w trakcie Mistrzostw Świata w piłce nożnej- duchowej adopcji naszych piłkarzy. Co byście powiedzieli na  „Duchową adopcję kapłanów”? Wszak oni każdego dnia grają mecz o wszystko. Może dobrym rozwiązaniem byłaby wzajemna duchowa adopcja? Rodzina mogłaby objąć modlitwą danego kapłana, a on rodzinę? Myślę, że warto szukać sposobów wzajemnego wsparcia.
 
Nazywanie rzeczy po imieniu

Tym co nas wiernych czasem boli jest stosunek kapłana do parafian. Relacja człowieka do człowieka, która ma swój wyraz między innymi w słowach, które padają z ambony.  Gdy ludzie słyszą zamiast kazania wywód o polityce, lub słowa które nie są krzepiące a frustrujące, często poprostu idą do innej parafii. Czasem się zniechęcają i przestają w ogóle przychodzić na mszę świętą. Każde odejście jest w moim odczuciu stratą, dla wiernego, ale także stratą dla Kościoła.

Kilka miesięcy temu nakładem wydawnictwa WAM ukazała się książka pod tytułem: ” Łobuzy. Grzesznicy mile widziani”autorstwa Piotra Żyłki, Grzegorza Kramera SJ i Łukasza Wojtusika. To co proponują „Łobuzy” w sytuacji, gdy słowa kapłana nas zaniepokoiły, czy zdenerwowały to szczera rozmowa. Rewolucyjne podejście! Wymaga odwagi, przełamania oporu, wstydu, ale wydaje mi się, że jest to dobra propozycja. Dlaczego? Bo u jej podstaw leży miłość i troska. Troska o konkretnego człowieka, ale i o Kościół jako wspólnotę. Jeśli kogoś nie kocham, nie zależy mi na nim, to po prostu go ignoruję, odchodzę. My wierni i kapłani razem współtworzymy Kościół, jesteśmy sobie potrzebni jesteśmy wspólnotą. Jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Może kapłan nie zdaje sobie sprawy jak działa na nas to co mówi? Może nasza uwaga zainspiruje go do zmiany, a przynajmniej do zastanowienia nad stylem wypowiedzi? Myślę, że warto spróbować. Widzę tu jednak pewną trudność.
 
Potrzeby
Zdarza się, że osoba świecka, a szczególnie kobieta nie jest traktowana przez kapłana jako partner do rozmowy. Jeśli chce zasięgnąć rady, opinii, wyspowiadać się, roztrząsnąć jakąś niezrozumiałą kwestię – ok! Duchowny chętnie ją oświeci. Ale, żeby to, co ona sama przynosi i mówi miało znaczenie, mogło coś wnieść? Z tym bywa trudniej.
Kiedyś rozmawiałam z księdzem, który posługiwał w naszej wspólnocie. Chciałam zasygnalizować pewien problem. Kapłan od początku rozmowy przyjął pozycję obronną i zaczął niepokojące mnie rzeczy tłumaczyć i usprawiedliwiać. Nie udało mi się przekonać go, że warto zająć się tą sprawą. W końcu poddałam się, to co powiedziałam po prostu „po nim spłynęło”. Problem pozostał.
Ignorowania doświadczają nie tylko kobiety. Kolega zachwycił się kursem Alfa (jest to cykl spotkań ewangelizacyjnych, który został zapoczątkowany w Kościele Anglikańskim). Miał z nim styczność zagranicą. Chciał zachęcić znajomego duszpasterza akademickiego, by zrobić kurs w parafii. Ksiądz powiedział, że to nie jest dobry pomysł. Po czym, po kilku miesiącach jednak kurs Alfa zorganizował. Inicjatywa spotkała się z dużym zainteresowaniem. Przysporzyła wspólnocie nowych członków. Kurs odbywa się w tej parafii już szereg lat. Kapłan szczyci się, że jest jedyny w naszym mieście, który prowadzi takie spotkania. Nie przyznał się, że pomysł dostał od osoby świeckiej. Chłopakowi było przykro.
My świeccy potrzebujemy czuć, że to co chcemy przekazać jest ważne, że nasz głos też się liczy. Czasem ta potrzeba spotyka się z murem obojętności.
 
Warto próbować?
Bywa, że doznajemy od kapłanów upokorzenia, w trakcie kazań jesteśmy strofowani jak dzieci, w bezpośrednich spotkaniach zbywani. Czy to zwalnia nas z obowiązku pracy nad budowaniem jedności w Kościele? Myślę, że nie.
Nie zdarzyło mi się zwrócić uwagi kapłanowi po kiepskim kazaniu, za to kilkakrotnie udało mi się podziękować za dobre. Reakcje były pozytywne. Kiedyś powiedziałam: „Bywają takie kazania, że człowiek musi walczyć, żeby się skupić, a to było tak poruszające, że nie dało się nie słuchać!”. Mój rozmówca się wzruszył. To mnie zastanowiło. Nie zdajemy sobie sprawy, że kapłani czują się czasem niedocenieni. Takie proste gesty mogą wiele znaczyć.
 
Dobry przykład
Miałam szczęście spotkać na swojej drodze duchownych, których postawa była budująca.  Księdza Irka z liceum, który z wielką cierpliwością i otwartością wysłuchiwał wszelkich naszych zarzutów wobec Kościoła i wątpliwości dotyczących wiary. Dobrze wspominam także duszpasterza akademickiego Księdza Romana, który poświęcał nam studentom każdą wolną chwilę, znał po imieniu, czuliśmy się dla niego ważni. Szczególny sentyment mam do pewnego emerytowanego kapłana, który przed laty posługiwał w mojej parafii. Mówiliśmy między znajomymi: „Jeśli masz zły dzień idź na mszę do księdza Władysława.” Na czym polegał jego fenomen? Ów kapłan nie mówił porywających kazań. To nie było istotne. Jego gesty, mówiły więcej niż słowa. Gdy mówił „Pan z Wami” –  czuliśmy, że on nam naprawdę błogosławi. Czy było nas trzy osoby na mszy porannej w tygodniu, czy kościół pełen ludzi w niedzielę, patrzył na każdego z promiennym uśmiechem. Był życzliwy ludziom, otwarty, ciepły. Czuliśmy, że się nami cieszy. Minęło wiele lat, a ja nadal mam ten obraz w sercu. Jak wspomniałam, nie same kazania są najważniejsze, liczy się to jak ksiądz odnosi się do ludzi.
 
Śpieszmy się kochać…
Ksiądz Jan Twardowski w jednym ze swoich wierszy napisał: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Można je odnieść do relacji w Kościele.
Kim bylibyśmy bez kapłanów? Kim oni byliby bez nas? Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Budowla nie powstanie bez kamieni.
Obie strony potrzebują wzajemnej troski i szczerego dialogu. Nieodzowna jest pamięć w modlitwie. Warto podjąć  trud, by nasza wzajemna miłość mogła być znakiem obecności Boga w świecie.
Przypisy
 https://www.radiomaryja.pl/kosciol/ppapiez-franciszek-kosciol-domem-boga

Małżeństwo na Mszy Świętej

Jesteśmy niezmordowani. Nie zniechęci nas do Kościoła złe kazanie, ani to, że ksiądz krzyczy na nas bite pół godziny. Jak co niedziela pchamy wózek pełen dzieci by dotrzeć w to miejsce. Czasem przemknie nam myśl, że fajnie gdyby się ucieszył, że jesteśmy, że są z nami dzieci. Niewiele wie o nas, o naszych zmaganiach, o tym z czym przychodzimy. Na wszelki wypadek zakłada, że jesteśmy źli i gnuśni i że jak się nas porządnie nie ochrzani to Ewangelia nam do głowy nie wejdzie. Czemu tam wciąż wracamy? Bo jest tam Ktoś jeszcze. Ktoś potężniejszy od słabości naszych i kapłańskich. Ktoś, kto uczy nas wzajemnego znoszenia się w miłości. „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mk 13,13). Przyjmujemy, że trwanie jest ważne. I trwamy.

Czuję się tak dobrze, spoglądam na ciebie, więc po prostu tańcz, tańcz, tańcz, no dalej

Weszłam dziś rano do pokoju pełnego porozrzucanych ubrań i zabawek. Czułam, że potrzebuję  wspomagania, żeby to ogarnąć. Choćby dobrej muzyki. Przeglądając YouTube trafiłam na utwór Justina Timberlake’a.

Zdecydowanie dodał mi energii, z tym, że najpierw musiałam chwilę potańczyć. Uwaga ta piosenka jest niebezpieczna – wyrywa z fotela! Jeśli macie ochotę na radość, zapraszam do tańca! W teledysku tańczy między innymi pani kelnerka w kawiarni, pan przed zakładem fryzjerskim, kobieta w pralni, ekspedient między regałami sklepu. Pomyślałam sobie: gdyby słowa tej piosenki odnieść do Tego jak nas widzi Bóg? Gdyby to On do nas śpiewał: „nie mogę oderwać od ciebie wzroku kiedy tańczysz!” Spróbowałam to sobie wyobrazić… Ciekawe w jakich sytuacjach zastanie was ta piosenka? Może wyrwie zza biurka w korporacji? Z wygodnego miejsca w tramwaju, albo z samego środka tysiąca pilnych spraw do załatwienia? Kto jest waszym faworytem? Dla mnie Dennis z supermarketu i Jonah – pan w garniaku.

„Nie widzę niczego oprócz ciebie, gdy tańczysz,
(nie mogę powstrzymać tego uczucia)
czuję się tak dobrze, spoglądam na ciebie,
więc po prostu tańcz, tańcz, tańcz, no dalej…”

 

Good luck!

 

*Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirował mnie wpis Pana Rafała:

Bóg adoruje człowieka!