Jesteśmy tłumem dobrych ludzi?

Dziś chcę poruszyć kolejny bolesny temat. Myślę, że współgra z dramatyzmem ewangelicznego Wielkiego Piątku.

Jakiś czas temu miałam okazję obejrzeć film zatytułowany: „Płacz Syrii”. Zainspirował mnie do napisania poniższego wiersza. Film nakręcony został w 2017 roku. Jest o wojnie, która trwa od 2011 roku, między prezydentem Baszarem al-Asadem, a opozycją. Dokument pokazuje codzienne życie Syryjczyków. Ich cierpienie, rozpacz, ale i nadzieję. Ich miłość do ojczyzny, codzienną walkę o chwile „normalności” w ekstremalnych warunkach. Wzruszyła mnie scena, w której dzieci jadą na jeden z ocalałych pośród zbombardowanego miasta, plac zabaw. Są beztroskie, szczęśliwe, śmieją się, bujają na bujaczkach, kręcą na karuzelach. Po czym muszą wracać w pośpiechu – zbliża się kolejny atak bombowy. Ktoś bliski powiedział mi – „nie patrz na to. Jesteś wrażliwa. Tam są drastyczne sceny.” Nie posłuchałam. Po co mi moja wrażliwość, jeśli odwracam wzrok od cierpiącego? Na co mi moja wrażliwość, na co mi mój katolicyzm? Chcę patrzeć! Chcę mieć świadomość tego, co Ci ludzie przeżywają i dlaczego decydują się na emigrację?

 

Wzgardzony

 

Nie było miejsca

abym się narodził

Jednak

żyję

W ciągłej ucieczce

przed nienawiścią

Widziałem, jak się topią

mój ojciec i siostra Adab

Ich łódź przybiła do innego brzegu – mówi mama

Są teraz tam w górze

Mieszkamy

w mieście puszek

Zamknięci

Dłoń przy dłoni

Oddech przy oddechu

Przez dziurę w puszce

widzę kawałek błękitu

Adab jest szczęśliwa

Biały obłok na błękitnym niebie

Macham do niej

Zasnąłem

Śni mi się biały,

potężny ptak

Na jego skrzydłach wzbijam się w górę

ponad miasto cieni

Lecę

Nad lasy, jeziora, drogi, domy

Z wysoka dostrzegam

na zielonej od szczęścia ziemi

dzieci biegają dookoła światła

klaszczą w ręce,

Kolorowe sukienki, lizaki i lody

Widzę tłum ludzi

Zniżamy lot

Chcemy lądować

Lecz silny podmuch strąca nas w otchłań

Tłum

dobrych ludzi

patrzy, jak spadam

Budzę się z krzykiem

Zimno

Adab płacze

ulewnym deszczem

 

 

Pobito dziewczynkę

Jeden z ulubionych reżyserów mojej mamy – Alfred Hitchcock mawiał, że dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. Hitchcock był wybitnym reżyserem. Ciekawe czy byłby dobrym blogerem? 🙂
Rozważałam czy kierować się tą zasadą w pisaniu bloga? I zdecydowałam, że nie. Na spokojnie, zacznę od jakiegoś lekkiego tematu – pomyślałam. Ale nie dało się! Po prostu muszę napisać o pewnym incydencie, który bardzo mnie poruszył. Jakiś czas temu w Warszawie na dzielnicy Ochota, dorosły mężczyzna pobił 14 – letnią dziewczynkę tureckiego pochodzenia. Był to atak na tle rasowym, tak dotkliwy, że dziecko wylądowało w szpitalu.
Dwa tygodnie temu, na dwa dni przed planowanym w Warszawie marszem antyrasistowskim, z tych samych powodów pobito chłopca w klasie mojego dziecka. Tym razem agresorem było inne dziecko. Pobity chłopczyk jest Azjatą. Na szczęście nie skończyło się szpitalem, ale chłopiec miał obrażenia na ciele. Ma on dopiero kilka lat a już został pobity za swoją odmienność! Nie wiem, czy to jest dla Was jak trzęsienie ziemi? Dla mnie jest. Tak się składa, że incydent z dziewczynką zainspirował mnie do napisania wiersza. Niedawna bijatyka w szkole, sprowokowała mnie by go opublikować. Dedykuję go wszystkim, którzy w moim ukochanym kraju, doświadczają przemocy i dyskryminacji na tle rasowym.

Pobito

Justyna spóźniona –
korek
na Marszałkowskiej.
Sunął
pochód ulicą,
rozwiane włosy,
sztandary na wietrze,
pobito dziewczynkę,
Roma upuściła różaniec,
zamknęli Kaśkę
w szkolnej toalecie.
Julia z torbą
zakupów,
Anna wyszła z kina,
pobito dziewczynkę,
Renata dopijała
cappuccino latte.
Ze srebrnego ekranu
dobrze brzmiały
słowa potępienia
czynów haniebnych.
Pobito dziewczynkę.
Majka
siedziała w pracy
po godzinach.
Msza w intencji ofiar,
dumna młodzież
wstała z kolan,
pobito dziewczynkę
zapobiegawczo,
dla ostrzeżenia
jej podobnych
dziewczynek.
Pobito dziewczynkę,
żebyśmy
się miały na baczności.
Pobito dziewczynkę.

W naszym kraju
rasizm potępiamy
słownie

Cieszy mnie inicjatywa antyrasistowskiego marszu, który w sobotę 17 marca przeszedł ulicami Warszawy. Coraz częstsze akty agresji wobec osób innej narodowości pokazują, że tego typu demonstracje są w Polsce potrzebne. Tak jak ważna i potrzebna jest nasza codzienna mozolna praca. Po to, by wychowywać dzieci w szacunku dla innych, bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry czy religię. By były otwarte na ludzi. By były ciekawe świata. Ważne jest byśmy wpajali dzieciom, ale przede wszystkim sami żyli prawdą, że człowiek zasługuje na szacunek nie ze względu na swoją przynależność do danego narodu, stanowisko, pozycję społeczną, stan konta, elokwencję, aparycję, zdolności wokalne, aktorskie, charyzmę, pobożność etc., ale dlatego że jest człowiekiem.

Alma de casa

Skąd pomysł na taką nazwę bloga? Już wyjaśniam. Wiele lat temu miałam przyjemność wziąć udział w wymianie studentów w ramach programu Socrates Erasmus. Wyjechałam na pół roku do Hiszpańskiego miasteczka Cuenca w rejonie Castilla la Mancha. Poznałam tam bardzo sympatyczną dziewczynę o imieniu Elwira, która pochodziła z Madrytu. Zaprzyjaźniłyśmy się i po kilku tygodniach zaprosiła mnie do swojego rodzinnego domu. Muszę przyznać, że jestem zachwycona Hiszpanią. Kolorowym, pełnym słońca i muzyki, krajem. Bardzo się cieszyłam, że mogę ten kraj poznać „od środka”. Nie jak przejezdny turysta, zwiedzający w pośpiechu, według ustalonego przez biuro podróży, napiętego planu, ale jako student tamtejszej uczelni. Mogłam poznać Hiszpanię, jej piękny język, mieszkańców, ich zwyczaje, kulturę, będąc pośród nich, będąc blisko. To była wspaniała przygoda. Mama Elwiry przyjęła mnie pyszną paellą na obiad i tamtejszym przysmakiem o nazwie „flan” – na deser. Po całodziennym zwiedzaniu, byłam oczarowana Madrytem. Rozmawiałyśmy chwilę. Gdy miałyśmy kłaść się spać, zapytałam Elwirę – czym się zajmuje jej mama?  (¿Quién es tu mamá?) Elwira odpowiedziała, przynajmniej tak usłyszałam – Ella es alma de casa – ona jest „duszą domu”. Zdążyłam pomyśleć – ojej, jak Hiszpanie pięknie mówią na kobiety zajmujące się domem! Alma de casa?- powtórzyłam, żeby się upewnić. Jednak Elwira mnie poprawiła mówiąc – ¡No! Ella es ama de casa. Czyli jednak nie! Zwyczajnie się przesłyszałam. Jej mama jest „kurą domową”!  Po hiszpańsku „ama” – oznacza kura. Słowo „kura” i „dusza” różnią się od siebie tylko jedna literą. Zaśmiałam się. Elwira spojrzała na mnie wyraźnie zirytowana. Przepraszałam ją tłumacząc, że to zabawnie brzmi i u nas też mówi się „kura domowa”, ale widać było, że mój śmiech sprawił jej przykrość. Zastanawiałam się później czy nazwa „kura” jest właściwa dla określenia kobiety opiekującej się domem i rodziną. Przecież ona nie tylko „wysiaduje pisklęta” – daje jeść, pić i mości gniazdo przed pójściem spać. Ale robi o wiele więcej. Dba o rozwój dzieci, emocjonalny, intelektualny, duchowy. Dba o męża, partnera. Dba by domownicy byli zdrowi, dobrze się odżywiali. Tworzy atmosferę domu, nie tylko przez jego wystrój, ale też przez to jak zwraca się do domowników, jak okazuje im czułość, szacunek, bliskość. Wkłada w to wszystkie swoje talenty i umiejętności (włącznie ze zdolnościami do regeneracji bez snu – na przykład, gdy dziecko choruje), swoje zdolności do negocjacji, rozwiązywania konfliktów, kojenia ran (od stłuczonych kolan i zdartych łokci po zranione serduszka). Dzieli się swoją wiedzą, miłością, ciepłem, troską, swoim pięknem. Czy do osoby, wykonującej te i wiele innych rzeczy, których tu nie wymieniłam, pasuje określenie – „kura domowa”? Dla mnie – „dusza domu” jest o wiele bardziej adekwatne. I myśląc o mamie Elwiry, która tamtego dnia włożyła wiele pracy i serca by mnie, przybysza z innego kraju, ugościć. Stworzyła ciepłą, bezpieczną atmosferę. Nakarmiła, przenocowała – wolę myśleć o niej, jako o „alma de casa” – „duszy” tamtego domu. Dzisiaj sama zajmuję się domem i rodziną. Chcę o sobie mówić i myśleć, że jestem „duszą” mojego domu. „Soy el alma de mi casa”.

Cześć!

Cześć! Jestem Natalia, zamierzam pisać blog.  Potrzebowałam sporej zachęty bliskich, żeby się odważyć. I stało się!

Drodzy czytelnicy – miło, że jesteście.

Zamierzam umieszczać na blogu swoje wiersze. Nie mogły wytrzymać w szufladzie, postanowiły zobaczyć trochę świata. 😊 Pozwoliłam im, szczerze przyznam, że je lubię.

Niniejszym przedstawiam pierwszy z nich:

 

Wiosna

 

Odkładałam

siebie

na później

 

Aż przyszedł

dzień

 

nie mogłam powstrzymać

wezbranej

wiosny

 

Tak właśnie ze mną było, wiele obowiązków, wiele pilnych spraw do załatwienia… ale dosyć tego odkładania!

Zima odeszła, jest wiosna!

Drodzy czytelnicy, gorąco zachęcam Was do czytania. Zapnijcie pasy, będzie się działo!

Do zobaczenia w następnym wpisie.