Wdzięczne serce

Nieprzespana noc. Chore dzieci­­­­. Natłok obowiązków. Wybuch gniewu. Poczucie winy. Niemoc. To wszystko zaniosłam pewnego dnia na mszę świętą. W Kościele usłyszałam czytanie z pierwszego listu do Tesaloniczan. Najbardziej utkwiło mi w pamięci zdanie: „W każdym położeniu dziękujcie.” Zastanawiałam się jak wcielić takie wezwanie w życie? Pierwsze co pomyślałam – tego nie da się zrobić!

Jak mam dziękować „w każdym położeniu”? To znaczy, teraz też? Rozumiem, dziękować za dobry czas, kiedy wszystko się układa. Ale dzisiaj? Kiedy jest mi ciężko, czuję się bezsilna, jestem zdenerwowana? W innej sytuacji przyjęłabym to zdanie bez zastrzeżeń, ale w tej chwili – nie, nie i jeszcze raz nie!
A jednak? Jakby to było, gdybym podziękowała za trudne emocje i wydarzenia dzisiejszego dnia ? Spróbowałam i … zrozumiałam, o co chodzi.

Kiedy dzieje się coś złego, rośnie we mnie złość, obwiniam się, szukam winy u innych. Uruchamia się lawina gniewu, która działa na mnie destrukcyjnie. Gdy podziękowałam w tej konkretnej sytuacji – skończyło się. Przestałam obwiniać. Zaakceptowałam zaistniałe wydarzenie. To dało mi do myślenia. Postanowiłam częściej dziękować.

Ta praktyka pomogła mi przyjąć siebie, moje ograniczenia, słabości, moją historię, życie z jego pięknem i bólem. Nie oznacza to, że spoczęłam na laurach i wpadłam w samozachwyt. Myślę, że trzeba nieustannie pracować nad sobą i się rozwijać. Natomiast przekonałam się, że zrozumienie i akceptacja siebie dodaje skrzydeł i czyni tę pracę radośniejszą i efektywniejszą.

My mamy, niejednokrotnie żyjemy pod presją cudzych oczekiwań. Bywa, że rzeczywistość boleśnie weryfikuje nasze własne plany i wyobrażenia o sobie. Czasem dręczy nas myśl, że nie jesteśmy wystarczająco dobre. Dziękowanie za trudne sytuacje, uczy mnie przyjmować moje macierzyństwo. Pomaga spojrzeć na siebie z miłosierdziem, dostrzec piękno moich talentów, umiejętności, pasji, które wkładam w opiekę nad rodziną i domem. Pozwala też przyjąć to, że nie zawsze „ogarniam”.

Dziękuję także za trudne relacje, które pojawiają się w moim życiu. Każda z nich czegoś mnie uczy.

Usłyszałam kiedyś takie zdanie: „Odkąd przestałam martwić się rzeczami, na które nie mam wpływu, mam wpływ na więcej rzeczy”. Gdy serce staje się wypełnione wdzięcznością, coraz mniej w nim miejsca na to, co zbędne, na zamartwianie się sprawami, na które nic nie mogę poradzić. Zyskuję przestrzeń, by zająć się tym, co ważne, co dzieje się tu i teraz.

Fragment: „W każdym położeniu dziękujcie.” z listu świętego Pawła, który usłyszałam w chwili kryzysu, początkowo wydał mi się niemożliwy do zrealizowania. Później jednak sprowokował mnie do zmiany myślenia. To prawda! Doświadczyłam tego, że dziękczynienie ma uzdrawiającą moc.

Kilka refleksji z wakacyjnego szlaku

Przyjaźń

Wakacje się kończą. Powoli wszyscy wracamy do powszedniego rytmu zajęć. Co nam przyniósł ten czas? Jakie wrażenia? Perełką wśród moich wakacyjnych wspomnień jest doświadczenie przyjaźni. Czym jest dla mnie? Wytchnieniem, odpoczynkiem. Jest pociechą w trudnościach. Przed przyjacielem nie trzeba udawać, można być sobą. To dodaje skrzydeł! Drodzy przyjaciele, z którymi dzieliliśmy letnie przygody, dziękuję za Was! Dziękuje za „znoszenie się nawzajem w miłości”.

 

Hasanie i zabawa 😊

Jestem wdzięczna ludziom, którzy dają się porwać fantazji i tworzą w naszym polskim krajobrazie „przestrzenie radości”. Odwiedziliśmy trzy niezwykłe miejsca: „Farmę Iluzji”, „Magiczne Ogrody” i Bałtowski „Jura Park”. Polecamy! To doskonała alternatywa dla zatłoczonych nadmorskich plaż, czy zakopiańskich Krupówek. Urzekła nas pomysłowość autorów, wyobraźnia i pasja z jaką te miejsca zostały stworzone.

Zwiedzając „Farmę Iluzji”  możemy między innymi: zgubić się w labiryncie, zajrzeć do krainy smoków, poszaleć w wodnej strefie relaksu, zaobserwować ciekawe złudzenia optyczne, doznać zawrotu głowy w Latającym Domu.

 

 

Na niezwykłą aurę „Magicznych Ogrodów” składa się pomysłowa aranżacja przestrzeni, duża ilość budowli i urządzeń zaprojektowanych w baśniowej stylistyce. Całości dopełnia nastrojowa muzyka, która gdzieniegdzie pobrzmiewa z głośników (moimi faworytami są śpiewające drzewa, mogłabym ich słuchać cały dzień). Można tu spotkać „Wróżki smużki”, „Mordole”, „Krasnoludy” i oraz inne postacie przemykające gdzieniegdzie wśród krzewów, kwiatów i strumieni. Park zajmuje olbrzymi obszar, aż dziesięć hektarów! Przyznam, że jest dla mnie zagadką jak udaje się utrzymać ogród na tak rozległym terenie? Może to sprawa wytężonej pracy elfów i wróżek?

Co do Bałtowa, to poza wspomnianym „Jura Parkiem”, w którym można spotkać dinozaury naturalnych rozmiarów, jest tu jeszcze wiele atrakcji. Kolejka krzesełkowa, Zwierzyniec, Park Miniatur, Park Rozrywki, Rollercoaster – to tylko niektóre  z nich. Jeden dzień to zdecydowanie za mało by nacieszyć się wszystkim. Warto wybrać się tu na dłużej.

Nasze pociechy miały wielką frajdę, zwiedzając wspomniane miejsca. My także świetnie się bawiliśmy. Wreszcie mogliśmy powygłupiać się, poskakać na dmuchanym zamku, zgubić w labiryncie. Dziękuję za super zabawę!

 

Radość dla wszystkich

Jest takie nieduże nadmorskie miasteczko – Sarbinowo. Kilka lat temu została tam utworzona dwukilometrowa promenada wzdłuż brzegu morza, przy której znajdują się restauracje, kawiarnie, hotele. Będąc tam kilka miesięcy temu spotkaliśmy dzieci poruszające się na wózkach. Dzięki promenadzie mogły bez przeszkód przejechać się wzdłuż morza, podziwiać malowniczy krajobraz. Widzieliśmy ich radość, uśmiech. Zastanowiło mnie, j­­­­ak rzadko spotykamy dzieci z niepełnosprawnością w ośrodkach turystycznych czy parkach rozrywki? W lunaparkach część atrakcji jest dla nich dostępna ( polecam Jura Park w Bałtowie, część ekspozycji w Farmie Iluzji) nie we wszystkich. Na placu zabaw w moim mieście jest jedna bujaczka dla dziecka poruszającego się na wózku. To wyjątek. Na innych placach zabaw wcale nie ma takich urządzeń. A gdyby tak montować ich więcej? By z przestrzeni stworzonych dla radości mogły korzystać wszystkie dzieci?

 

Jestem ciekawa Waszych wrażeń z wakacji?

 

 

 

Zdjęcia: nagłówek -Pixabay, pozostałe są mojego autorstwa.

 

Spoiwo

Kamień węgielny

Według badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego liczba wiernych w kościele sukcesywnie maleje. Od lat daje się zaobserwować także spadek powołań kapłańskich i zakonnych.
Kościół jest „domem Boga”, miejscem Jego obecności, w którym możemy Go znaleźć i spotkać. (…)Jesteśmy żywymi kamieniami Bożej budowli, głęboko zjednoczonymi z Chrystusem – który jest kamieniem węgielnym – i między sobą.(…) wszyscy w Kościele jesteśmy równi. Wszyscy powinniśmy ubogacać Kościół naszym życiem, sercem i umysłem.” Mówił Papież Franciszek.
 
Spoiwo
My świeccy wraz z osobami konsekrowanymi współtworzymy Kościół. Co się takiego dzieje, że nasza wspólnota, z roku na rok się kurczy? Szukając przyczyn zaistniałej sytuacji wiele osób wskazuje na wpływ czynników zewnętrznych – mody idące z zachodu, konsumpcyjny styl życia, sekularyzację. Chciałabym zwrócić uwagę na coś innego. Przypatrzmy się naszym wzajemnym relacjom. Czy spoiwem między nami – kamieniami Bożej świątyni nie powinna być miłość? Podam kilka przykładów tego co może być przeszkodą w budowaniu jedności.
Różne perspektywy
Trwa Msza Święta. Jestem po nieprzespanej nocy (moje ząbkujące dziecko budziło się sześć razy). Kazanie monotonne. Zaczyna morzyć mnie sen. Myślę: potrzebuję słów, które mnie zaciekawią, wciągną, obudzą. Jestem zirytowana. Po skończonej homilii, podczas modlitwy wiernych kapłan zwraca się do nas: „Chciałbym was gorąco poprosić o modlitwę za mojego zmarłego tatę. Był ciężko chory, bardzo cierpiał. Zmarł dziś rano.” Zawstydziłam się: co ja wiem o tym człowieku? O tym co przeżywa? Jak łatwo jest mi oceniać, denerwować się, gdy dana sytuacja nie spełnia moich oczekiwań.
 
Co o sobie wiemy?
Miewamy za złe księżom, że nie znają realiów życia małżeńskiego, że przez to nie potrafią dawać dobrych rad, a homilie są oderwane od życia. Gdyby tak podejść do tego co nas dzieli ze zrozumieniem. Czy my znamy realia życia kapłańskiego? Wiemy jak to jest?
Kiedyśksiądz w mojej parafii powiedział w trakcie kazania: – Wszyscy potrzebujemy miłości, my księża także. To wywołało wśród  zgromadzonych konsternację. Dotknął tabu. Gdyby tak porozmawiać o tym, jak o czymś normalnym?  Kapłani, tak jak my, mają pragnienie miłości, bycia dla kogoś najważniejszą osobą, z którą będzie się dzieliło radości i troski. Ta potrzeba nie zostaje z chwilą przyjęcia święceń amputowana. Za to wyrzeczenie się takiej relacji jest warunkiem wejścia w stan kapłański. Czasem trzeba ogromnej pracy nad sobą, by nie ulec pokusom związanym z tym niezaspokojonym pragnieniem. Przypadki, gdy to się nie uda są chętnie prezentowane przez media. Wierność powołaniu nie jest medialna. Może być niedoceniana.
 
Przyjaźń
Papież Franciszek prosi o modlitwę za „utrudzonych i samotnych księży, którzy oddają się pracy duszpasterskiej, aby zostali pokrzepieni przyjaźnią z Panem i braćmi”.
Czy między wiernymi a księżmi przyjaźń jest możliwa? Czy nie jest uważana za niestosowną? Czy czasem nie chcemy by duchowni byli „nadludźmi” bez pragnień i potrzeb? Zasypujemy ich gradem oczekiwań. Ksiądz powinien być dyspozycyjny, zawsze wiedzieć co powiedzieć. Powinien być wyrozumiały, cierpliwy, nie mieć wahań, trudności, depresji. Przy takim założeniu mówienie o przeżywanych kryzysach, czy prośba o wsparcie, wydaje się nie na miejscu. Myślę, że warto zmienić sposób postrzegania i zobaczyć w księżach ludzi, takich jak my.
 
Modlitwa
 
Czy modlimy się za kapłanów? Bywa z tym różnie. Spodobała mi się idea akcji zorganizowanej w trakcie Mistrzostw Świata w piłce nożnej- duchowej adopcji naszych piłkarzy. Co byście powiedzieli na  „Duchową adopcję kapłanów”? Wszak oni każdego dnia grają mecz o wszystko. Może dobrym rozwiązaniem byłaby wzajemna duchowa adopcja? Rodzina mogłaby objąć modlitwą danego kapłana, a on rodzinę? Myślę, że warto szukać sposobów wzajemnego wsparcia.
 
Nazywanie rzeczy po imieniu

Tym co nas wiernych czasem boli jest stosunek kapłana do parafian. Relacja człowieka do człowieka, która ma swój wyraz między innymi w słowach, które padają z ambony.  Gdy ludzie słyszą zamiast kazania wywód o polityce, lub słowa które nie są krzepiące a frustrujące, często poprostu idą do innej parafii. Czasem się zniechęcają i przestają w ogóle przychodzić na mszę świętą. Każde odejście jest w moim odczuciu stratą, dla wiernego, ale także stratą dla Kościoła.

Kilka miesięcy temu nakładem wydawnictwa WAM ukazała się książka pod tytułem: ” Łobuzy. Grzesznicy mile widziani”autorstwa Piotra Żyłki, Grzegorza Kramera SJ i Łukasza Wojtusika. To co proponują „Łobuzy” w sytuacji, gdy słowa kapłana nas zaniepokoiły, czy zdenerwowały to szczera rozmowa. Rewolucyjne podejście! Wymaga odwagi, przełamania oporu, wstydu, ale wydaje mi się, że jest to dobra propozycja. Dlaczego? Bo u jej podstaw leży miłość i troska. Troska o konkretnego człowieka, ale i o Kościół jako wspólnotę. Jeśli kogoś nie kocham, nie zależy mi na nim, to po prostu go ignoruję, odchodzę. My wierni i kapłani razem współtworzymy Kościół, jesteśmy sobie potrzebni jesteśmy wspólnotą. Jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Może kapłan nie zdaje sobie sprawy jak działa na nas to co mówi? Może nasza uwaga zainspiruje go do zmiany, a przynajmniej do zastanowienia nad stylem wypowiedzi? Myślę, że warto spróbować. Widzę tu jednak pewną trudność.
 
Potrzeby
Zdarza się, że osoba świecka, a szczególnie kobieta nie jest traktowana przez kapłana jako partner do rozmowy. Jeśli chce zasięgnąć rady, opinii, wyspowiadać się, roztrząsnąć jakąś niezrozumiałą kwestię – ok! Duchowny chętnie ją oświeci. Ale, żeby to, co ona sama przynosi i mówi miało znaczenie, mogło coś wnieść? Z tym bywa trudniej.
Kiedyś rozmawiałam z księdzem, który posługiwał w naszej wspólnocie. Chciałam zasygnalizować pewien problem. Kapłan od początku rozmowy przyjął pozycję obronną i zaczął niepokojące mnie rzeczy tłumaczyć i usprawiedliwiać. Nie udało mi się przekonać go, że warto zająć się tą sprawą. W końcu poddałam się, to co powiedziałam po prostu „po nim spłynęło”. Problem pozostał.
Ignorowania doświadczają nie tylko kobiety. Kolega zachwycił się kursem Alfa (jest to cykl spotkań ewangelizacyjnych, który został zapoczątkowany w Kościele Anglikańskim). Miał z nim styczność zagranicą. Chciał zachęcić znajomego duszpasterza akademickiego, by zrobić kurs w parafii. Ksiądz powiedział, że to nie jest dobry pomysł. Po czym, po kilku miesiącach jednak kurs Alfa zorganizował. Inicjatywa spotkała się z dużym zainteresowaniem. Przysporzyła wspólnocie nowych członków. Kurs odbywa się w tej parafii już szereg lat. Kapłan szczyci się, że jest jedyny w naszym mieście, który prowadzi takie spotkania. Nie przyznał się, że pomysł dostał od osoby świeckiej. Chłopakowi było przykro.
My świeccy potrzebujemy czuć, że to co chcemy przekazać jest ważne, że nasz głos też się liczy. Czasem ta potrzeba spotyka się z murem obojętności.
 
Warto próbować?
Bywa, że doznajemy od kapłanów upokorzenia, w trakcie kazań jesteśmy strofowani jak dzieci, w bezpośrednich spotkaniach zbywani. Czy to zwalnia nas z obowiązku pracy nad budowaniem jedności w Kościele? Myślę, że nie.
Nie zdarzyło mi się zwrócić uwagi kapłanowi po kiepskim kazaniu, za to kilkakrotnie udało mi się podziękować za dobre. Reakcje były pozytywne. Kiedyś powiedziałam: „Bywają takie kazania, że człowiek musi walczyć, żeby się skupić, a to było tak poruszające, że nie dało się nie słuchać!”. Mój rozmówca się wzruszył. To mnie zastanowiło. Nie zdajemy sobie sprawy, że kapłani czują się czasem niedocenieni. Takie proste gesty mogą wiele znaczyć.
 
Dobry przykład
Miałam szczęście spotkać na swojej drodze duchownych, których postawa była budująca.  Księdza Irka z liceum, który z wielką cierpliwością i otwartością wysłuchiwał wszelkich naszych zarzutów wobec Kościoła i wątpliwości dotyczących wiary. Dobrze wspominam także duszpasterza akademickiego Księdza Romana, który poświęcał nam studentom każdą wolną chwilę, znał po imieniu, czuliśmy się dla niego ważni. Szczególny sentyment mam do pewnego emerytowanego kapłana, który przed laty posługiwał w mojej parafii. Mówiliśmy między znajomymi: „Jeśli masz zły dzień idź na mszę do księdza Władysława.” Na czym polegał jego fenomen? Ów kapłan nie mówił porywających kazań. To nie było istotne. Jego gesty, mówiły więcej niż słowa. Gdy mówił „Pan z Wami” –  czuliśmy, że on nam naprawdę błogosławi. Czy było nas trzy osoby na mszy porannej w tygodniu, czy kościół pełen ludzi w niedzielę, patrzył na każdego z promiennym uśmiechem. Był życzliwy ludziom, otwarty, ciepły. Czuliśmy, że się nami cieszy. Minęło wiele lat, a ja nadal mam ten obraz w sercu. Jak wspomniałam, nie same kazania są najważniejsze, liczy się to jak ksiądz odnosi się do ludzi.
 
Śpieszmy się kochać…
Ksiądz Jan Twardowski w jednym ze swoich wierszy napisał: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Można je odnieść do relacji w Kościele.
Kim bylibyśmy bez kapłanów? Kim oni byliby bez nas? Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Budowla nie powstanie bez kamieni.
Obie strony potrzebują wzajemnej troski i szczerego dialogu. Nieodzowna jest pamięć w modlitwie. Warto podjąć  trud, by nasza wzajemna miłość mogła być znakiem obecności Boga w świecie.
Przypisy
 https://www.radiomaryja.pl/kosciol/ppapiez-franciszek-kosciol-domem-boga

Małżeństwo na Mszy Świętej

Jesteśmy niezmordowani. Nie zniechęci nas do Kościoła złe kazanie, ani to, że ksiądz krzyczy na nas bite pół godziny. Jak co niedziela pchamy wózek pełen dzieci by dotrzeć w to miejsce. Czasem przemknie nam myśl, że fajnie gdyby się ucieszył, że jesteśmy, że są z nami dzieci. Niewiele wie o nas, o naszych zmaganiach, o tym z czym przychodzimy. Na wszelki wypadek zakłada, że jesteśmy źli i gnuśni i że jak się nas porządnie nie ochrzani to Ewangelia nam do głowy nie wejdzie. Czemu tam wciąż wracamy? Bo jest tam Ktoś jeszcze. Ktoś potężniejszy od słabości naszych i kapłańskich. Ktoś, kto uczy nas wzajemnego znoszenia się w miłości. „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mk 13,13). Przyjmujemy, że trwanie jest ważne. I trwamy.

Czuję się tak dobrze, spoglądam na ciebie, więc po prostu tańcz, tańcz, tańcz, no dalej

Weszłam dziś rano do pokoju pełnego porozrzucanych ubrań i zabawek. Czułam, że potrzebuję  wspomagania, żeby to ogarnąć. Choćby dobrej muzyki. Przeglądając YouTube trafiłam na utwór Justina Timberlake’a.

Zdecydowanie dodał mi energii, z tym, że najpierw musiałam chwilę potańczyć. Uwaga ta piosenka jest niebezpieczna – wyrywa z fotela! Jeśli macie ochotę na radość, zapraszam do tańca! W teledysku tańczy między innymi pani kelnerka w kawiarni, pan przed zakładem fryzjerskim, kobieta w pralni, ekspedient między regałami sklepu. Pomyślałam sobie: gdyby słowa tej piosenki odnieść do Tego jak nas widzi Bóg? Gdyby to On do nas śpiewał: „nie mogę oderwać od ciebie wzroku kiedy tańczysz!” Spróbowałam to sobie wyobrazić… Ciekawe w jakich sytuacjach zastanie was ta piosenka? Może wyrwie zza biurka w korporacji? Z wygodnego miejsca w tramwaju, albo z samego środka tysiąca pilnych spraw do załatwienia? Kto jest waszym faworytem? Dla mnie Dennis z supermarketu i Jonah – pan w garniaku.

„Nie widzę niczego oprócz ciebie, gdy tańczysz,
(nie mogę powstrzymać tego uczucia)
czuję się tak dobrze, spoglądam na ciebie,
więc po prostu tańcz, tańcz, tańcz, no dalej…”

 

Good luck!

 

*Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirował mnie wpis Pana Rafała:

Bóg adoruje człowieka!

Iz 42, 1-4

Jezus Zmartwychwstał Alleluja!

„Łagodny baranek”, ktory ofiarował się za nas w Wielki Piątek, dzisiaj tryumfuje z mocą!

Iz 42, 1-4

„Oto mój Sługa, którego podtrzymuję.
Wybrany mój, w którym mam upodobanie.
Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął;
On przyniesie narodom Prawo.
Nie będzie wołał ni podnosił głosu,
nie da słyszeć krzyku swego na dworze.
Nie złamie trzciny nadłamanej,
nie zagasi knotka o nikłym płomyku.
On niezachwianie przyniesie Prawo.
Nie zniechęci się ani nie załamie,
aż utrwali Prawo na ziemi,
a Jego pouczenia wyczekują wyspy”.
Urzeka mnie w tym fragmencie poetycki opis natury Bożej miłości. Bóg będąc wszechmocny, wszechpotężny, zwycięski, jest jednocześnie łagodny, delikatny i czuły…

Alleluja!

Jesteśmy tłumem dobrych ludzi?

Dziś chcę poruszyć kolejny bolesny temat. Myślę, że współgra z dramatyzmem ewangelicznego Wielkiego Piątku.

Jakiś czas temu miałam okazję obejrzeć film zatytułowany: „Płacz Syrii”. Zainspirował mnie do napisania poniższego wiersza. Film nakręcony został w 2017 roku. Jest o wojnie, która trwa od 2011 roku, między prezydentem Baszarem al-Asadem, a opozycją. Dokument pokazuje codzienne życie Syryjczyków. Ich cierpienie, rozpacz, ale i nadzieję. Ich miłość do ojczyzny, codzienną walkę o chwile „normalności” w ekstremalnych warunkach. Wzruszyła mnie scena, w której dzieci jadą na jeden z ocalałych pośród zbombardowanego miasta, plac zabaw. Są beztroskie, szczęśliwe, śmieją się, bujają na bujaczkach, kręcą na karuzelach. Po czym muszą wracać w pośpiechu – zbliża się kolejny atak bombowy. Ktoś bliski powiedział mi – „nie patrz na to. Jesteś wrażliwa. Tam są drastyczne sceny.” Nie posłuchałam. Po co mi moja wrażliwość, jeśli odwracam wzrok od cierpiącego? Na co mi moja wrażliwość, na co mi mój katolicyzm? Chcę patrzeć! Chcę mieć świadomość tego, co Ci ludzie przeżywają i dlaczego decydują się na emigrację?

 

Wzgardzony

 

Nie było miejsca

abym się narodził

Jednak

żyję

W ciągłej ucieczce

przed nienawiścią

Widziałem, jak się topią

mój ojciec i siostra Adab

Ich łódź przybiła do innego brzegu – mówi mama

Są teraz tam w górze

Mieszkamy

w mieście puszek

Zamknięci

Dłoń przy dłoni

Oddech przy oddechu

Przez dziurę w puszce

widzę kawałek błękitu

Adab jest szczęśliwa

Biały obłok na błękitnym niebie

Macham do niej

Zasnąłem

Śni mi się biały,

potężny ptak

Na jego skrzydłach wzbijam się w górę

ponad miasto cieni

Lecę

Nad lasy, jeziora, drogi, domy

Z wysoka dostrzegam

na zielonej od szczęścia ziemi

dzieci biegają dookoła światła

klaszczą w ręce,

Kolorowe sukienki, lizaki i lody

Widzę tłum ludzi

Zniżamy lot

Chcemy lądować

Lecz silny podmuch strąca nas w otchłań

Tłum

dobrych ludzi

patrzy, jak spadam

Budzę się z krzykiem

Zimno

Adab płacze

ulewnym deszczem

 

 

Pobito dziewczynkę

Jeden z ulubionych reżyserów mojej mamy – Alfred Hitchcock mawiał, że dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. Hitchcock był wybitnym reżyserem. Ciekawe czy byłby dobrym blogerem? 🙂
Rozważałam czy kierować się tą zasadą w pisaniu bloga? I zdecydowałam, że nie. Na spokojnie, zacznę od jakiegoś lekkiego tematu – pomyślałam. Ale nie dało się! Po prostu muszę napisać o pewnym incydencie, który bardzo mnie poruszył. Jakiś czas temu w Warszawie na dzielnicy Ochota, dorosły mężczyzna pobił 14 – letnią dziewczynkę tureckiego pochodzenia. Był to atak na tle rasowym, tak dotkliwy, że dziecko wylądowało w szpitalu.
Dwa tygodnie temu, na dwa dni przed planowanym w Warszawie marszem antyrasistowskim, z tych samych powodów pobito chłopca w klasie mojego dziecka. Tym razem agresorem było inne dziecko. Pobity chłopczyk jest Azjatą. Na szczęście nie skończyło się szpitalem, ale chłopiec miał obrażenia na ciele. Ma on dopiero kilka lat a już został pobity za swoją odmienność! Nie wiem, czy to jest dla Was jak trzęsienie ziemi? Dla mnie jest. Tak się składa, że incydent z dziewczynką zainspirował mnie do napisania wiersza. Niedawna bijatyka w szkole, sprowokowała mnie by go opublikować. Dedykuję go wszystkim, którzy w moim ukochanym kraju, doświadczają przemocy i dyskryminacji na tle rasowym.

Pobito

Justyna spóźniona –
korek
na Marszałkowskiej.
Sunął
pochód ulicą,
rozwiane włosy,
sztandary na wietrze,
pobito dziewczynkę,
Roma upuściła różaniec,
zamknęli Kaśkę
w szkolnej toalecie.
Julia z torbą
zakupów,
Anna wyszła z kina,
pobito dziewczynkę,
Renata dopijała
cappuccino latte.
Ze srebrnego ekranu
dobrze brzmiały
słowa potępienia
czynów haniebnych.
Pobito dziewczynkę.
Majka
siedziała w pracy
po godzinach.
Msza w intencji ofiar,
dumna młodzież
wstała z kolan,
pobito dziewczynkę
zapobiegawczo,
dla ostrzeżenia
jej podobnych
dziewczynek.
Pobito dziewczynkę,
żebyśmy
się miały na baczności.
Pobito dziewczynkę.

W naszym kraju
rasizm potępiamy
słownie

Cieszy mnie inicjatywa antyrasistowskiego marszu, który w sobotę 17 marca przeszedł ulicami Warszawy. Coraz częstsze akty agresji wobec osób innej narodowości pokazują, że tego typu demonstracje są w Polsce potrzebne. Tak jak ważna i potrzebna jest nasza codzienna mozolna praca. Po to, by wychowywać dzieci w szacunku dla innych, bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry czy religię. By były otwarte na ludzi. By były ciekawe świata. Ważne jest byśmy wpajali dzieciom, ale przede wszystkim sami żyli prawdą, że człowiek zasługuje na szacunek nie ze względu na swoją przynależność do danego narodu, stanowisko, pozycję społeczną, stan konta, elokwencję, aparycję, zdolności wokalne, aktorskie, charyzmę, pobożność etc., ale dlatego że jest człowiekiem.

Alma de casa

Skąd pomysł na taką nazwę bloga? Już wyjaśniam. Wiele lat temu miałam przyjemność wziąć udział w wymianie studentów w ramach programu Socrates Erasmus. Wyjechałam na pół roku do Hiszpańskiego miasteczka Cuenca w rejonie Castilla la Mancha. Poznałam tam bardzo sympatyczną dziewczynę o imieniu Elwira, która pochodziła z Madrytu. Zaprzyjaźniłyśmy się i po kilku tygodniach zaprosiła mnie do swojego rodzinnego domu. Muszę przyznać, że jestem zachwycona Hiszpanią. Kolorowym, pełnym słońca i muzyki, krajem. Bardzo się cieszyłam, że mogę ten kraj poznać „od środka”. Nie jak przejezdny turysta, zwiedzający w pośpiechu, według ustalonego przez biuro podróży, napiętego planu, ale jako student tamtejszej uczelni. Mogłam poznać Hiszpanię, jej piękny język, mieszkańców, ich zwyczaje, kulturę, będąc pośród nich, będąc blisko. To była wspaniała przygoda. Mama Elwiry przyjęła mnie pyszną paellą na obiad i tamtejszym przysmakiem o nazwie „flan” – na deser. Po całodziennym zwiedzaniu, byłam oczarowana Madrytem. Rozmawiałyśmy chwilę. Gdy miałyśmy kłaść się spać, zapytałam Elwirę – czym się zajmuje jej mama?  (¿Quién es tu mamá?) Elwira odpowiedziała, przynajmniej tak usłyszałam – Ella es alma de casa – ona jest „duszą domu”. Zdążyłam pomyśleć – ojej, jak Hiszpanie pięknie mówią na kobiety zajmujące się domem! Alma de casa?- powtórzyłam, żeby się upewnić. Jednak Elwira mnie poprawiła mówiąc – ¡No! Ella es ama de casa. Czyli jednak nie! Zwyczajnie się przesłyszałam. Jej mama jest „kurą domową”!  Po hiszpańsku „ama” – oznacza kura. Słowo „kura” i „dusza” różnią się od siebie tylko jedna literą. Zaśmiałam się. Elwira spojrzała na mnie wyraźnie zirytowana. Przepraszałam ją tłumacząc, że to zabawnie brzmi i u nas też mówi się „kura domowa”, ale widać było, że mój śmiech sprawił jej przykrość. Zastanawiałam się później czy nazwa „kura” jest właściwa dla określenia kobiety opiekującej się domem i rodziną. Przecież ona nie tylko „wysiaduje pisklęta” – daje jeść, pić i mości gniazdo przed pójściem spać. Ale robi o wiele więcej. Dba o rozwój dzieci, emocjonalny, intelektualny, duchowy. Dba o męża, partnera. Dba by domownicy byli zdrowi, dobrze się odżywiali. Tworzy atmosferę domu, nie tylko przez jego wystrój, ale też przez to jak zwraca się do domowników, jak okazuje im czułość, szacunek, bliskość. Wkłada w to wszystkie swoje talenty i umiejętności (włącznie ze zdolnościami do regeneracji bez snu – na przykład, gdy dziecko choruje), swoje zdolności do negocjacji, rozwiązywania konfliktów, kojenia ran (od stłuczonych kolan i zdartych łokci po zranione serduszka). Dzieli się swoją wiedzą, miłością, ciepłem, troską, swoim pięknem. Czy do osoby, wykonującej te i wiele innych rzeczy, których tu nie wymieniłam, pasuje określenie – „kura domowa”? Dla mnie – „dusza domu” jest o wiele bardziej adekwatne. I myśląc o mamie Elwiry, która tamtego dnia włożyła wiele pracy i serca by mnie, przybysza z innego kraju, ugościć. Stworzyła ciepłą, bezpieczną atmosferę. Nakarmiła, przenocowała – wolę myśleć o niej, jako o „alma de casa” – „duszy” tamtego domu. Dzisiaj sama zajmuję się domem i rodziną. Chcę o sobie mówić i myśleć, że jestem „duszą” mojego domu. „Soy el alma de mi casa”.

Cześć!

Cześć! Jestem Natalia, zamierzam pisać blog.  Potrzebowałam sporej zachęty bliskich, żeby się odważyć. I stało się!

Drodzy czytelnicy – miło, że jesteście.

Zamierzam umieszczać na blogu swoje wiersze. Nie mogły wytrzymać w szufladzie, postanowiły zobaczyć trochę świata. 😊 Pozwoliłam im, szczerze przyznam, że je lubię.

Niniejszym przedstawiam pierwszy z nich:

 

Wiosna

 

Odkładałam

siebie

na później

 

Aż przyszedł

dzień

 

nie mogłam powstrzymać

wezbranej

wiosny

 

Tak właśnie ze mną było, wiele obowiązków, wiele pilnych spraw do załatwienia… ale dosyć tego odkładania!

Zima odeszła, jest wiosna!

Drodzy czytelnicy, gorąco zachęcam Was do czytania. Zapnijcie pasy, będzie się działo!

Do zobaczenia w następnym wpisie.