100 lat!

Od stu lat mój kraj jest niepodległy. Co to dla mnie znaczy?

Sto lat, które zaczęły się z końcem pierwszej wojny światowej, a w czasie których miała miejsce druga. Sto lat – wydaje się w zasięgu ręki, w zasięgu jednego życia. Odcinek czasu, o którym mogliśmy usłyszeć z relacji naszych dziadków, rodziców i w którym toczyło się nasze życie.

1918.11.XI  Polska po stu dwudziestu trzech latach nieobecności na mapach świata, rozbiorów i funkcjonowania pod władzą obcych mocarstw, odzyskuje niepodległość.

1939

Zabieramy babcię nad morze. Pogoda dopisuje, plażujemy codziennie. Z okazji dnia dziecka jedziemy na wycieczkę do „Ocean Parku”. W pełnym słońcu czerwcowego dnia, oglądamy wystawę egzotycznych ryb. Przechadzamy się wśród makiet stworzeń morskich naturalnych rozmiarów. Uczestniczymy w pikniku rodzinnym, koncercie, oglądamy interaktywny pokaz o przygodach małego wielorybka. Zajadamy się wraz z naszymi dziećmi frytkami, goframi z bitą śmietaną, lodami. Pod koniec dnia pytam babci, czy jej się podobało? – Tak – odpowiada. Po namyśle dodaje – To co mi Hitler zabrał z dzieciństwa, teraz sobie odebrałam. Staję jak wryta. Jak to Hitler­­­­­? Ten pan z czarnym prostokątem wąsów nad zaciśniętymi wargami, który patrzył na mnie z podręcznika historii? Jego nazwisko nie pasuje do słonecznego dnia, do naszego dwudziestego pierwszego wieku. Czasu smartfonów, kina 7D i wirtualnej wystawy o wielorybku. Dociera do mnie, że dla mojej babci ten człowiek jest kimś bardzo realnym. To właśnie on, razem z innym panem z podręcznika – Stalinem, zabrali ośmioletniej dziewczynce i milionom innych dzieciństwo.

1944

Jest lato. Rodzice Danusi zawożą ją na wakacje do babci, sami wracają do Warszawy. Mają wrócić za dwa tygodnie. Nie wracają. Babcia i wnuczka czekają. Bardzo się niepokoją. Nie mają żadnych wieści. Nie działają telefony, ani radio. Danusia ma cztery lata. Nie rozumie co się dzieje. Czuje strach. W końcu wyruszają we dwie na piechotę. Do Warszawy, idą dwa dni. Gdy docierają na prawy brzeg Wisły, widzą łunę ognia. Czteroletnia Danusia trzymając babcię za rękę patrzy na płonące miasto. Obawiają się najgorszego. Wracają do domu. O losie bliskich nie wiedzą nic. Po paru miesiącach okazuje się, że rodzice Danusi przeżyli powstanie, trafili do obozu. Tato został ranny. Kilka lat później umiera. To jedna z wojennych historii pokolenia naszych dziadków, którą poznałam. Heroiczna walka Warszawiaków budzi podziw i szacunek. W czasie drugiej wojny światowej Polska spłynęła krwią.

Wojna kończy się w 1945 roku. Wyzwoliliśmy się spod władzy niemieckiego okupanta, choć na pełną autonomię od wpływu innego obcego mocarstwa, przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.

1981

Zimowego dnia, w którym w moim niepodległym kraju na ulicę wyjeżdżają czołgi, nie pamiętam. Mam kilka miesięcy i dysplazję stawów biodrowych. Rodzice by dostać się do lekarza zdobywają przepustkę na wyjazd z miasta. Jadą prawie pustym pociągiem do Warszawy. Przedzierają się przez zaśnieżone miasto by dotrzeć do doktora. Muszą minąć kilka patroli uzbrojonej po zęby milicji. Ze mną na rękach i dopiero co pośpiesznie wywołanym zdjęciem RTG. Gdy po latach przychodzi mi chęć narzekać na kolejkę w przychodni do pediatry, przypomina mi się ta scena. To dopiero było ekstremalne rodzicielstwo!

1884

Zapamiętałam rozdzierający smutek mamy. Nie rozumiem co to znaczy, że zabito księdza. Czuję, że stało się coś strasznego. Miałam trzy lata (naprawdę to pamiętam. Takiego smutku i lęku się nie zapomina).

Chodzę z dziadkiem na pochody pierwszo majowe. Robimy gołąbka i flagi z papieru. Jest kolorowo, wokół tłum przejętych ludzi. Stoję dumna obok dziadka, który trzyma mnie za rękę. Potem maszerujemy. Dziarsko wymachuję gołębiem na patyku. Najważniejszy jest moment, kiedy mijamy trybuny – to jakieś ważne miejsce. Wtedy mam podnieść gołąbka najwyżej jak dam radę. Nie rozumiem czemu mama się wścieka, że dziadek zabiera mnie na pochody.

1989

W szkole podstawowej nauczycielka na lekcji wychowawczej proponuje, żebyśmy zrobili mini koncert. Chętni mogą wyjść na środek i zaśpiewać piosenkę. Koleżanki śpiewają „Jesteśmy jagódki”, „Poszło dziewczę po ziele”, „Niosły dzieci z sadu”. Zgłaszam się. Śpiewam „Mury” Kaczmarskiego. Dla mnie to naturalne. Piosenek „Barda Solidarności” słuchamy w domu na okrągło. Nie bardzo rozumiem co to jest „zębykrat”, ale wiem, że piosenka jest o murach, które runą i to mi się podoba.

W domu dziadków najważniejszym miejscem jest taboret przy kuchennym stole. Wdrapuję się na niego, babcia pichci smakołyki.

– Babciu, opowiedz mi o wojnie. -proszę.

– Nie mogę kochanie, jestem zajęta.

– Może ty dziadku?

Dziadek przysiada się – dobrze. Tak zaczynają się opowieści. Uwielbiam to! Jest w nich wiele niebezpieczeństw i przygód (jak się po latach okaże częściowo zmyślonych) ale ze wszystkich dziadek, czy babcia wychodzą obronną ręką. Zawsze jest „happy end”. Uwielbiam historie o wojnie. Czasem śni mi się, że walczę z Niemcami. Lubię te sny bo ich pokonuję.

Nie rozumiem czemu się wszyscy ekscytują „okrągłym stołem”. Wydawało mi się oczywiste, że lepiej się przy takim stole rozmawia. Czy dorośli na to wcześniej nie wpadli?

1990

Denerwuje mnie, że dziadek chce głosować na Lecha Wałęsę w wyborach prezydenckich. Nie rozumiem go. Gdybym tylko mogła oddałabym głos na Mazowieckiego. Trzymam za niego kciuki, ale to za mało. Wygrywa Wałęsa.

1995

Lubię rozmawiać z tatą o polityce. Czuję się wtajemniczona w „ważne sprawy”. Czuję się ważna. Tłumaczy mi kto to są postkomuniści. I dlaczego irytuje go, że wybory wygrał Aleksander Kwaśniewski.

1999

Pielgrzymka Jana Pawła II w Bydgoszczy. Jedziemy całą klasą. Wycieczkę organizuje szkoła. To jest coś oczywistego, że papieżem jest Polak. Tak jest odkąd pamiętam.

2000

W klasie maturalnej pochłaniam lektury: „Medaliony”, „Inny świat”, „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”… obraz wojny jaki wyłania się z tych książek zdecydowanie różni się od zapamiętanego z relacji dziadków. Nie mogę spać w nocy. Wzrusza mnie myśl, że każda mijana na ulicy starsza pani, czy pan nosi w swoim sercu własną wojenną historię.

Zdaję maturę. Zaczynam studia w Krakowie.

Prezydentem zostaje Lech Kaczyński.

2002

Pielgrzymka Jana Pawła II. Pamiętam podekscytowane miasto. Tłumy na mszy świętej na błoniach. Po eucharystii dialog papieża ze zgromadzonymi ludźmi. Jesteśmy przyzwyczajeni, że z nami rozmawia, czekamy na to.  To jest poza protokołem, nieoficjalne, bliskie, płynące prosto z serca. Potem dialogi pod oknem papieskim. Chciałabym żeby ciągle tam stał i rozmawiał z nami. Choć jest już słaby. Gdy odlatuje z Balic po starcie samolot robi kilka okrążeń nad żegnającym papieża tłumem. Przyzwyczailiśmy się, do takich gestów. Do tego że Jan Paweł II nie odleci tak porostu, ale jeszcze tym ostatnim gestem pokaże, że nas kocha. Patrząc na postępującą chorobę zadajemy sobie pytanie, czy to nie jest przypadkiem ostatni raz gdy go widzimy?

2005

Śmierć Jana Pawła II. Idziemy ze znajomymi pod okno papieskie. Następnego dnia na mszę w Łagiewnikach. – Módlmy się za biskupa, módlmy się za papie…- ksiądz odprawiający mszę urywa w pół słowa. Przez głowę przebiega myśl – no tak, przecież papieża nie ma. Po jego śmierci na ulicach miast, w kościołach w mediach, Polacy się jednoczą na modlitwie. W czasie tych kilku dni Polska przeżywa rekolekcje. Ludzie z różnych opcji politycznych mówią jednym głosem. W telewizji nie ma przemocy i taniej sensacji. Są relacje z czuwań, przypomnienie pielgrzymek, przesłania papieża. Kontemplujemy pozostawione przez Jana Pawła II dziedzictwo. To było piękne! Pamiętam to i nikt mi tego wspomnienia nie zabierze! Potrafimy się zjednoczyć! Przez tą śmierć w pewnym sensie papież staje się mi bliższy. Już mniej „oczywisty”.

Wybór na papieża Benedykta XVI

2005

Kończę studia. Przenoszę się do Warszawy. Nie mogę się przyzwyczaić do przepastnych odległości między jedną stroną ulicy a drugą. Ogromnych przestrzeni, które trzeba pokonać by gdzieś dojechać. Warszawa uwodzi mnie „upamiętnianiem” historii. To miasto, które pielęgnuje pamięć, szczególnie drugiej wojny światowej. Zachwyca Muzeum Powstania Warszawskiego, koncerty „Panien Wyklętych”, związane z historią gry miejskie, inscenizacje walk powstańczych. Odnajduję swoje miejsce w mieście, gdzie „Hitler i Stalin zrobili co swoje, gdzie wiosna spaliną oddycha.”

2006

Pielgrzymka Benedykta XVI do Polski. Cieszę się, że jest, że mamy papieża. Gdy skończyła się msza na błoniach, czekamy na dialog papieża z tłumem. Benedykt nie rozmawia, macha nam i odjeżdża. Jest inny. Dociera do mnie, że to co miałam za oczywistość, było wyjątkowe.

2007/ 2008 Umierają moi dziadkowie. Jak mało miałam dla nich czasu u schyłku ich życia.

2010

Katastrofa smoleńska. Jak to się mogło stać? To niemożliwe. Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Wszystkie straszne rzeczy działy się kiedyś, dawno temu. Nie tu i teraz. W firmie, w której pracuję odwiedza nas dziesięcioletni syn szefa. Czeka na tatę, rysuje.

– Co tam narysowałeś synku?

– Narysowałem bezpieczny samolot. Taki co nigdy nie spada.

Coś się z nami dzieje niedobrego. Kłócimy się o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Od tamtej pory narasta między nami, podział.  Niezabliźniona rana ropieje.

Prezydentem zostaje Bronisław Komorowski.

2010

Nasz ślub. Spełnienie marzeń. Najwspanialszy człowiek jakiego w życiu spotkałam, zostaje moim mężem. Podczas wesela wchodzę na scenę i śpiewam mu przy zgromadzonych ( i lekko zszokowanych) gościach „You are simply the best” Tiny Turner. Z biegiem lat utwierdzam się w przekonaniu: he really is the best!

2013

Papieżem zostaje Jorge Mario Bergoglio SJ. Przyjmuje imię Franciszek. Zaczyna rewolucję w kościele. Głosi kościół ubogi, dostępny dla ubogich. Przypomina mi Pana Jezusa. On też wzbudzał wiele kontrowersji szczególnie wśród uczonych w piśmie.

2015

Prezydentem zostaje Andrzej Duda.

2018

Czytam swojemu dziecku Biblię dla dzieci. Historię o tym jak Józef i Maryja muszą uciekać do Egiptu przed żądnym władzy Herodem.  Mamo, ale to nie było w Polsce prawda? To by się tu nie mogło wydarzyć? Polska to bezpieczny kraj – mówi mój maluszek.

Chciałabym, aby tak było. Życzę tego nam wszystkim. By nasz kraj był bezpieczny dla dzieci i wszystkich mieszkańców, żeby nikt nie musiał stąd uciekać czy być prześladowany ze względu na swoje przekonania, narodowość, wyznanie, kolor skóry. Abyśmy żyli w pokoju i by pokój był między nami, w naszych rodzinach, relacjach z bliskimi, znajomymi i nieznajomymi.

Dzisiejszy czas to ostatnie lata życia pokolenia, które przetrwało wojnę. Obyśmy zdążyli ich wysłuchać, ukochać, przekazać pamięć o nich kolejnym pokoleniom.

 

1918 -2018. To moja subiektywna historia ostatnich stu lat niepodległej Polski. Kilka wspomnień, klisz pamięci. Moje życie płynie w rytm historii kraju, w którym mieszkam. Jestem jego milionową częścią. On jest częścią mnie. Wszystkiego najlepszego Polsko!

Jaka jest Twoja historia? Jak przeżyłeś wspomniane wydarzenia? Co dla Ciebie w ciągu ostatnich stu lat było ważne? Podzielisz się?

 

 

 

 

 

Jeden z najważniejszych filmów jakie widziałam

Wybieraliśmy się na rekolekcje dla małżeństw. Dwa tygodnie zajęło nam znalezienie odważnego, który podjąłby się zostać z naszymi dziećmi. Gdy już wszystko dopięte było na ostatni guzik, rekolekcje odwołano. Nie chcieliśmy by szansa na spędzenie czasu tylko we dwoje przepadła. Poszliśmy do kina…to był niezapomniany dzień.

Przyznam, że w odbiorze przeszkadzały mi opinie, które wcześniej słyszałam na temat „Kleru”.  Trudno było „przeżyć” scenę, o której słyszałam, że to „ta”, najbardziej poruszająca, najważniejsza. Dlatego czytelniku drogi, jeśli jeszcze nie oglądałeś filmu, a zamierzasz, lepiej nie czytaj dalej. Będą spojlery.

Film Wojciecha Smarzowskiego porusza wiele tematów, molestowanie dzieci jest jego motywem przewodnim. Historie, które zostały w nim przytoczone są inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, o czym wspominał scenarzysta Wojciech Rzehak w wywiadzie z Karolem Wilczyńskim.1 Za pośrednictwem filmowego medium zyskali głos ci, którzy nie byli słyszani (na pewno nie na taką skalę).

„Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga” – tak abp Józef Michalik, ówczesny Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, przed laty skomentował doniesienia o księżach pedofilach. Przerzucił odpowiedzialność za przestępstwo na ofiarę przemocy. Słowa te, tym bardziej dotkliwe, że zostały wypowiedziane przez osobę cieszącą się autorytetem, pełniącą wysoką funkcję w Kościele. Wypowiedź arcybiskupa została zacytowana w filmie „Kler”.

Ofiarami pedofilii staja się często dzieci, które doświadczyły we własnych domach przemocy, zaniedbania, trudnych doświadczeń. Ponieważ doznały wielu cierpień, mają niedobór opieki, miłości, troski, są tego złaknione, dzięki czemu łatwiej jest nimi manipulować. Jeśli czegoś szukają to miłości, a nie seksu!!! Zrzucanie na nie odpowiedzialności za współżycie z dorosłym jest szczytem obłudy. Film pokazuje jak kruche jest dzieciństwo. Traumy przeżyte w tym okresie, stają się bagażem na całe życie. Dla wielu bagażem nie do uniesienia.

„Film widziałem, nie wypowiadam się na temat tego, czy jest dobry czy zły. Według mnie jest na pewno przejaskrawiony, ponieważ brakuje w nim jasnych odniesień do tego, co w Kościele dobre, a co pokazuje walkę dobra ze złem, mającą miejsce także w kościelnych strukturach – mówi Grzegorz Polakiewicz.”2 Tego typu ocen jest więcej. Zarzut byłby sensowny gdybyśmy rozmawiali o filmie dokumentalnym. „Kler” to film fabularny.  Mam wrażenie, że podczas interpretacji część osób myli te dwa pojęcia i oczekuje od twórców fabuły bezstronności dokumentalistów. Ten gatunek rządzi się swoimi prawami żeby zbudować napięcie, dramaturgię, trzeba określonych środków, budowania narracji tak by była spójna, autentyczna. Nie wyobrażam sobie żeby sceny mówiące o tak trudnych sprawach z jakimi borykają się bohaterowie, poprzetykane zostały relacją z kółka różańcowego, czy czuwania młodych na błoniach. Gdyby tak było myślę, że nie powstałby poruszający film o ludzkich dramatach, ale politycznie poprawna laurka z głębią przekazu na poziomie bollywoodzkich produkcji, w stylu „ czasem jest dobrze, czasem źle.”

Z resztą w kilku scenach jest pokazane radosne oblicze kościoła. Rozbawiony tłum tańczy w rytm oazowej piosenki „Ognia daj lampie mej”. Entuzjazm nie udziela się dziecku, które zostało skrzywdzone. Ci, którym odebrano dzieciństwo, patrzą na swoich oprawców odprawiających mszę świętą, pouczających wiernych z ambony. Oni nie dają się porwać radosnym pląsom. Kilkadziesiąt lat później zgromadzenie na mszy świętej śpiewa tą sama piosenkę „Ognia daj lampie mej niechaj płonie…”.  Nic się nie zmieniło. Bohater ze swoją traumą zostaje pozostawiony sam sobie. Jak boleśnie prawdziwy to obraz świadczą chociażby historie ze strony fundacji działającej na rzecz ofiar księży pedofilów : www.nielekajciesie.org.pl.

Nie rozumiem akcji w stylu #mój kler3 , zdziwiło mnie umieszczenie na grafice z napisem „Kler” wizerunku Jana Pawła II, Ojca Kolbe, czy księdza Jerzego Popiełuszki 4. Cieszę się, że zaczynamy co raz więcej mówić dobrych rzeczy o kapłanach. Pytanie po co to robić w kontrze do filmu Smarzowskiego? Dla mnie takie akcje wynikają z niezrozumienia omawianego dzieła. Nie lubię takiego podejścia: Smarzowski atakuje Kościół. My mu odpowiemy kontratakiem. Pokażemy mu jacy jesteśmy dobrzy! Jaki mamy wspaniały kler!

To film z mocnym przesłaniem, mówi między innymi o tym, że: pedofilia jest złem, jest przestępstwem, ukrywanie sprawców pedofilii jest złe, istnieją w Kościele mechanizmy chronienia przestępców seksualnych. Czy to są rzeczy nieprawdziwe? Robienie „akcji ewangelizacyjnych” w kontrze do tego filmu jest chybionym pomysłem. O tym jak bardzo aktualnych problemów dotyka, przekonujemy się chociażby oglądając jeden z ostatnich odcinków programu Uwaga5. Dziennikarz przeprowadza w nim wywiad z księdzem, który współżył z dzieckiem. Na pytanie redaktora, czy to co ksiądz robił jest grzechem, odpowiedział on: „- Jest grzechem. No ale to każdy się z tego spowiada, prawda?-  odparł duchowny.  Dodał, że za uczynek otrzymał od drugiego księdza pokutę „odpowiednią do grzechu ciężkiego”. Rodzina poszkodowanego naciska dziennikarza by sprawę wyciszyć.

Perełką omawianego filmu jest dla mnie chwila, w której z ekranu padają słowa Psalmu 51:

Zmiłuj się nade mną ,Boże, w łaskawości swojej.
W ogromie swej litości zgładź nieprawość moją.

Obmyj mnie zupełnie z mojej winy
I oczyść mnie z grzechu mojego.

Uznaję bowiem nieprawość swoją,
A grzech mój jest zawsze przede mną.

Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem
I uczyniłem, co złe jest, przed Tobą.

Poruszająca scena szczerej, głębokiej modlitwy bohatera.

 

„Kler” nie jest filmem z happy endem. Jednak nie zgodzę się z tezą, że kończy się „bez nadziei” (nie raz taką opinię słyszałam). Bez nadziei byłoby dla mnie gdyby nic się nie stało, żaden protest. Gdyby po tym wszystkim bohaterzy wrócili do swoich ról i swoich codziennych zajęć „jak gdyby nigdy nic”. To co się dzieje jest rozwiązaniem ostatecznym, aktem desperacji. Wynika z przeżyć głównego bohatera, jego przekonań, braku zgody na zakłamanie. I w tym sensie myślę, że dopóki są ludzie, których wrażliwość i sumienie skłania do tego by być znakiem sprzeciwu wobec zła, dopóty jest nadzieja.

Nie jest to film. Który odłożyłabym na półkę z napisem „ulubione”. Trudno lubić taki temat, ogrom ludzkiego cierpienia. Za to z pewnością znalazłby się u mnie na półce „najważniejsze filmy jakie widziałam”.

„Uznanie zła, które się dokonało, jest szansą na nowe życie Kościoła”6 powiedział bp Damian Muskus OFM podczas 50. rejsu ewangelizacyjnego na barce w Krakowie. Wojciech Smarzowski opowiedział o „źle” trawiącym Kościół. Unaocznił nam zjawisko, którego skali nie znamy w konkretnych liczbach, bo w Polsce póki co nie ma żadnego raportu w tej sprawie. Wiele jest jeszcze do zrobienia. Trzeba uznać zło, zadośćuczynić ofiarom, zrobić wszystko co możliwe, by takie sytuacje nie miały więcej miejsca i ruszyć dalej. Bez tego nie można ruszyć dalej.

 

Przypisy

1 https://www.deon.pl/religia/wiara-i-spoleczenstwo/art,1471,scenarzysta-kleru-to-nie-jest-film-antykatolicki-wywiad.html

2 https://stacja7.pl/kosciol/pokazac-ocean-dobra-akcja-mojkler/

3 https://stacja7.pl/kosciol/pokazac-ocean-dobra-akcja-mojkler/

4 https://telewizjarepublika.pl/mocne-uderzenie-gazety-polskiej-kler-czyli-nasz-skarb,70532.html

5 https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,24085050,wstrzasajace-wyznanie-molestowanego-ministranta-w-uwadze-tvn.html

6 https://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,36147,uznanie-zla-ktore-sie-dokonalo-jest-szansa-na-nowe-zycie-kosciola.html

Wdzięczne serce

Nieprzespana noc. Chore dzieci­­­­. Natłok obowiązków. Wybuch gniewu. Poczucie winy. Niemoc. To wszystko zaniosłam pewnego dnia na mszę świętą. W Kościele usłyszałam czytanie z pierwszego listu do Tesaloniczan. Najbardziej utkwiło mi w pamięci zdanie: „W każdym położeniu dziękujcie.” Zastanawiałam się jak wcielić takie wezwanie w życie? Pierwsze co pomyślałam – tego nie da się zrobić!

Jak mam dziękować „w każdym położeniu”? To znaczy, teraz też? Rozumiem, dziękować za dobry czas, kiedy wszystko się układa. Ale dzisiaj? Kiedy jest mi ciężko, czuję się bezsilna, jestem zdenerwowana? W innej sytuacji przyjęłabym to zdanie bez zastrzeżeń, ale w tej chwili – nie, nie i jeszcze raz nie!
A jednak? Jakby to było, gdybym podziękowała za trudne emocje i wydarzenia dzisiejszego dnia ? Spróbowałam i … zrozumiałam, o co chodzi.

Kiedy dzieje się coś złego, rośnie we mnie złość, obwiniam się, szukam winy u innych. Uruchamia się lawina gniewu, która działa na mnie destrukcyjnie. Gdy podziękowałam w tej konkretnej sytuacji – skończyło się. Przestałam obwiniać. Zaakceptowałam zaistniałe wydarzenie. To dało mi do myślenia. Postanowiłam częściej dziękować.

Ta praktyka pomogła mi przyjąć siebie, moje ograniczenia, słabości, moją historię, życie z jego pięknem i bólem. Nie oznacza to, że spoczęłam na laurach i wpadłam w samozachwyt. Myślę, że trzeba nieustannie pracować nad sobą i się rozwijać. Natomiast przekonałam się, że zrozumienie i akceptacja siebie dodaje skrzydeł i czyni tę pracę radośniejszą i efektywniejszą.

My mamy, niejednokrotnie żyjemy pod presją cudzych oczekiwań. Bywa, że rzeczywistość boleśnie weryfikuje nasze własne plany i wyobrażenia o sobie. Czasem dręczy nas myśl, że nie jesteśmy wystarczająco dobre. Dziękowanie za trudne sytuacje, uczy mnie przyjmować moje macierzyństwo. Pomaga spojrzeć na siebie z miłosierdziem, dostrzec piękno moich talentów, umiejętności, pasji, które wkładam w opiekę nad rodziną i domem. Pozwala też przyjąć to, że nie zawsze „ogarniam”.

Dziękuję także za trudne relacje, które pojawiają się w moim życiu. Każda z nich czegoś mnie uczy.

Usłyszałam kiedyś takie zdanie: „Odkąd przestałam martwić się rzeczami, na które nie mam wpływu, mam wpływ na więcej rzeczy”. Gdy serce staje się wypełnione wdzięcznością, coraz mniej w nim miejsca na to, co zbędne, na zamartwianie się sprawami, na które nic nie mogę poradzić. Zyskuję przestrzeń, by zająć się tym, co ważne, co dzieje się tu i teraz.

Fragment: „W każdym położeniu dziękujcie.” z listu świętego Pawła, który usłyszałam w chwili kryzysu, początkowo wydał mi się niemożliwy do zrealizowania. Później jednak sprowokował mnie do zmiany myślenia. To prawda! Doświadczyłam tego, że dziękczynienie ma uzdrawiającą moc.

„Wykładamy się na szacunku”

Pozwoliłam sobie zaczerpnąć tytuł dzisiejszego wpisu z artykułu, który ukazał się jakiś czas temu na Deonie1. Tekst dotyczył wspólnoty charyzmatycznej, a konkretne zdanie pojawiło się w kontekście ekumenizmu w Kościele. Ksiądz Tomasz Szałanda zauważył, że brak szacunku często uniemożliwia nam otwarcie się na ludzi innych wyznań. Myślę, że trafił w sedno. Brak wzajemnego szacunku, a obecnie wręcz chroniczny jego deficyt, niszczy szeroko rozumiane relacje międzyludzkie.

 

Bóg jako środek do celu?

Niepokoi mnie, jak my wierzący i praktykujący katolicy potrafimy potraktować ludzi, z którymi się nie zgadzamy. Swoistą nowomową stało się obecnie instrumentalne traktowanie Słowa Bożego i ubliżanie innym za jego pomocą. Nazywanie osób o odmiennych poglądach „szatanem”, „Piłatem”. Czy taka postawa może kogokolwiek pociągać ku Bogu?

Znakiem naszych czasów jest brak hamulców, by obrażać i deprecjonować ludzi uważanych do tej pory za autorytety. Świadczy o tym chociażby notoryczny atak na papieża, podważanie jego wiarygodności i poczytalności. Czy jeszcze mamy jakieś autorytety? Za czasów Jana Pawła II, Benedykta XVI, nie do pomyślenia było (przynajmniej w Polsce) , żeby nazywać papieża szaleńcem czy heretykiem.

Słowo Boże coraz częściej służy do manipulowania i obrony własnych poglądów i interesów. Bóg ma zapewnić przewagę, zaświadczyć o sile, władzy. Na ustach ludzi zionących nienawiścią do wszystkiego co niepolskie i niekatolickie, słowa: „Jeśli Bóg z nami, to któż przeciwko nam” – napawają niepokojem. W mikroskali także da się zaobserwować to zjawisko. Przerzucamy się cytatami z Pisma Świętego w naszych sporach. Często tylko po to, by zmiażdżyć przeciwnika swoją racją. Widać to chociażby w dyskusjach toczących się w komentarzach na portalach katolickich.

 

Modlę się żebyś … „odszedł do domu Ojca”

Znajoma opowiadała mi przypadek pewnej kobiety. Uczestniczyła wraz z nią w warsztatach Pisania Ikon. W trakcie zajęć dzieliła się doświadczeniem swojej wiary. Sumiennie praktykowała wszelkie nabożeństwa, brała udział w wielu rekolekcjach. Wspomniała, że nie układa jej się w małżeństwie. Uważała się za osobę wierzącą i nie uznawała rozwodów. Znalazła inne rozwiązanie. Wytrwale modliła się o śmierć swojego męża. Zadziwiła mnie ta historia i „pobożność” obłudnej żony. Kilka tygodni później usłyszałam o księdzu, który przyznaje publicznie w kazaniu, że modli się o śmierć dla Papieża. Przeraziło mnie to.

 

Różańcowy prawy sierpowy

Przeglądając Internet trafiłam kiedyś na artykuł zatytułowany- „Katolicki nokaut!”2. O co może chodzić? – myślałam. Czyżby krewki kapłan zdzielił prawym sierpowym jakiegoś nieszczęśnika? Ku mojemu zdziwieniu tekst dotyczył modlitwy różańcowej. Autor artykułu użył sformułowania „katolicki nokaut” w odniesieniu do inicjatywy „Różańca na granicach”, podkreślając w ten sposób dużą liczebność wiernych, uczestniczących w tym przedsięwzięciu. Zmroziło mnie. Czy modlitwa nie jest aktem miłości i troski? Modląc się w intencji kraju modlę się za wszystkich jego mieszkańców, nie po to by kogoś zdzielić w twarz jak bokser na ringu. Takie wykorzystywanie różańca budzi niesmak.

 

„Sorry – taki mamy klimat”?

Są rzeczy, których dopuszczali się ludzie Kościoła, które są ranami w dziejach ludzkości. We wspólnocie ewangelizacyjnej, w której byłam uczyliśmy się jak odpowiadać na zarzuty. Zapamiętałam taką ripostę: „Kościół  nie jest wspólnotą świętych, ale grzeszników, którzy chcą być święci”. Zdanie samo w sobie jest prawdziwe. Wzywa, by nie potępiać innych. Jesteśmy grzesznikami. Póki żyjemy, mamy szansę być święci. Tyle, że to nas nie usprawiedliwia. Nie możemy wyjść do drugiego człowieka z podejściem: doznałeś zranienia, zgorszenia w KK? – „Sorry, taki mamy klimat”. Nie tędy droga! Gdy widzimy, że coś w naszej wspólnocie „nie gra” nie możemy być bezczynni, udawać, że nic się nie stało. Ukrywanie problemów, przestępstw, które po latach wychodzą na światło dzienne w atmosferze skandalu, gorszy ludzi i zniechęca do Kościoła. Molestowanie jest przedmiotowym traktowaniem drugiego człowieka, uderza w jego godność. Nie może być przemilczane! Jesteśmy zobowiązani zło nazywać złem i zadośćuczynić ofiarom, które doznały cierpienia.

 

Rodzina

Kościół jest dobry, doświadczam tego. Dzięki niemu nawiązałam relację z Bogiem, poznałam wielu wartościowych, dzielnych, pięknych ludzi. Łapie się za głowę, gdy dzieją się w nim rzeczy jak te wspomniane wyżej. Boli mnie to. Po co o tym piszę? Bo myślę, że potrzebny jest otwarty dialog o tym co trudne. Tak jak w rodzinie. Myślę że rodzina, w której każdy może swobodnie powiedzieć co go boli i zostanie wysłuchany, jest zdrowa. Daje jej członkom poczucie bezpieczeństwa. W takiej, w której nie można powiedzieć nic krytycznego, bo inaczej będzie awantura albo ciche dni – dzieje się coś niedobrego.

 

Miłość i szacunek

Nie jest wszystko jedno, jak odnosimy się do siebie nawzajem. Drzemią w nas pokłady złości i agresji, której nie wahamy się uzewnętrzniać. Przeraża retoryka nienawiści pod osłoną Ewangelii. Powtórzę zdanie za księdzem Tomaszem Szałandą: „to nie na doktrynie się wykładamy, a na szacunku”. Bez szacunku nie można niczego zbudować.

Niedawno napisałam artykuł pod tytułem „Spoiwo”3 .Rozwijając myśl Papieża Franciszka, którą tamże cytuję, fundamentem Kościoła – budowli, jest Chrystus, my – kamieniami. Spoiwo – to coś co spaja budowlę. Czy w ferworze walki o racje, nie zapominamy o wadze relacji międzyludzkich? Gdzie ma się ukazać oblicze Boga, jeśli nie w nich? We wzajemnym praktykowaniu miłości, otwartości, szacunku, życzliwości? Jeśli tego brakuje, choćbyśmy zręcznie żonglowali cytatami z „Pisma Świętego”, mówili piękne świadectwa, porywające kazania, nokautowali liczebnością i siłą – nie przybliżamy ludziom Ewangelii.

Kościół jest misyjny, będąc jego częścią jesteśmy posłani by przekazywać Dobrą Nowinę. Ludzie zanim zaczną czytać Słowo Boże­, najpierw czytają nasze życie. Bez szacunku nie można głosić prawdy o Zbawieniu.

 

 

 

 

Przypisy

 

1https://www.deon.pl/magazyn/maj-2018/art,11,to-nie-na-doktrynie-sie-wykladamy-a-na-szacunku-rozmowa.html

 

2Artykuł usunięty z portalu Fronda.pl, treść sprostowania można znaleźć tutaj: https://krknews.pl/rozaniec-granic-czyli-katolicki-nokaut/

https://tysol.pl/a19858-Jerzy-Bukowski-Boze-Cialo-Katolicki-nokaut

 

3https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/07/26/spoiwo/

Kilka refleksji z wakacyjnego szlaku

Przyjaźń

Wakacje się kończą. Powoli wszyscy wracamy do powszedniego rytmu zajęć. Co nam przyniósł ten czas? Jakie wrażenia? Perełką wśród moich wakacyjnych wspomnień jest doświadczenie przyjaźni. Czym jest dla mnie? Wytchnieniem, odpoczynkiem. Jest pociechą w trudnościach. Przed przyjacielem nie trzeba udawać, można być sobą. To dodaje skrzydeł! Drodzy przyjaciele, z którymi dzieliliśmy letnie przygody, dziękuję za Was! Dziękuje za „znoszenie się nawzajem w miłości”.

 

Hasanie i zabawa 😊

Jestem wdzięczna ludziom, którzy dają się porwać fantazji i tworzą w naszym polskim krajobrazie „przestrzenie radości”. Odwiedziliśmy trzy niezwykłe miejsca: „Farmę Iluzji”, „Magiczne Ogrody” i Bałtowski „Jura Park”. Polecamy! To doskonała alternatywa dla zatłoczonych nadmorskich plaż, czy zakopiańskich Krupówek. Urzekła nas pomysłowość autorów, wyobraźnia i pasja z jaką te miejsca zostały stworzone.

Zwiedzając „Farmę Iluzji”  możemy między innymi: zgubić się w labiryncie, zajrzeć do krainy smoków, poszaleć w wodnej strefie relaksu, zaobserwować ciekawe złudzenia optyczne, doznać zawrotu głowy w Latającym Domu.

 

 

Na niezwykłą aurę „Magicznych Ogrodów” składa się pomysłowa aranżacja przestrzeni, duża ilość budowli i urządzeń zaprojektowanych w baśniowej stylistyce. Całości dopełnia nastrojowa muzyka, która gdzieniegdzie pobrzmiewa z głośników (moimi faworytami są śpiewające drzewa, mogłabym ich słuchać cały dzień). Można tu spotkać „Wróżki smużki”, „Mordole”, „Krasnoludy” i oraz inne postacie przemykające gdzieniegdzie wśród krzewów, kwiatów i strumieni. Park zajmuje olbrzymi obszar, aż dziesięć hektarów! Przyznam, że jest dla mnie zagadką jak udaje się utrzymać ogród na tak rozległym terenie? Może to sprawa wytężonej pracy elfów i wróżek?

Co do Bałtowa, to poza wspomnianym „Jura Parkiem”, w którym można spotkać dinozaury naturalnych rozmiarów, jest tu jeszcze wiele atrakcji. Kolejka krzesełkowa, Zwierzyniec, Park Miniatur, Park Rozrywki, Rollercoaster – to tylko niektóre  z nich. Jeden dzień to zdecydowanie za mało by nacieszyć się wszystkim. Warto wybrać się tu na dłużej.

Nasze pociechy miały wielką frajdę, zwiedzając wspomniane miejsca. My także świetnie się bawiliśmy. Wreszcie mogliśmy powygłupiać się, poskakać na dmuchanym zamku, zgubić w labiryncie. Dziękuję za super zabawę!

 

Radość dla wszystkich

Jest takie nieduże nadmorskie miasteczko – Sarbinowo. Kilka lat temu została tam utworzona dwukilometrowa promenada wzdłuż brzegu morza, przy której znajdują się restauracje, kawiarnie, hotele. Będąc tam kilka miesięcy temu spotkaliśmy dzieci poruszające się na wózkach. Dzięki promenadzie mogły bez przeszkód przejechać się wzdłuż morza, podziwiać malowniczy krajobraz. Widzieliśmy ich radość, uśmiech. Zastanowiło mnie, j­­­­ak rzadko spotykamy dzieci z niepełnosprawnością w ośrodkach turystycznych czy parkach rozrywki? W lunaparkach część atrakcji jest dla nich dostępna ( polecam Jura Park w Bałtowie, część ekspozycji w Farmie Iluzji) nie we wszystkich. Na placu zabaw w moim mieście jest jedna bujaczka dla dziecka poruszającego się na wózku. To wyjątek. Na innych placach zabaw wcale nie ma takich urządzeń. A gdyby tak montować ich więcej? By z przestrzeni stworzonych dla radości mogły korzystać wszystkie dzieci?

 

Jestem ciekawa Waszych wrażeń z wakacji?

 

 

 

Zdjęcia: nagłówek -Pixabay, pozostałe są mojego autorstwa.

 

Kościół jest dobry. Świadectwo

Dobro nie jest krzykliwe, nie ciśnie się na pierwsze strony gazet. Jest ciche. Tak jak Bóg, który przychodzi w „lekkim powiewie”. By ukształtować sumienie potrzeba ogromu pracy. Tej pracy nieraz nie widać. Podzielę się jedną z wielu „dobrych rzeczy”, które w swoim życiu doświadczyłam we wspólnocie Kościoła.

 

Wychowałam się w rodzinie katolickiej. W czasach gdy ludzie z mojej parafii tłumnie chodzili na niedzielną mszę świętą. Jako dziecko niewiele rozumiałam z tego co działo się podczas Eucharystii.­­­­ Najbardziej lubiłam moment, w którym kapłan zbierał na tacę. Mogłam do koszyka wrzucić pieniążek. Byłam głaskana po czuprynie. Czułam się ważna. Z biegiem lat rozumiałam coraz więcej, pamiętam, że byłam dumna z siebie gdy w końcu udało mi się odszyfrować niezrozumiały słowotok mruczany przez dorosłych i zaczęłam recytować formułki wraz z nimi.

 

Był taki czas w moim życiu gdy tata wyjechał za granicę do pracy. Ja i moje rodzeństwo zostaliśmy z mamą. Trwało to kilka lat. Ciężko zniosłam okres gdy go nie było. Brakowało go nam. Potem tata wrócił. W moim sercu został uraz. Dusiłam w sobie żal i gniew do rodziców. Zamykałam się w sobie. Czułam się niezrozumiana, osamotniona, gorsza. Jednocześnie wzbierało we mnie przeświadczenie, że inni nie dorastają do mojej wrażliwości. Łykałam gniew. To była droga w pustkę. Chodziłam do podstawówki gdy usłyszałam na niedzielnej mszy świętej kazanie na temat przebaczenia. W parafii posługiwał wówczas ksiądz Wiesław, którego zapamiętałam z serdeczności i otwartości na ludzi, a także z poruszających homilii. Kapłan mówił o tym, że Bóg przebacza nam grzechy i że zmawiając Ojcze Nasz „odpuść nam nasze winy jak i my odpuszczamy naszym winowajcom” – powinniśmy pamiętać o przebaczeniu naszym bliźnim. Poczułam, że to kazanie odnosi się do mojej sytuacji. Zrozumiałam, że i ja jestem wezwana, żeby przebaczyć. Pamiętam ten szok i bunt. To mi się nie mieściło w głowie, (mój ścisły umysł od małego poddawał analizie wszystko co go otaczało). Mam im przebaczyć? Po tym co wycierpiałam – tak wtedy myślałam. Jednak słowa kapłana pracowały we mnie. Temat wracał, w czytanej co niedziela Ewangelii, w kazaniach, na rekolekcjach. Aż w końcu pewnego dnia postanowiłam spróbować. Zaczęło się od decyzji, żeby przebaczyć. Gdy tak postanowiłam zdobyłam się na odwagę, żeby porozmawiać z mamą. Opowiedziałam jej o tym co czuję. Potem rozmawiałam z tatą. Otworzyłam się przed nimi. Nie od razu się zrozumieliśmy. Proces uzdrowienia naszej relacji trwał na przestrzeni lat, ale dla mnie zaczął się właśnie wtedy. Przez lata wiele wypracowaliśmy. Nauczyliśmy się rozmawiać o tym co trudne. Rodzice są dla mnie wielkim wsparciem. Zawsze mogę na nich liczyć.

 

Odkryłam wtedy ważną rzecz – Bóg mówi prawdę. Przebaczenie wyciągnęło mnie z drogi ku zgorzknieniu i beznadziei. Przyniosło ulgę. Pomogło inaczej spojrzeć na rodziców i otworzyć się na nich. Po tym doświadczeniu postanowiłam Bogu zaufać i poznać go bliżej. Na rekolekcjach Oazowych, później w Duszpasterstwie Akademickim, i teraz we wspólnocie w której jestem z mężem, doświadczam Jego działania i opieki. Nie raz się gubię, ale On zawsze mnie znajduje. Prostuje moje życie. Tego doświadczenia nie byłoby bez Kościoła, bez Ewangelii, bez kapłanów. Dzięki nim nawiązałam relację z Bogiem i odkryłam, że jego słowo jest ciągle aktualne i może działać tu i teraz w mojej codzienności. Zawdzięczam Kościołowi bardzo wiele, dziś dziękuję za przebaczenie w rodzinie.

Spoiwo

Kamień węgielny

Według badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego liczba wiernych w kościele sukcesywnie maleje. Od lat daje się zaobserwować także spadek powołań kapłańskich i zakonnych.
Kościół jest „domem Boga”, miejscem Jego obecności, w którym możemy Go znaleźć i spotkać. (…)Jesteśmy żywymi kamieniami Bożej budowli, głęboko zjednoczonymi z Chrystusem – który jest kamieniem węgielnym – i między sobą.(…) wszyscy w Kościele jesteśmy równi. Wszyscy powinniśmy ubogacać Kościół naszym życiem, sercem i umysłem.” Mówił Papież Franciszek.
 
Spoiwo
My świeccy wraz z osobami konsekrowanymi współtworzymy Kościół. Co się takiego dzieje, że nasza wspólnota, z roku na rok się kurczy? Szukając przyczyn zaistniałej sytuacji wiele osób wskazuje na wpływ czynników zewnętrznych – mody idące z zachodu, konsumpcyjny styl życia, sekularyzację. Chciałabym zwrócić uwagę na coś innego. Przypatrzmy się naszym wzajemnym relacjom. Czy spoiwem między nami – kamieniami Bożej świątyni nie powinna być miłość? Podam kilka przykładów tego co może być przeszkodą w budowaniu jedności.
Różne perspektywy
Trwa Msza Święta. Jestem po nieprzespanej nocy (moje ząbkujące dziecko budziło się sześć razy). Kazanie monotonne. Zaczyna morzyć mnie sen. Myślę: potrzebuję słów, które mnie zaciekawią, wciągną, obudzą. Jestem zirytowana. Po skończonej homilii, podczas modlitwy wiernych kapłan zwraca się do nas: „Chciałbym was gorąco poprosić o modlitwę za mojego zmarłego tatę. Był ciężko chory, bardzo cierpiał. Zmarł dziś rano.” Zawstydziłam się: co ja wiem o tym człowieku? O tym co przeżywa? Jak łatwo jest mi oceniać, denerwować się, gdy dana sytuacja nie spełnia moich oczekiwań.
 
Co o sobie wiemy?
Miewamy za złe księżom, że nie znają realiów życia małżeńskiego, że przez to nie potrafią dawać dobrych rad, a homilie są oderwane od życia. Gdyby tak podejść do tego co nas dzieli ze zrozumieniem. Czy my znamy realia życia kapłańskiego? Wiemy jak to jest?
Kiedyśksiądz w mojej parafii powiedział w trakcie kazania: – Wszyscy potrzebujemy miłości, my księża także. To wywołało wśród  zgromadzonych konsternację. Dotknął tabu. Gdyby tak porozmawiać o tym, jak o czymś normalnym?  Kapłani, tak jak my, mają pragnienie miłości, bycia dla kogoś najważniejszą osobą, z którą będzie się dzieliło radości i troski. Ta potrzeba nie zostaje z chwilą przyjęcia święceń amputowana. Za to wyrzeczenie się takiej relacji jest warunkiem wejścia w stan kapłański. Czasem trzeba ogromnej pracy nad sobą, by nie ulec pokusom związanym z tym niezaspokojonym pragnieniem. Przypadki, gdy to się nie uda są chętnie prezentowane przez media. Wierność powołaniu nie jest medialna. Może być niedoceniana.
 
Przyjaźń
Papież Franciszek prosi o modlitwę za „utrudzonych i samotnych księży, którzy oddają się pracy duszpasterskiej, aby zostali pokrzepieni przyjaźnią z Panem i braćmi”.
Czy między wiernymi a księżmi przyjaźń jest możliwa? Czy nie jest uważana za niestosowną? Czy czasem nie chcemy by duchowni byli „nadludźmi” bez pragnień i potrzeb? Zasypujemy ich gradem oczekiwań. Ksiądz powinien być dyspozycyjny, zawsze wiedzieć co powiedzieć. Powinien być wyrozumiały, cierpliwy, nie mieć wahań, trudności, depresji. Przy takim założeniu mówienie o przeżywanych kryzysach, czy prośba o wsparcie, wydaje się nie na miejscu. Myślę, że warto zmienić sposób postrzegania i zobaczyć w księżach ludzi, takich jak my.
 
Modlitwa
 
Czy modlimy się za kapłanów? Bywa z tym różnie. Spodobała mi się idea akcji zorganizowanej w trakcie Mistrzostw Świata w piłce nożnej- duchowej adopcji naszych piłkarzy. Co byście powiedzieli na  „Duchową adopcję kapłanów”? Wszak oni każdego dnia grają mecz o wszystko. Może dobrym rozwiązaniem byłaby wzajemna duchowa adopcja? Rodzina mogłaby objąć modlitwą danego kapłana, a on rodzinę? Myślę, że warto szukać sposobów wzajemnego wsparcia.
 
Nazywanie rzeczy po imieniu

Tym co nas wiernych czasem boli jest stosunek kapłana do parafian. Relacja człowieka do człowieka, która ma swój wyraz między innymi w słowach, które padają z ambony.  Gdy ludzie słyszą zamiast kazania wywód o polityce, lub słowa które nie są krzepiące a frustrujące, często poprostu idą do innej parafii. Czasem się zniechęcają i przestają w ogóle przychodzić na mszę świętą. Każde odejście jest w moim odczuciu stratą, dla wiernego, ale także stratą dla Kościoła.

Kilka miesięcy temu nakładem wydawnictwa WAM ukazała się książka pod tytułem: ” Łobuzy. Grzesznicy mile widziani”autorstwa Piotra Żyłki, Grzegorza Kramera SJ i Łukasza Wojtusika. To co proponują „Łobuzy” w sytuacji, gdy słowa kapłana nas zaniepokoiły, czy zdenerwowały to szczera rozmowa. Rewolucyjne podejście! Wymaga odwagi, przełamania oporu, wstydu, ale wydaje mi się, że jest to dobra propozycja. Dlaczego? Bo u jej podstaw leży miłość i troska. Troska o konkretnego człowieka, ale i o Kościół jako wspólnotę. Jeśli kogoś nie kocham, nie zależy mi na nim, to po prostu go ignoruję, odchodzę. My wierni i kapłani razem współtworzymy Kościół, jesteśmy sobie potrzebni jesteśmy wspólnotą. Jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Może kapłan nie zdaje sobie sprawy jak działa na nas to co mówi? Może nasza uwaga zainspiruje go do zmiany, a przynajmniej do zastanowienia nad stylem wypowiedzi? Myślę, że warto spróbować. Widzę tu jednak pewną trudność.
 
Potrzeby
Zdarza się, że osoba świecka, a szczególnie kobieta nie jest traktowana przez kapłana jako partner do rozmowy. Jeśli chce zasięgnąć rady, opinii, wyspowiadać się, roztrząsnąć jakąś niezrozumiałą kwestię – ok! Duchowny chętnie ją oświeci. Ale, żeby to, co ona sama przynosi i mówi miało znaczenie, mogło coś wnieść? Z tym bywa trudniej.
Kiedyś rozmawiałam z księdzem, który posługiwał w naszej wspólnocie. Chciałam zasygnalizować pewien problem. Kapłan od początku rozmowy przyjął pozycję obronną i zaczął niepokojące mnie rzeczy tłumaczyć i usprawiedliwiać. Nie udało mi się przekonać go, że warto zająć się tą sprawą. W końcu poddałam się, to co powiedziałam po prostu „po nim spłynęło”. Problem pozostał.
Ignorowania doświadczają nie tylko kobiety. Kolega zachwycił się kursem Alfa (jest to cykl spotkań ewangelizacyjnych, który został zapoczątkowany w Kościele Anglikańskim). Miał z nim styczność zagranicą. Chciał zachęcić znajomego duszpasterza akademickiego, by zrobić kurs w parafii. Ksiądz powiedział, że to nie jest dobry pomysł. Po czym, po kilku miesiącach jednak kurs Alfa zorganizował. Inicjatywa spotkała się z dużym zainteresowaniem. Przysporzyła wspólnocie nowych członków. Kurs odbywa się w tej parafii już szereg lat. Kapłan szczyci się, że jest jedyny w naszym mieście, który prowadzi takie spotkania. Nie przyznał się, że pomysł dostał od osoby świeckiej. Chłopakowi było przykro.
My świeccy potrzebujemy czuć, że to co chcemy przekazać jest ważne, że nasz głos też się liczy. Czasem ta potrzeba spotyka się z murem obojętności.
 
Warto próbować?
Bywa, że doznajemy od kapłanów upokorzenia, w trakcie kazań jesteśmy strofowani jak dzieci, w bezpośrednich spotkaniach zbywani. Czy to zwalnia nas z obowiązku pracy nad budowaniem jedności w Kościele? Myślę, że nie.
Nie zdarzyło mi się zwrócić uwagi kapłanowi po kiepskim kazaniu, za to kilkakrotnie udało mi się podziękować za dobre. Reakcje były pozytywne. Kiedyś powiedziałam: „Bywają takie kazania, że człowiek musi walczyć, żeby się skupić, a to było tak poruszające, że nie dało się nie słuchać!”. Mój rozmówca się wzruszył. To mnie zastanowiło. Nie zdajemy sobie sprawy, że kapłani czują się czasem niedocenieni. Takie proste gesty mogą wiele znaczyć.
 
Dobry przykład
Miałam szczęście spotkać na swojej drodze duchownych, których postawa była budująca.  Księdza Irka z liceum, który z wielką cierpliwością i otwartością wysłuchiwał wszelkich naszych zarzutów wobec Kościoła i wątpliwości dotyczących wiary. Dobrze wspominam także duszpasterza akademickiego Księdza Romana, który poświęcał nam studentom każdą wolną chwilę, znał po imieniu, czuliśmy się dla niego ważni. Szczególny sentyment mam do pewnego emerytowanego kapłana, który przed laty posługiwał w mojej parafii. Mówiliśmy między znajomymi: „Jeśli masz zły dzień idź na mszę do księdza Władysława.” Na czym polegał jego fenomen? Ów kapłan nie mówił porywających kazań. To nie było istotne. Jego gesty, mówiły więcej niż słowa. Gdy mówił „Pan z Wami” –  czuliśmy, że on nam naprawdę błogosławi. Czy było nas trzy osoby na mszy porannej w tygodniu, czy kościół pełen ludzi w niedzielę, patrzył na każdego z promiennym uśmiechem. Był życzliwy ludziom, otwarty, ciepły. Czuliśmy, że się nami cieszy. Minęło wiele lat, a ja nadal mam ten obraz w sercu. Jak wspomniałam, nie same kazania są najważniejsze, liczy się to jak ksiądz odnosi się do ludzi.
 
Śpieszmy się kochać…
Ksiądz Jan Twardowski w jednym ze swoich wierszy napisał: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Można je odnieść do relacji w Kościele.
Kim bylibyśmy bez kapłanów? Kim oni byliby bez nas? Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Budowla nie powstanie bez kamieni.
Obie strony potrzebują wzajemnej troski i szczerego dialogu. Nieodzowna jest pamięć w modlitwie. Warto podjąć  trud, by nasza wzajemna miłość mogła być znakiem obecności Boga w świecie.
Przypisy
 https://www.radiomaryja.pl/kosciol/ppapiez-franciszek-kosciol-domem-boga

Małżeństwo na Mszy Świętej

Jesteśmy niezmordowani. Nie zniechęci nas do Kościoła złe kazanie, ani to, że ksiądz krzyczy na nas bite pół godziny. Jak co niedziela pchamy wózek pełen dzieci by dotrzeć w to miejsce. Czasem przemknie nam myśl, że fajnie gdyby się ucieszył, że jesteśmy, że są z nami dzieci. Niewiele wie o nas, o naszych zmaganiach, o tym z czym przychodzimy. Na wszelki wypadek zakłada, że jesteśmy źli i gnuśni i że jak się nas porządnie nie ochrzani to Ewangelia nam do głowy nie wejdzie. Czemu tam wciąż wracamy? Bo jest tam Ktoś jeszcze. Ktoś potężniejszy od słabości naszych i kapłańskich. Ktoś, kto uczy nas wzajemnego znoszenia się w miłości. „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mk 13,13). Przyjmujemy, że trwanie jest ważne. I trwamy.

Rozkwit ojcostwa

Zauważyłam, że sporo pisze się na temat kryzysu ojcostwa. Niektórzy autorzy artykułów podejmujący ten temat zdają się sugerować jakoby dzisiejsze pokolenie młodych mężczyzn było niedojrzałe, słabe, egoistyczne. Gdy obserwuję i słucham ludzi, których spotykam na co dzień, dochodzę do odmiennych wniosków. Nie twierdzę, że „niedojrzali egoiści” nie istnieją, ale mam szczęście, żyję wśród wspaniałych odważnych, męskich facetów, którzy biorą się z życiem za bary.

Zaczynając od mojego domu, wśród sąsiadów, bliższych i dalszych znajomych, spostrzegam, że żyjemy w czasach dużego zaangażowania mężczyzn w życie rodzinne. Tatusiowie dzielą się z mamami opieką nad dziećmi nawet przy noworodkach, co w czasach naszego dzieciństwa było jednak traktowane jako domena kobiet. Przewijają, noszą na rękach, pomagają w usypianiu, bawią się, spędzają czas, dzielą pasje, rozmawiają z dziećmi. Kryzys zapewne jest, nie neguję tego, ale myślę, że równolegle następuje rozkwit ojcostwa, niezauważany i niedoceniany.

Warsztaty Wielkanocne w szkole. Dwumetrowy facet plecie zajączka z włóczki.

– Co słychać? – pytam.

– Miałem ciężki dzień – słyszę w odpowiedzi – właśnie zwolnili mnie z pracy. Z firmy, której oddałem kawał siebie. Pozyskałem kilku strategicznych klientów…i jeszcze te warsztaty… ale młodej zależało, więc przyszliśmy.

Patrzę na niego z podziwem, w tak trudnej chwili, potrafi poświęcić dziecku uwagę i spędzić z nim czas. Jego córka siedzi obok.

– Tato! Chcę, żeby ogonek był z szarej włóczki, a brzuszek najlepiej mieszany, biało – szary. Ok?

Podejście do tematu w stylu: jest kryzys – bo ludzie są źli, słabi, niedojrzali,  – które czasem słyszę, mocno mnie irytuje. Źródłem takiego spojrzenia może być brak znajomości problemów z jakimi mogą zmagać się rodziny. Jeśli są trudności to ich przyczyn nie szukałabym w słabości czy złej woli, a gdzie indziej.

Chłopaki nie płaczą

Odwiedziło nas zaprzyjaźnione małżeństwo. Koleżanka wyznała, że ma depresję poporodową i chodzi na terapię.

– Czasem gdy córka tak dużo płacze, nie daje się niczym uspokoić, czuję się przygnębiony, przychodzą depresyjne myśli…-  mimochodem wtrącił jej mąż.

Nie rozwinął jednak tematu i rozmowa zeszła na inne tory. Jednak to zdanie, które powiedział dało mi do myślenia. W tych kilku słowach zaznaczył, że jemu też bywa czasem ciężko. Zaimponował mi dowagą. Pomyślałam sobie: depresja poporodowa może się przydarzyć mamie, choć mam wrażenie, że nadal uważana jest za temat tabu i „wstydliwą sprawę”. Ale żeby ojciec miał depresję poporodową?! Przyznał, że mu ciężko, to już doprawdy mało komu mieści się w głowie!

Myślę, że w naszym społeczeństwie jest mocno zakodowany taki mit, że facet nie pęka, że musi dać radę, nie ważne co czuje. Facet to facet, nie może być baba. Słyszeliście takie zdanie?  Ja często. Albo inne popularne – „chłopaki nie płaczą.” Czyli przekładając to na ojcostwo –  nie może czuć się nieswojo w nowej roli – musi się od razu w niej odnaleźć. Nie może mieć stanów depresyjnych – od tego są „baby”. Nie może okazywać emocji – „to facet w ogóle ma emocje?” Ano ma!

Koledze urodziło się dziecko. Jego żona wymęczona długim porodem potrzebowała opieki. On stawał na wysokości zadania i bardzo ją wspierał. Co wiązało się też z częstym wstawaniem w nocy do płaczącego noworodka. Mężczyzna budzi się o szóstej rano by iść do pracy. „Oczy na zapałki” i jakoś dawał radę. Pewnego dnia siedząc w swoim biurze zauważył coś niepokojącego.

– Chłopaki, właśnie zacząłem pluć krwią. Myślicie, że trzeba coś z tym zrobić? – zapytał kolegów.

Faceci biorą życie na klatę, gdy okazuje się, że ta klata boli, czasem nie wiedzą jak się zachować? Zdają się być zdezorientowani – czy to tak w ogóle może być, że mi coś dolega? Dlaczego się tak dzieje? Myślę, że niebagatelne znaczenie ma tutaj mit „chłopaki nie płaczą”.

Na placu zabaw

„Maciusiu jesteś najbardziej niegrzecznym dzieckiem z całej piaskownicy! Zobacz wszystkie dzieci się z ciebie śmieją” – usłyszał dziś chłopiec. Płakał, bo oberwał od opiekunki za to, że zabrał koledze łopatkę.
„Boisz się? Weź przestań. Ale z ciebie tchórz?” – słyszałam wczoraj. Babcia mówiła do chłopca, który nie chciał przejść po zdezelowanym zwodzonym moście na jednym z placyków zabaw.
„Nie płacz, o zobacz dziewczynka się z ciebie śmieje” – to słyszę bardzo często.
„Mamo wstydzę się.” „Wstydzisz się? Oj chyba nie. Mamusia ci mówi, że już jesteś duży i nie wolno się wstydzić.”

Na placach zabaw słyszę (o zgrozo!) takie rzeczy, które mamusie, babcie, ciotunie, tatusiowie wujkowie mówią chłopcom (dziewczyny też są w ten sposób gaszone i zawstydzane, to już temat na osobny artykuł. Sorry dzisiaj o chłopakach. Oni też są bardzo ważni). W ten sposób ich zawstydzają poniżają i uczą, że odczuwanie emocji jak strach, wstyd, smutek – to coś złego! Jak to się ma do współczesnych tatusiów? Oni prawdopodobnie słyszeli to samo. To tradycje wychowawcze przekazywane z pokolenia na pokolenie. Stąd mogą się brać trudności w mówieniu o emocjach, odczuciach, potrzebach. W dorosłym życiu może to negatywnie rzutować na relacje. Mit „chłopaki nie płaczą” jest szkodliwy! Zawstydzanie, poniżanie i porównywanie do innych obniża samoocenę dziecka i negatywnie odbija się na jego psychice.

Klaps – to bicie!

Kolejnym wyzwaniem stojącym, przed współczesnymi tatusiami jest postępująca (pomału, ale zawsze) zmiana akceptowanych społecznie metod wychowawczych. Najlepiej to widać na przykładzie bicia dzieci. Jeszcze niedawno przysłowiowy „klaps” czy nawet „lanie pasem” było traktowane jako metoda wychowawcza. Obecnie jest to prawnie zakazane i karalne. „Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych”, brzmi przepis wprowadzony do kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w 2010  r.1 Od wprowadzenia przepisu do zmiany mentalności droga daleka, ale coraz większa jest świadomość spustoszenia jakie kary cielesne robią w psychice małego dziecka i jak bardzo osłabiają więź z rodzicem.2 Większość osób, które stosuje klapsy jako metodę wychowawczą, z którymi rozmawiałam, czuje się nie w porządku wobec dzieci. Chcieliby to zmienić, często nie wiedzą na co? Brakuje im narzędzi wychowawczych, którymi mogliby zastąpić bicie. Sami niejednokrotnie dostawali w skórę, byli stawiani do kąta albo „tresowani” innymi sposobami, a teraz nabierają świadomości że coś tu nie gra. Model wychowawczy, który sami otrzymali chcą zmienić i zastąpić nowym, często nie mając do tego odpowiednich umiejętności. Nie ma żadnych przygotowywanych programowo zajęć, wykładów które by do roli ojca przygotowywały. Jest tylko szkoła rodzenia, ale tam można się dowiedzieć sporo informacji o porodzie i pielęgnacji noworodka. I tyle. Jest cała masa książek, kursów, warsztatów, organizowanych przez rozmaite fundacje, stowarzyszenia, wspólnoty, na których można nauczyć się metod wychowawczych opartych na szacunku, ale nie każdy ma do nich dostęp (pewnie są i tacy, którzy tego typu wsparcia nie potrzebują). Poza tym, by na nie dotrzeć potrzeba nieraz sporego samozaparcia. Wyobraźmy sobie, że ojciec, który w dużym mieście wraca do domu po pracy koło 18:00-19:00 (szczęściarz, niektórzy wracają o 22:00) ma jeszcze iść na kurs wychowawczy? Są rodzice, którzy mimo przeszkód z tego typu rozwiązań korzystają. Chcę tylko uświadomić, że bywa to trudne i obciążające. Tatusiowie uczą się nowych form komunikacji z dziećmi: „aktywnego słuchania”, mówienia o emocjach, akceptowania, wspólnego szukania rozwiązań problemów. Od ich determinacji, czasu, zdolności do autorefleksji, okoliczności życiowych, nieocenionej współpracy z żonami i wielu innych czynników, zależy jaki model ojcostwa wypracują. I chwała im za ten trud!

Nie bierz na ręce!

Mam wrażenie, że wcześniej nieobecność ojców w życiu dzieci była bardziej społecznie akceptowana. Wychowanie stanowiło domenę kobiet. Kiedyś wujek powiedział: „Żona wychowywała dzieci surowo”. Zastanowiło mnie to. Jak to – ona wychowywała? A on? Gdzie był? Nie chcę oceniać. Historia każdego człowieka jest inna. Ale to zdanie skłoniło mnie do refleksji. Myślę, że nasi ojcowie musieli stawić czoła innym wyzwaniom, oczekiwaniom społecznym niż ci obecni. Nie mniej jednak każde pokolenie ma swoje trudności do przepracowania. Naszą jest w mojej opinii między innymi to: zmiana świadomości i sposobu postrzegania relacji z dziećmi i zamiana sposobów wychowawczych. Do tego zdarza się, że współcześni tatusiowie bywają niedoceniani przez własnych ojców. Czasem są wręcz deprymowani. Co ty? Przytulasz dziecko? Bierzesz na ręce? Jeszcze ci się przyzwyczai! – słyszy czasem młody tata od swojego ojca. To nie jest wspierające.

Ojciec moich dzieci

Tego artykułu nie było by, gdyby nie mój mąż. Przypatruję mu się z podziwem. Jak słucha dzieci, poświęca czas, stara się je zrozumieć, mimo, że czasem strzelą focha. Widzę jak ważne jest dla dzieci to, że tato wpuszcza je do swojego świata. Na przykład dzieli z nimi swoją pasję sportową. Ostatnio córka namówiła mnie żebym kupiła album z piłkarzami, do którego powklejała skrzętnie kolekcjonowane naklejki (nie zauważyłam kiedy udało się jej tyle nazbierać). „Zrobimy tacie niespodziankę!” – powiedziała. Mąż bardzo się ucieszył.

Nie da się opisać wyrazu jej twarzy gdy Tato powie: „Moja księżniczko, jak pięknie wyglądasz!”

Uwielbiam tatusiowe „męskie sposoby” na zajmowanie się dziećmi. Jak chociażby historie na dobranoc:

– Długo usypiałeś młodą? – pytam

– Nie. Krótko, opowiedziałem jej bajkę o wiertarce i zasnęła.

Nie wpadłabym na to! Ja zazwyczaj opowiadam bajki o księżniczkach, a tu proszę jaka kreatywność!

Obecność taty w życiu dzieci jest niezastąpiona. Daje im oparcie, poczucie bezpieczeństwa, dodaje skrzydeł.

Wspólny front

Gdy zastanawialiśmy się jaki sposób wychowywania dzieci jest nam najbliższy, oboje byliśmy zgodni, że chcemy zrezygnować z przemocy. Bardzo wspierający w tym temacie okazał się dla nas Trening Skutecznego Rodzica, o którym wspomniałam w artykule „Maska z tlenem.” Nie jesteśmy perfekcyjnymi rodzicami. Popełniamy błędy, ale staramy się nad sobą pracować. Obojgu nam zależy by stworzyć głęboką opartą na szacunku i zaufaniu więź z naszymi dziećmi.

Szczęśliwy ojciec – szczęśliwa rodzina

Współcześni tatusiowe mają do pokonania wiele przeszkód, stereotypowe myślenie o facetach, mit „chłopaki nie płaczą”, zmianę akceptowanych społecznie metod wychowawczych, czasem brak obecności ojca, zaangażowanego w wychowanie w ich własnym życiu. To są tylko te, które zauważam na pewno jest ich więcej.

Ostatnio czytałam artykuł: „Niedoceniany Ojciec Polak. Czy jestem „tym gorszym” rodzicem?” Pomyślałam sobie. „Ojciec Polak”? – pierwszy raz słyszę! Podczas gdy określenie: „Matka Polka” jest w powszechnym użyciu. To skłania do refleksji. Przecież „Ojciec Polak” brzmi dumnie!

Tam gdzie kwitnie zaangażowane ojcostwo, następuje rozkwit rodziny. Fundacja Szczęśliwe Macierzyństwo w 2009 roku zainicjowała akcję społeczną pod hasłem: „Szczęśliwa mama – szczęśliwe dziecko”. Dziś to hasło jest powszechnie znane. Może pora wypromować kolejne: „Szczęśliwy tata – szczęśliwa rodzina”?

 

 

Linki:

1 https://bezprawnik.pl/bicie-dzieci-prawo/

2 https://www.dziecinstwobezprzemocy.pl/strona.php?p=36

https://mataja.pl/2016/04/czy-klapsy-rzeczywiscie-szkoda-nowe-badania/

3 „Przemoc w domu” – jest jedną z przyczyn depresji u dzieci w artykule: https://twarzedepresji.pl/o-depresji-u-dzieci/

 

 

 

Mity rodzinne

 

W zeszłą sobotę byliśmy z rodziną na ślubie. Podczas mszy świętej na zakończenie kazania ksiądz życzył pannie młodej spełnienia w małżeństwie i w macierzyństwie. „Bo jaka może być lepsza kariera dla kobiety niż rola żony i matki” –powiedział kończąc kazanie. Niby prawda, ale jednak bardzo mnie to zirytowało.

Po roku od urodzeniu pierwszego dziecka wróciłam do pracy. Pewnego dnia, gdy szłam rano do biura natknęłam się na księdza, który znał mnie ze wspólnoty. Co tutaj robisz? – zagadnął. Idę do pracy – odpowiedziałam. Dlaczego? –  zapytał. Zaczęłam się tłumaczyć… a teraz sobie myślę czy kobieta – matka musi się usprawiedliwiać z tego że idzie do pracy? Czy jej nie wypada? Mam wrażenie, że w artykule „Maska z tlenem”1 poruszyłam tematu tabu. Napomknęłam o tym, że bycie w domu z dziećmi może być frustrujące. Według wspomnianej wcześniej opinii bycie żoną, rodzenie i wychowanie dzieci to szczyt kobiecych aspiracji. Przy takim założeniu mówienie o związanych z tym trudnościach, kryzysach wydaje się być nie na miejscu. Uważam, że dzieci są największym skarbem świata i jestem fanką małżeństwa. Przy czym z moich obserwacji wnioskuję, że stereotypy, mity związane z rolą żony, męża, macierzyństwa, ojcostwa są bardzo szkodliwe i mogą destrukcyjnie wpływać na relacje między ludźmi. Profilaktyką tej niszczącej siły, jest otwarta rozmowa o problemach.

Na tropie mitu.

Parafrazując socjologiczną definicję autorstwa Émile’a Durkheim’a2 mit jest wyobrażeniem, esencją opinii danej społeczności na temat rzeczywistości. Utrwalonym przez społeczność osądem, przekonaniem. Zawęża obraz rzeczywistości i przez to go wykrzywia.

Przeglądając Internet trafiłam na artykuł ks. Prof. Dr hab. Andrzeja Zwolińskiego dotyczący kryzysu ojcostwa. Pisze on: „… przesyt nadopiekuńczości matek, zbytnia kontrola dziecka przez nie, ograniczenie wolności, nacisk emocjonalny, często też obarczanie dzieci swymi osobistymi problemami, w istotnym stopniu deformuje dążenie dzieci do dojrzałości. Dzieci wybaczają jednak matkom te matczyne słabości, pamiętając o ich ofiarności i poświęceniu.” 3

Trafiłam na trop mitu! Dlaczego jest on szkodliwy? Już wyjaśniam. Według księdza Andrzeja, „ofiara i poświęcenie”  usprawiedliwiają stosowanie przez matki manipulacji emocjonalnej, presji psychicznej itp. Zdecydowanie się  z tym nie zgadzam! Moim zdaniem taka relacja jest niezdrowa, toksyczna. Dzieci nie mogą ponosić odpowiedzialności za frustracje swojej rodzicielki, czy jej osobiste problemy. To ona jest odpowiedzialna za to by zrobić ze sobą „porządek”, szukać sposobów by sobie pomóc. Poza tym, czy taka postawa nie psuje relacji między małżonkami, między ojcem a dziećmi? Wspomniany artykuł dotyczy kryzysu ojcostwa, jako jego przyczyny autor wskazuje między innymi męską słabość i niedojrzałość. Moim zdaniem duży wpływ na powstawanie tego kryzysu mogą mieć także matki. Jeśli nie dają mężczyźnie przestrzeni by mógł relację z dziećmi rozwinąć. Gdy nie wspierają, nie motywują, nie pozwalają na to by jego relacja z podopiecznymi stała się budująca i ważna, mężczyzna może się zniechęcić i wycofać. Niedawno podobny temat pojawił się na portalu Deon.pl w artykule pod tytułem: „Zostawiłaś je SAME?!” – zapytała, kiedy dzieci zostały w domu z tatą”.4 Polecam Wam jego lekturę. Kiedy mąż nie realizuje się jako ojciec i cały ciężar wychowania spada na matkę istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że atmosfera w rodzinie będzie napięta. Wspomniany Ksiądz Andrzej Zwoliński  sugeruje, że tego typu relacje są normą. Jeśli to prawda, przyznam, że jest to bardzo niepokojące.

 

Halo tu mama!

Do dorosłego, pracującego mężczyzny przynajmniej raz dziennie dzwoni mama. Prosi o zdanie relacji z minionego dnia. Zleca wykonanie jakiejś przysługi. Gdy syn nie chce spełnić którejś z próśb, słyszy, że jest niewdzięcznikiem, że mu już w ogóle na niej nie zależy, że zawiodła się na nim. Kierowany poczuciem winy w końcu spełnia prośbę. Ten człowiek ma żonę i kilkuletnie dziecko. Żona chciałaby czuć, że wraz z ich pociechą są najważniejszymi osobami w jego życiu, jednak on zdezorientowany, nie wie jak się zachować, zazwyczaj wybiera mamę. Z tego powodu między małżonkami często dochodzi do awantur. Sytuacja jest na tyle napięta, że myśleli o rozwodzie. Postanowili dać małżeństwu ostatnią szansę i poszli na terapię. Co tydzień mają spotkania z psychologiem. Gdy zaczyna się między nimi układać wystarczy jedna wizyta mamy, by z powrotem wywołać napięcia i spory. Nie jest to niestety fikcja literacka, ale życie. Miłość za którą nieustannie trzeba płacić rachunek może niszczyć relacje wielu osób w tym przypadku jest źródłem cierpienia dla syna jego żony i ich kilkuletniego dziecka.
Takich historii jest niestety wiele. Żyjemy w czasach gdy liczba rozwodów to 44 % małżeństw (w miastach, na wsi ten współczynnik wynosi 22,7%)5. Dziś odwiedziła mnie koleżanka. Powiedziała – Słuchaj! Byłam w zeszłym tygodniu na komunii mojego chrześniaka. 90% dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej wraz z nim, była z rozbitych małżeństw! Przeraziłyśmy się skalą tego zjawiska. Do rozpadu więzi między małżonkami niejednokrotnie przyczyniają się toksyczni rodzice i teściowie. W tej kwestii także szkodliwy może być wpływ mitu „ofiarnej matki Polki”, która musi poświęcić się i tym poświęceniem się uświęcić. Papież Franciszek w Adhortacj „Gaudete et Exsultate” pisze, że możemy uświęcać się w naszej codzienności: „Jesteś żonaty albo jesteś mężatką? Bądź świętym, kochając i troszcząc się o męża lub żonę, jak Chrystus o Kościół.”6 Nas małżonków uświęca wzajemna troska i miłość. Wątpliwe jest dla mnie czy Papież ma na myśli przejęcie całej odpowiedzialności za wychowanie dzieci przez matkę i zepchnięcie ojca na margines życia rodzinnego? Czy to przynosi dobre owoce? Z tego co widzę i słyszę w takich rodzinach raczej piętrzą się między ludźmi napięcia, problemy emocjonalne, które często przenoszone są na kolejne pokolenia.

 

Być „darem”.

Z moich obserwacji, doświadczeń i zasłyszanych historii ukułam takie dwa określenia na relacje rodzinne: „rodzicielstwo – dar”  i „rodzicielstwo – ofiara i poświęcenie”. Pierwszy typ relacji ma miejsce wtedy, gdy wychodzimy z założenia, że dzieci są dobre i ich dążenie do samodzielności też jest dobre. Uważamy, że dzieci są nam równe. To znaczy w takim samym stopniu jak my zasługują na szacunek i na to by ich wysłuchać. Mają te same prawa. Wkład w ich rozwój, opieka nad nimi jest im ofiarowywana bezinteresownie. Czujemy się odpowiedzialni za to co mówimy i jak się wobec nich zachowujemy. Gdy zdarza się, że ogrom obowiązków i wyzwań staje się frustrujący staramy się szukać rozwiązań by sobie pomóc.

„Rodzicielstwo – ofiara i poświęcenie” to przeżywanie relacji w sposób roszczeniowy: dajemy więc należy nam się coś w zamian. Oczekujemy wdzięczności, zaspokojenia własnych ambicji, możliwości sterowania życiem dziecka, czy kontrolowania go. Przyznajemy sobie prawo do odreagowywania na naszych podopiecznych swoich frustracji. Uważamy siebie za wszystkowiedzącą wyrocznię, która nie może  „zniżać się” do poziomu dziecka i wchodzić z nim w dialog. Poświęcenie sprawia, że dzieci stają się naszymi wieczystymi dłużnikami. Nie ufamy im, w końcu to my „wiemy lepiej”. Nie wierzymy, że bez naszej kontroli są w stanie przetrwać w świecie. Chęć usamodzielnienia się potomka traktujemy jako zdradę, niewdzięczność. Taka relacja w moim odczuciu hamuje rozwój dziecka i jest niszcząca.

 

Co za tym stoi?

Myślę że jedną z przyczyn niszczących relacji jest brak uporządkowanej miłości samego siebie. Jeśli nie potrafię, przyjąć, polubić tego kim jestem, źle się ze sobą czuję – nie potrafię poczuć się dobrze z innymi. Mam wrażenie, że czasem zapominamy o drugim członie przykazania miłości bliźniego, które brzmi: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Niejednokrotnie właśnie praca zawodowa czy realizowanie swoich talentów, pasji jest dla kobiety sposobem dbania o siebie. Brak zadowolenia z tego kim się jest, co się robi, brak satysfakcji z życia odbija się negatywnie na naszych potomkach. Tak jak we wspomnianym przykładzie gdzie matka rywalizuje o uwagę syna z synową i wnuczkiem.

Dziękuję Ci mamo i tato!

Moja mama i tata wychowywali nas w trudnych warunkach. Zmagali się z wieloma przeciwnościami, mimo to, nigdy nie usłyszałam od nich słów: „tyle dla ciebie poświęciliśmy”. Dali mi to wszystko „za darmo” i to jest w tym co przeszli najpiękniejsze. I za ten dar bardzo im dziękuję!

Za darmo.

Gdy zauważam, że moje macierzyństwo zaczyna dryfować w kierunku „poświęcania się” i na usta ciśnie się patetyczny ton: „ja dla was tyle zrobiłam, a wy co?”, rozpoznaję, że już pora na chwilę oddechu. Zdrowa miłość to obdarowywanie sobą. Dawanie w taki sposób by nie wystawiać drugiej osobie „rachunku”. By jej nie traktować jak dłużnika. Jeśli rodzina kojarzy się tylko z „krzyżem pańskim” i „skaraniem boskim”, jeśli rodzice uważają, że mają prawo sterować swoim dorosłym dzieckiem, albo czują, że ich „ofiara i poświęcenie” usprawiedliwia odreagowywanie na nim własnych frustracji, to znak, że trzeba nad sobą popracować. Wziąć za siebie odpowiedzialność. Trzeba nauczyć się kochać siebie, bo wtedy jesteśmy zdolni kochać innych. „Radosnego dawcę miłuje Bóg”7  -myślę ze człowiek też miłuje radosnego dawce, bo taki dar, taka miłość daje wolność. Darmo dostaliśmy – darmo dawajmy!8 To ma sens!

 

 

Przypisy:

1https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/04/13/tlen/

2 Definicja socjologiczna autorstwa Émile’a Durkheim’a : „… mit jest zespołem wyobrażeniowym, który odzwierciedla w sposób symboliczny pewną wspólną dla danej społeczności koncepcję rzeczywistości, będącym zarazem przedmiotem fascynacji dla członków tej społeczności i przejawem dominującej ideologii zniekształcającej odbiór rzeczywistości…”. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Mit

3 https://opoka.org.pl/biblioteka/I/IP/mrodzina201601-ojcostwo.html

4 https://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ojcostwo/art,172,zostawilas-je-same-zapytala-kiedy-dzieci-zostaly-w-domu-z-tata.html

5 https://www.rp.pl/Spoleczenstwo/302029849-Jak-czesto-rozwodza-sie-Polacy.html

6 https://w2.vatican.va/content/francesco/pl/apost_exhortations/documents/papa-francesco_esortazione-ap_20180319_gaudete-et-exsultate.html, punkt 14.

7 https://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=1007

8 Biblia Tysiąclecia. Ewangelia św. Mateusza 10, 8 „Darmo otrzymaliście – darmo dawajcie.”