Madonna jakiej nie znacie

Dzisiaj na blogu gościnnie Ania Skrzypczak. Gdy ostatnio rozmawiałyśmy zaimponowała mi swoją wiedzą na temat Madonny. Zachęciłam ją by napisała artykuł. Zapraszam do lektury.

„Będzie to rewolucja polegająca na myśleniu o sobie, posiadaniu własnej opinii, nieprzejmowaniu się opinią innych. Będzie  to rewolucja polegająca na zadawaniu  pytań, na niezamartwianiu się zdobywaniem poparcia u innych, na tym, że nie pragniesz być kimś innym, ale jesteś zadowolony
w pełni z tego, kim jesteś. Kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym, nieustraszonym.
(…) Chcę rozpocząć rewolucję miłości ”

#SecretProjectRevolution – Madonna jakiej nie znacie

Madonna, a właściwe Louise Ciccone urodzona 15 sierpnia 1958 r. w USA, uznawana jest za ikonę muzyki pop. To oczywiste . Powszechnie znana jest z kontrowersyjności i przełamywania barier. To oczywiste. Nazywają ją królową muzyki POP. To oczywiste. Mówią, że jej muzyka, taniec, koncerty są satanistyczne i głosi nadejście Antychrysta. To oczywiste. Skandalistka, narzędzie w rękach diabła, nieprzyzwoita demoralizatorka. To oczywiste. Wyzywająca, eksponująca seksem, prowokatorka. Oczywiste.

Równie oczywiste jest też to, że kiedy czytasz o Madonnie niemal automatycznie przypisujesz jej w większości negatywne cechy, a gdy słyszysz jej muzykę nasuwają ci się klasyczne „Like a Prayer” czy „La Isla Bonita”. Do tego przeżywasz mieszane uczucia, niekiedy dość silnie, lub pozostajesz emocjonalnie obojętny.

Wyczuwasz doskonale, że ludzkie emocje stanowią ogromną siłę. Są wielkim i nośnym pokładem energii, wspomagają nasze działania, ale również potrafią generować nasze lęki i osłabiać kondycję zarówno psychiczną, jak i fizyczną. Najgorzej zaś jest wtedy, kiedy nie potrafisz poradzić sobie ze swoimi emocjami, gdy nie wiesz jak i gdzie je ulokować, gdy tą najprostszą formą ich przeżywania staje się agresja, złość, obwinianie innych, frustracja. Tracisz poczucie bezpieczeństwa i szukasz najbardziej wygodnej dla siebie strefy komfortu, która czy prawdziwa czy nie, ma spełnić swoje zadanie. Przywrócić ci pewność siebie i poczucie bycia lepszym od innych. Ma nieustannie zaspokajać twoje ego.

Chcę zaprosić cię w pewną podróż i zarazem zadać ci kilka pytań. Będzie to podróż odwołująca się do twojej świadomości, która być może skłoni cię do zadawania pytań, do dociekliwości, do odwagi, do odpowiedzialności. Do tej podróży zapraszam cię z Madonną, ale nie z tą Madonną, którą znasz z mediów, z sensacyjnych publikacji czy z opinii publicznej, tylko z Madonną jakiej nie znasz, a jaką możliwe, że jest w rzeczywistości.

Czy kiedykolwiek pomyślałeś o Madonnie inaczej niż wszyscy? Nieoczywiste.

Przez ponad 30 lat obecności na scenie Madonna wypracowała i stała się twórcą swojej marki, można powiedzieć nawet, że stała się muzą sama dla siebie. Przez ponad 30 lat ta sama wizja, ten sam rodzaj widowiska, ta sama forma zmienna o tyle, że z roku na rok dojrzalsza w swoim wyrazie ze względu na doświadczenia i fakt samorozwoju. Madonnę charakteryzuje tytaniczność pracy oraz obserwacja połączona z patrzeniem wybiegającym w przyszłość.

Jeżeli artysta jest artystą i czuje się artystą, a nie tylko wykonawcą czegoś, co jest przypisane danej dziedzinie, jednocześnie staje się twórcą i odtwórcą tego kim jest, co przeżywa,  wyraża siebie i  stara się zwerbalizować, zwizualizować swoje obserwacje.

Pedagogika uczy, wiedzą o tym nauczyciele, że każde dziecko jest artystą. Każde dziecko jest utalentowane, a zadaniem nauczyciela jest dostrzegać jego talenty i we właściwy sposób je szlifować czyli ukierunkowywać. Dobry nauczyciel to nauczyciel, który choć jest obecny to pozwala uczniowi rozwijać się  i umacnia go w jego zdolnościach, który  pozwala dziecku odkrywać, a nie odtwarzać, który zaszczepia w dziecku ciekawość. Zły nauczyciel będzie uczył kopiowania umiejętności przynależnym każdemu uczniowi i rozumienia świata poprzez jedną jego interpretację, własną interpretację nauczyciela.

Madonna uznaje sztukę jako rodzaj nauki, w której będąc jej autorem, uczy, choć nie daje gotowych rozwiązań. Wyraża siebie, przedstawia swoje obserwacje, ale jednocześnie pozostawia sporą przestrzeń do ich interpretacji, ma zaś jeden cel. Chce przyczyniać się do tego, aby ci, którzy ją oglądają i słuchają stawali się lepszymi ludźmi. Jednym z głównych, nazwijmy to haseł scenicznych ( życiowych również) Madonny są jej słowa:

„Nie ważne kim jesteś, nie ważne co zrobiłeś, nie ważne skąd jesteś, zawsze możesz stawać się lepszą wersją siebie”.

Madonna i nawoływanie do „bycia kimś lepszym”? Ona w ogóle może uczyć czegokolwiek?

Myślisz, że to żart albo przynajmniej w pierwszym odruchu zastanawiasz się „co to za groteska?”. I dobrze. Jeśli się zastanawiasz to znaczy, że zaczynasz być ciekawy i że być może za chwilę zapragniesz zadać kolejne pytanie…

Żyjemy w trudnych i przerażających niekiedy czasach.

Każdy z nas z pewnością, w ten czy w inny sposób, miał do czynienia z różnego rodzaju przemocą, prześladowaniami, widzimy i dotykamy upadku natury ludzkiej kiedy doświadczamy lub obserwujemy otaczającą nas wrogość, dyskryminację, alienację, stygmatyzację, niesprawiedliwość, nietolerancję, biedę, choroby, wojny militarne i religijne czy na idee, wyniszczanie świata przyrody, bestialstwo, polityczne dyskursy i układy, kryzysy gospodarcze, wyzysk, marazm i obojętność na ludzkie potrzeby, katastrofy żywiołowe. Wszystko to sprawia, że z jednej strony bardzo tęsknimy i szukamy bezpiecznej przystani, z drugiej strony przestajemy widzieć więcej niż czubek własnego nosa. Stajemy się, a może bardziej przywykliśmy wręcz, do stawania się coraz mniej ludzkimi istotami, doświadczamy namacalnie procesu „odczłowieczania” ludzkości, gubimy humanitarność, gubimy miłość, gubimy szacunek do świata i szacunek do drugiego człowieka, gubimy siebie. Żyjemy coraz bardziej nie żyjąc, wegetujemy, choć przekonani jesteśmy o naszej świetności i słuszności naszych przekonań. Postępując podle i bezczelnie depczemy  codziennie wszystko i każdego, kto jest inny niż my, wytykamy palcami, wyśmiewamy, plotkujemy, gardzimy. Sami sobie piekło tworzymy i gotujemy je innym. I jakże trudno nam zauważyć, że nikt inny, ale to my czynimy zło. Nie chodzi mi tutaj o myślenie w kontekście grzesznej natury człowieka, ale w kontekście świadomych działań, jak i tych, nad którymi nie panujemy bo wcale ich nie widzimy. Bo nie potrafimy być autorefleksyjni, bo najłatwiej i najwygodniej jest nam widzieć zło i wroga w kimś innym, a nie w nas samych. A kiedy ktoś inny, o innych poglądach wszelkiego rodzaju, mówi nam o tym, jak widzi i czuje to, co się dzieje wokół niego, niemal po chwili zamieniamy się w potężną twierdzę otoczoną grubymi murami z armatami gotowymi do wystrzału, kiedy tylko na to terytorium ów intruz postawi swój krok.

Jeden z koncertów Madonny odbył się na Stadionie w Polsce w Warszawie. Wówczas bardzo szerokie grono bojkotowało go, próbowano sprawić, aby ten koncert nie tylko się nie odbył, ale wręcz ci, którzy szli na niego byli atakowani przez przeciwników Madonny.

Jedna z tras koncertowych Madonny nosiła tytuł „The Confessions Tour” czyli po naszemu „trasa spowiedzi”. Tę trasę charakteryzowała spowiedź, rozumiana jako przyznanie się do tego, jak bardzo my jako ludzie  zagubiliśmy się, jak bardzo staliśmy się niewrażliwi, jak bardzo brakuje nam empatii, współczucia i odwagi, by czynić dobro. Łatwiej jednak było nam widzieć Madonnę jako gorszącą satanistkę, która uzurpuje sobie prawo, by być  jak Jezus wiszący na krzyżu, zamiast zrozumieć dlaczego na nim postanowiła „zawisnąć” i zaśpiewać. Był to m.in. starszy utwór „Live to Tell” wydany w 1986 r. Faktycznie Madonna, podczas tej konkretnej trasy wykonuje go, będąc przymocowana do krzyża. Na głowie ma koronę cierniową. Zapewne już czujesz jak złość i gęsia skóra przeszywa twoje ciało. Myślisz, jak to? Nie zgadzam się, żeby taka Madonna śpiewała w koronie cierniowej. Słuszne twoje oburzenie ponieważ nikt z nas nie jest i nie będzie tym, kim był  i jest Jezus (niezależnie od tego czy w to wierzysz czy nie). Dlatego pod koniec utworu Madonna ściąga tę koronę, z szacunkiem i ukłonem kładzie się na scenie w pozycji krzyżowej. Podczas całego zaś utworu w tle pojawiają się cytowane fragmenty z Biblii oraz obrazy afrykańskich dzieci, dokładnie z Malawi, które cierpią z powodu Aids i skrajnej biedy. Na koniec utworu wyłania się w tle znów cytat z Biblii:

„cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich, Mnieście uczynili”. (Mt 25,40)

W 2006 roku po raz pierwszy Madonna wyjechała do Malawi. Tam zobaczyła rozpaczliwe ubóstwo, śmierć, brak perspektyw, dzieci żyjące na ulicy. Kilka lat później, w 2017 r. otworzyła tamże szpital pediatryczny, któremu zapewniła środki i sprzęt, sprowadziła też specjalistów, organizowała szkolenia. To miejsce ma nie tylko leczyć, ale również przeciwdziałać szerzeniu się choroby, ma zapobiegać Aids, w miejscu gdzie większość z dzieci nie dożywa 2 roku życia z powodu braku dostępu do ochrony. Edukacja i rozwój świadomości społecznej wg. Madonny stanowią najbardziej skuteczne narzędzia, dzięki którym człowiek czyni i zmienia świat na lepszy.

„Jeżeli dzieci są przyszłością to muszą być naszym priorytetem (…) jestem tu by ci powiedzieć, żebyś nigdy nie rezygnował z walki o to, w co wierzysz, bo ostatecznie miłość przezwycięża wszystko”
– mówiła podczas oficjalnego otwarcia placówki, którą jest szpital pediatryczny imienia Mercy James, imienia jej adoptowanej córki.

W tym czasie kiedy wraz z innymi walczyła, aby ten szpital powstał  i mógł funkcjonować długofalowo, adoptowała czworo dzieci z Malawi. Nie wszystkie na raz rzecz jasna, ale kolejno z biegiem czasu. Dziś Madonna jest matką dwojga swoich biologicznych dzieci oraz czworga adoptowanych z sierocińca w Malawi. Obecnie mierzy się z zamiarem kolejnej adopcji.

Macierzyństwo dla Madonny jest jednym z najgłębszych i największych jej pragnień. Dla niej bycie matką nie polega jedynie na wychowywaniu i zapewnianiu opieki oraz środków do życia.
Ona chce być kim więcej i zarazem kimś, za kim sama tęskniła przez całe niemal swoje życie. W wieku zaledwie pięciu lat straciła matkę. Od tamtej pory głód matki i głód miłości jest bardzo silny w Madonnie. Nie tylko chce być kochaną, ale chce obdarzać miłością, której nigdy nie miała, a którą chce uczyć się dawać. Dziś Madonna mówi wprost (w licznych wywiadach): „im więcej masz dzieci, tym lepszym jesteś rodzicem”, sama zaś pochodzi z wielodzietnej rodziny.

Przy tej okazji powiem ci ciekawą rzecz dotyczącą nurtującego wiele osób pytania, dlaczego Madonna to Madonna? Odpowiedź jest bardzo prosta, ponieważ mama Madonny miała na imię Madonna, dlatego właśnie Louise Ciccone przybrała artystyczne imię po swojej matce, przynajmniej w ten sposób mogła „czuć” obecność i miłość matki w jej życiu. Wielokrotnie Madonna „pokazywała siebie” leżąc u grobu swojej matki. Dosłownie leżąc, bo kiedy kładła się u jej grobu, potrafiła zasnąć. To był rodzaj przytulenia się do matki i bycia z nią, choć dla Madonny, jako córki,  bardzo niełatwy. Zapewne myślałeś, że Madonna jest Madonną bo stawia się w miejscu matki Jezusa lub, że wyśmiewa Boską Matkę. Nic z tych rzeczy. W wielu swoich piosenkach Madonna odwołuje się do Maryi nazywając Ją Matką Marią, w pełnym rozumieniu matczyności i poświęcenia Matki Boga, a nie w szydzeniu z Niej, ani też nie próbując zająć Jej miejsca w swoim artystycznym wyrazie. Dlatego też rozczula mnie widok Madonny w kapciach,  przytulającej i kołyszącej swoje dzieci, gdzieś w korytarzu, kiedy jedno z dzieci gra na gitarze, wspólnie śpiewają „Hallelujah”, a drugie leży wtulone w  jej ramiona. To taka prosta i zwyczajna czułość.

O czułości z kolei, wspominała nie tak dawno temu dość trafnie nasza noblistka, Olga Tokarczuk, kiedy odbierała swoją nagrodę.

Potrzebujemy czułości i potrzebujemy być czuli, nie wstydząc się tego. Czułość to nasze człowieczeństwo. Nie chodzi mi jednak o czułość w rozumieniu jedynie jako dotyku, ale o czułość obejmującą każdą dziedzinę naszego życia, od relacji, poprzez komunikację, po działania. Czułość wiąże się z wyrozumiałością, cierpliwością, szacunkiem, empatią, wdzięcznością i życzliwością i pełnym zaangażowaniem. Można powiedzieć, że czułość to najwyższy stopień miłości. Czułość daje nam poczucie bezpieczeństwa i wewnętrznego spokoju, wycisza emocje i wzmacnia nasz umysł. Zaprzeczeniem czułości jest stosowanie przemocy na każdej płaszczyźnie (fizycznej, psychicznej, duchowej, seksualnej) i wyrządzanie krzywdy.  Za tym, co nie jest czułością w nas i co nie jest miłością kryje się tylko jeden czynnik, któremu na imię „lęk”.

W Biblii jest napisane „ten kto się lęka nie wydoskonalił się w miłości (…) doskonała miłość przewyższa lęk”(1 J 4, 18).

Kiedy otacza nas lęk czujemy niepokój i strach, a te z kolei prowadzą w krótkiej linii do agresji i wrogości. Ostatecznie lęk staje się nie tylko wewnętrznym odczuciem, ale stanem, w którym poruszamy się i przybiera konkretną postać. Tej postaci na imię zło. Jesteśmy źli wobec tych, którzy wydają nam się być inni, jesteśmy źli kiedy znajdujemy sobie wroga i wszystkie nasze wysiłki ukierunkowane są na to, aby go zdetronizować, zdominować i przegonić. Posiadając wroga możemy zaaplikować mu wszelką naszą toksyczność, sami stając się tak toksyczni, że tracimy z oczu cel naszego życia. Dla każdego z nas ten cel jest inny. Myślałeś może kiedyś jaki masz cel w życiu? Nie mam znów na myśli czegoś, o czym być może pomyślałeś w pierwszej kolejności, jak np. kariera zawodowa, czegoś czysto materialnego. Mam na myśli coś znacznie więcej…

Czy wiesz, po co jesteś tu na Ziemi, tu i teraz?

Jeżeli masz wątpliwości co do istnienia tego celu, pragnę cię uspokoić. Każdy ma swój cel, pytanie czy ty sam chcesz i potrafisz go nazwać. Niestety jest taka część ludzi, którzy żyją bez celu. Rzecz jasna wydaje im się, że realizują swoje cele, zazwyczaj jednak dotyczą one planów krótkoterminowych i wiążą się z zadaniami, które należy wykonać. To ogromna szkoda, kiedy człowiek nie ma celu, kiedy nie stara się znaleźć sensu. Szkoda, bo taka  osoba nie może wykorzystywać swoich talentów, przestaje się rozwijać jako człowiek i niekiedy ulega ogólnemu zniechęceniu, marazmowi, a nawet depresji. Niekiedy też fakt bezcelowości ma ogromny wpływ na to, w jaki sposób traktuje innych, często krzywdząc i raniąc.

Wspominałam już o istnieniu przemocy w świecie. Tu należy zmienić retorykę.

Rzecz w tym, że to nie świat stosuje przemoc, ale człowiek i jego działania, a to ma wpływ na świat. Zdarza się tak, że często najpiękniejsze wartości i idee potrafimy wyrażać takimi słowami i w taki sposób, że stają się one antywartościami i antyideami, a kiedy świat stara się nam zwrócić na to uwagę, wzbiera w nas złość i rozpoczynamy swoją wojnę ze światem i z innymi ludźmi. Drażni nas inność i rozwściecza do granic czerwoności każda forma sprzeciwu skierowana do nas, bo przecież jesteśmy pewni i przekonani o słuszności swojej racji, swojej opinii. Staramy się dyskryminować wszystko, co jest inne. Nie przyjmujemy do wiadomości innych rozwiązań niż tylko te, które są nam znane, lub które w naszym rozumieniu są właściwe i powinny obowiązywać każdego.

I broń Boże, żeby ktokolwiek pokazywał nam to wszystko publicznie i widowiskowo i jeszcze czerpał z tego jakąkolwiek korzyść. Buzuje w nas lęk, buzują emocje. Boimy się, że ktoś wydrze nam z rąk cały nasz system funkcjonowania i nasz świat oczywistości.

W 2013 r. Madonna zdecydowała się rozpocząć pewien projekt. Słowo „rozpocząć” nie jest tu do końca trafne, gdyż ten projekt w istocie realizuje od ponad 30 lat. Jest to projekt, który kieruje do każdej ludzkiej istoty. Dotyczy on ludzi czarnych i białych, żółtych, chrześcijan, muzułmanów, Żydów, osób heteroseksualnych, homoseksualistów, grubych, chudych, ułomnych, bogatych, biednych, artystów, autystów. Dotyczy ciebie.

Wszyscy jesteśmy sobie równi, mamy te same prawa, te same potrzeby. Jesteśmy zależni od siebie i razem stanowimy całość tego świata, jak i przyszłego. Nie ma takiego człowieka, który nie chciałby być szczęśliwy, kochany, wolny i bezpieczny. Wszyscy zasługujemy na miłość, wszyscy po coś tu jesteśmy, wszystkich nas obliguje to samo prawo, prawo miłości bliźniego.

Nie będziemy mogli w pełni cieszyć się życiem, ani być zadowolonymi z siebie, jeżeli nie będziemy tego jednego prawa przestrzegać. Dopóki nie  będziemy nieustannie pracować nad sobą, nie będziemy opanowywać emocji, nie będziemy stawiali czoła naszym lękom, nie będziemy szczęśliwi. Nie zrealizujemy siebie, nie będziemy żyli pełnią życia. Dopóki podziały ważniejsze będą od człowieka, dopóki przez przemoc wyrażać będziemy nasze starania, dopóki nienawiść będzie wyższa, niż umiejętność obdarowywania miłością, dopóty nigdy nie będziemy naprawdę wolni. Ten kto jest wolny, pozwala na wolność innym. Zniewolony zaś będzie chciał zniewalać innych, ograniczać ich kreatywność i tłumić talenty. Zniewolony będzie nakazywał milczeć. Wolny jest ten, kto potrafi odważnie oddychać pełną piersią. Do oddychania potrzebujemy otwierać usta.

Weź głęboki oddech, usiądź wygodnie i odetchnij.

Zapraszam cię razem z Madonną do obejrzenia 17 minutowego filmu, projektu, który jednocześnie jest artystycznym wyrazem Madonny. Zapraszam cię do odwagi w pokonywaniu siebie i swoich ograniczeń. Zapraszam cię też do czynnego udziału w braniu odpowiedzialności za siebie i innych, do zaangażowania w stawanie się lepszym człowiekiem. Człowiekiem świadomym i zadowolonym z tego, kim jest. Człowiekiem wolnym od lęku przed innością. Człowiekiem bardziej zadającym pytania, rozumiejącym i współczującym, niż osądzającym. Człowiekiem budującym mosty i troszczącym się o wspólne dobro.  Poniżej podaję więc link do filmu-projektu z polskim tłumaczeniem.

Na koniec jeszcze pragnę podziękować ci za odwagę czytania tego tekstu i wytrwałość.
Mam też głęboką nadzieję, że twoja podróż do twojej świadomości nie zakończy się z chwilą obejrzenia #SecretProjectRevolution Madonny.

Życzę Ci z całego serca, abyś kontynuował swoją podróż i stawał się coraz bardziej silnym sterem swojego okrętu. Tam dokąd dopłyniesz, tam znajdziesz swój cel.

Powodzenia!

Pozdrawiam serdecznie, Anna Skrzypczak 😊

 

Link do # SecretProjectRevolution
https://www.youtube.com/watch?v=6NmvFJ7BxyE&fbclid=IwAR0YNpzGtUmixt_N0LCdxrt5BgDW43ZUWJgGapnpg2cW_QAU4g-mDP_zJ54

Pozostałe linki:
(w przy ustawieniach możesz kliknąć w opcję wyświetlania tekstu w jęz. angielskim)

Otwarcie Szpitala w Malawi
https://www.youtube.com/watch?v=PwMPIB5exew&fbclid=IwAR30puvTAfffivojQAJh26Ra1bt74bsN4ysdyrHZqS6FJR_jFSP9oZpJD-c

– Adopcja i wizyta w Malawi
https://www.youtube.com/watch?v=7lhVxYhLe6s&fbclid=IwAR1a5vquu0JM741QiSMRYdVt9BI1J6YBQ4FZ1pzM3DkmfXgslATLWEV4Pgk

„Live to tell” z trasy „Confessions Tour”
https://www.youtube.com/watch?v=2JvK3U2gpsQ

– z FB : czułość Madonny
https://www.facebook.com/watch/?v=2646084675672231

Zdjęcie pochodzi z Pixabay

 

cz3. nowy początek

„Budzi mnie dzwonek telefonu. Słońce wpada z impetem do pokoju, razi w oczy.

– Słucham?

– Halo Adam!

– Cześć tato.

– Wszystko dobrze?

– Tak w porządku, czemu pytasz.

– Szukałem Cię.

– Ale dlaczego? Czy coś się stało?

– Dzwonię złożyć Ci życzenia. Dziś Wilekanoc i twoje urodziny.

– Co? …a, tak, dopiero się obudziłem, zapomniałem….

– Co ci mówi serce?

– Chyba się przesłyszałem?

– Pytam, jak z sercem, wszystko ok.?

– A…tak! Nigdy nie było lepiej!”

fin!

cz2. spotkanie

„Coś się zmieniło. Nadal nie wiem gdzie jestem, ani co się ze mną dzieje? Poruszam się po omacku, idę…a raczej ktoś mnie  niesie? Tak. Dopiero teraz dociera do mnie, że poza mną ktoś tu jest. Ból zaczyna ustępować. Jest odrobinę jaśniej.

– Bolało Cię?

– Tak. Skąd wiesz?  – pytam mocno zdezorientowany.

Nie rozumiem co się stało i z kim rozmawiam? Wstydzę się zapytać.  Jego obecność wydaje się teraz taka oczywista. Jakby tu był zawsze. Czuję się … bezpiecznie.

– Byłem, przy tobie.

– Słucham?

– Wtedy, kiedy myślałeś, że nikt nie słyszy, słyszałem cię.

– Dlaczego nic nie odpowiedziałeś?  – mówię z wyrzutem. Po chwili znów mi wstyd. Nawet nie wiem z kim rozmawiam?

– Jestem przy tobie zawsze, także  w miejscu, którego się najbardziej boisz – w twojej samotności.

Na samo wspomnienie przenika mnie dreszcz. Znów mam na końcu języka, żeby spytać – kim ty w ogóle jesteś? Zamiast tego wyrzucam z siebie – Co? W tym paskudnym bunkrze, z którego właśnie się wydostałem? Nawet mi nie przypominaj…

– Nie wydostałeś się, nadal tu jesteśmy.

– Co? – słowa grzęzną mi w gardle – Jak to? – rozglądam się nerwowo.

– Jestem z tobą w twojej samotności.

– Ale nie czuję się samotny, gdy jesteś przy mnie – mówię machinalnie.

– Gdybyś nie doświadczył samotności, skąd wiedziałbyś jak ona smakuje? A teraz wiesz. Jesteś tu i spotkałeś mnie?

– Tak

– Bywałeś tu wcześniej prawda?

Normalnie z nikim nie rozmawiam o tym co czuję, nie umiałem dotąd tego nazwać, ale teraz…widzę więcej,  rozumiem to co się ze mną działo.

– Nie wiem czy kiedykolwiek tak naprawdę stąd wyszedłem? – odpowiadam szczerze – Czasem udaje mi się to miejsce czymś przesłonić, zagłuszyć. Wydaje mi się wtedy na chwilę, że ono nie istnieje. Ale jednak jest…

– To jest dla Ciebie trudne?

-Tak, bardzo.

– A teraz? Gdy jesteś tu i wiesz, że jestem tu z tobą zawsze… czy to coś zmienia?

– Tak, to zmienia wszystko – gdy kończę mówić zalewa mnie spokój. Mam go w każdej komórce ciała. Oddycham głęboko, tak jakbym nigdy dotąd nie oddychał naprawdę.

– Już czas wracać.

– Dokąd?

– Czeka na ciebie nowy dzień – jego słowa dodają mi otuchy. Gdzieś zniknął lęk.

Zdobywam się na odwagę by zapytać – Kim jesteś?

– Znasz odpowiedź. Jest tu…-  mówi wskazując na moje serce…”

cdn

bunkier

„Chciałbym uciec. Nie być tutaj. Być gdzieś indziej, choć na chwilę. Nie daję rady. Wiem co by powiedzieli: „Patrzcie go! Wiedziałem, że się rozsypie”, „frustrat”, „histeryk”… nie chcę by ktokolwiek wiedział. Gdy ich spotykam silę się na uśmiech. To moja jedyna broń. Cały się za nim chowam. Nic mi nie jest. Przecież „faceci nie płaczą”. Czuję, że coraz mniej mi to wychodzi. Z każdym dniem coraz bardziej widać, że coś ze mną nie tak. Muszę się wziąć w garść. Tak, zrobię to! Wezmę się! Tylko jak? Nawet nie bardzo rozumiem co się ze mną dzieje. Żeby choć dało się za czymś schować, za jakimś skrawkiem pozoru. Przestaję panować nad mimiką. Uśmiech zmienia się w nerwowy grymas. Już ścigają mnie ciekawskie spojrzenia. Będę dla nich tematem do rozmów, ocen. Wymykam się sobie spod kontroli. Nie mam już nic poza wstydem. Nie znoszę siebie. W pustym pokoju walę pięścią w ścianę: tak jestem słaby, przybity, zdołowany, zagubiony i jestem z tym cholernie sam!

Tkwię zamknięty w jakimś bunkrze, nie ma drzwi, okna, znikąd światła. Jak się tu znalazłem? Nie chcę tu być! Czy ktoś mnie w ogóle słyszy? Jak stąd wyjść? A jeśli tu zostanę? Wpadam w panikę, czuję dotkliwy ból.”

cdn.

 

 

 

Pamiętnik z kwarantanny. Czerwone headline-y


Wszystko jest wyraźniejsze. Każde słowo modlitwy, każda rozmowa. Wszystko stało się bardziej konkretne. Wyodrębniła każda chwila.

Grabię liście, pestki śliwek, puste muszelki po zeszłorocznych winniczkach, dotykam dłońmi ziemi…chyba pierwszy raz z takim przejęciem.  Chcę smakować każdy moment. Doświadczać, chłonąć świat wszystkimi zmysłami, jakby na zapas. Nawdychać się go, nadotykać, gładzić dłonią miękkie pączki dopiero, co budzącej się ze snu natury. Ależ się zdziwi, gdy się zbudzi! Nie zobaczy nas w parkach, na skwerach i w lasach. Czy będzie tęsknić?

Co rano wita mnie przytłaczająca jak betonowy sufit rzeczywistość. Otwieram oczy myśląc –„znowu budzę się w czasie, kiedy „to” się dzieje”. Zanim włączę się do życia, uruchomię medialny szum informacji – już je widzę. Czerwone headline-y, na których jego nazwa odmieniana jest przez wszystkie przypadki. Czuję, jakby mi ktoś wszczepił czip, zaprogramował pierwszą akcję po uruchomieniu systemu: załaduj headline z wyboldowaną nazwą, ze stale rosnącym szeregiem liczb. Żeby, choć jeden dzień nie usłyszeć o tym, o czym jeszcze kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia, że istnieje.

Zabawnie wyglądamy z naszymi planami. Powiadomienia w telefonie: kontrola u dentysty, basen, spotkanie klasowe – brzmią niestosownie i nieadekwatnie. Zapisane w czasie, gdy trudno było wyobrazić sobie, że staną się nieosiągalne.

Wyłapuję masę nieistotnych szczegółów. Oglądam ciekawy wywiad, na zakończenie prowadzący spotkanie podaje zaproszonemu gościowi rękę na pożegnanie. O rety! Nie mają rękawiczek! – Spokojnie to program nakręcony pół roku temu, jeszcze można było sobie bez obaw podać rękę.

Inaczej niż dotąd odbieram muzykę. Mocniej, głębiej. Nie słucham na co dzień Beaty Kozidrak, ale jej piosenka, w której śpiewa: „nie odnajdzie więcej nas ta sama chwila”, brzmi proroczo i metafizycznie. Każda chwila jest złotem.

Ograniczeni przestrzenią karmimy się sobą. Staliśmy się dla siebie chlebem powszednim. Zacieśniamy więzi. Uczymy się przyjmować wszystko to, co nam w drugim smakuje i to, co drażni. Uczymy się zbawiennej sztuki poprzestawania na tym, co mamy. Świat dzięki temu stał się trochę lżejszy, a może to my zmaleliśmy, a wraz z nami nasze potrzeby.

Dookoła rozlewa się mrok. Złaknieni jesteśmy promyków światła. Dzieci – posłańcy światła, biegają, dźwięczą radośnie, pełne życia, energii, nadziei.

Żyjemy jednocześnie w dwóch równoległych rzeczywistościach. Trudniej niż kiedykolwiek, mimo odosobnienia oddzielić „tu” od „tam”. Serce nam bije do tego, co wewnątrz i do tego, co na zewnątrz. Myśli krążą w czterech ścianach, by za chwilę wyruszyć do Chin, USA, Wielkiej Brytanii, Włoch i wrócić do nas bez odprawy celnej mijając granice, wprost do naszego salonu. Zasiadamy do stołu, pora na kolację. Świat zmalał, wypełnił przestrzeń pomiędzy zielonymi ścianami a oknem balkonowym. Słońce jest coraz niżej. Minął kolejny dzień.

 

 

 

 

Oswoić lęk

Opowieści pomagają oswoić rzeczywistość. Dziś krótka historia o…śmierci.

Było dwóch braci. Ich dzieciństwo przypadło na czas wojny. Nie było łatwe. Ojciec wychowywał ich żelazną ręką. Przetrwali wojnę. Podrośli, pożenili się. Zamieszkali obaj w tym samym mieście. Starszy miał troje dzieci. Młodszy nie doczekał się potomstwa. Lata mijały. Bracia wspierali się całe życie. Starszy odszedł wcześniej. Miał 65 lat gdy zmarł. Młodszy długo nie mógł dojść do siebie po jego śmierci. Bardzo go kochał. Później sam zaczął chorować. Zawsze był bardzo emocjonalny. W trakcie spotkań z rodziną dzielił się różnymi życiowymi „mądrościami”. Czasem mówił składnie czasem mniej. Z wiekiem w trakcie mówienia zapominał co chciał powiedzieć, gubił pointę. Był moim wujkiem a jego zmarły brat, moim dziadkiem. Bywało, że podśmiewaliśmy się z życiowych mądrości wuja. Kilka lat później i on zmarł. Zanim to się stało zdążył jeszcze świętować czterdziestą rocznicę swojego małżeństwa. Wraz z żoną zaprosili całą rodzinę. To była piękna uroczystość. Rozpoczęła się Mszą święta w intencji małżonków. Później wujostwo uraczyło nas wystawnym obiadem w jednej z restauracji. Było dużo śmiechu, wspomnień i tańców. Siedzieliśmy za stołem wuj się rozrzewnił i zaczął opowiadać o zmarłym przed laty bracie. Wspominał dzieciństwo, pobyt brata w wojsku. Skończył słowami: „On był bardzo dzielnym człowiekiem. Był tak dzielny, że nawet tą śmierć jakoś przeżył”. Wuj rozczulił mnie i rozbawił tym wywodem. Tak bardzo chciał powiedzieć jak mężny był dziadek, że się odrobinę zagalopował. „Przeżyć śmierć” – co za dziwne zestawienie – pomyślałam. Ale po chwili doszłam do wniosku, że jest w tych słowach głębszy sens. Skoro wierzymy, że życie jest wieczne, śmierć jest po prostu silnym przeżyciem. Przytaknęliśmy wujowi. Uznaliśmy, że była to jedna z najpiękniejszych sentencji jakie wypowiedział.

Czasem przypominam sobie tę historię. Myśl, że śmierć można jakoś przeżyć pomaga mi oswoić lęk.

Szukajmy dróg do siebie nawzajem

Jeden z obrazów Zdzisława Beksińskiego przedstawia ponury, spowity mgłą krajobraz. Ponad otchłanią wznoszą się jakby nasypiska, na których szczycie znajdują się przypominające ludzi postaci. Obraz robi przygnębiające wrażenie. Przepaści między zgromadzonymi są bezdenne, spowite mrokiem. Jedyne światła to blaski ognisk, wokół, których na swoich przestrzeniach bytowania skupili się owi ludzie. Każda grupa, rodzina, osobno. Niektóre z tych ognisk zgasły, a w raz z nimi ci, którzy grzali się ich ciepłem. Przerażająca wizja rozczłonkowania społeczności, braku łączności, braku jedni. Ma się wrażenie, że sportretowana cywilizacja dogorywa. Zgromadzone wokół ognisk postaci są skarłowaciałe, blade, bardziej przypominają umarłych niż żywych. Nie chcę by świat wokół nas wyglądał tak jak na tym obrazie! Nie chcę by między nami ziały takie przepaści! Co zrobić by zachowując kwarantannę nie zatracić wrażliwości na innych, nie zgubić człowieczeństwa? Jak żyć naprawdę, by nie być umarłym za życia?

Po świecie rozlewa się fala cierpienia. Z jednej strony wielu ludzi okazuje sobie serdeczność i wsparcie, z drugiej jest także wiele nieodpowiedzialnych zachowań.

Koronairytacja

Ręce mi opadają, gdy czytam o kolejnych oddziałach karetek, czy odddziałach szpitali, które zostają zamknięte na kwarantannę  i nie mogą służyć cierpiącym w tym najtrudniejszym czasie dlatego, że ktoś nie przyznał się do objawów koronawirusa. Nie mogę się nadziwić dlaczego w szpitalach, brakuje podstawowego wyposażenia dla lekarzy. Dla tych, którzy są na pierwszej linii frontu nie ma maseczek i rękawiczek! W głowie się nie mieści!

Wkurzają mnie podwyżki cen żywności i szybkie biznesy, jakie ludzie próbują kręcić na koronawirusie, nowe pomysły kradzieży „na dezynfekcję” i żerowanie na ludzkim strachu.

Przerażają mnie wieści z Włoch czy Hiszpanii, gdzie chorych z zagrożeniem życia jest tak wielu, że następuje selekcja – kogo ratować?

Irytują mnie głosy o tym, że koronawirus to kara za grzechy i że zaczęło się w Chinach, bo tam najwięcej aborcji. Irytują orędzia samozwańczych proroków, którzy wszystko zrozumieli i wiedzą, „dlaczego”. Nie są mi bliskie ich tezy o tym, że oto skończyło się miłosierdzie i cierpliwość Boża i nastał dzień pomsty.

Światła w ciemności

Bóg, jakiego znam nie przestaje kochać. Jest z nami. Jest w każdym cierpiącym i umierającym dzisiaj człowieku.

Doceniam czas spędzany w domu z bliskimi, życie bez pośpiechu, czas na pogłębianie naszych wzajemnych relacji.

Wzruszają mnie wszystkie gesty czułości solidarności i troski, jakimi obdarzają się ludzie nawzajem. Szycie masek, darmowe posiłki przygotowywane dla lekarzy, pomoc sąsiedzka, występy balkonowe, by umilić czas kwarantanny sąsiadom. Cieszy mnie międzynarodowe gesty solidarności, ale także zwyczajna ludzka serdeczność, jakiej doświadczamy, na co dzień.

Pomoc

Na poczatku kwarantannę traktowałam jako czas na spokojne bycie z rodziną. W sobotę obejrzał film Krzyk rozpaczy – szefowej DIFFERENT i Prezes Fundacji pomocy rodzinie Człowiek w potrzebie. Nie mogłam spać. To był dla mnie moment zwrotny w przeżywaniu kwarantanny. Po filmie zrozumiałam, że tak wiele złego dzieje się wokół, że nie mogę poprzestać na okopywaniu się w swoim gniazdku. Potrzebować pomocy mogą nie tylko starsi ludzie, czy bezdomni, ale także młodzi. Rodzice małych dzieci, samotne matki, single… tak wiele osób nie ma teraz pracy, że trudno to sobie wyobrazić.

Siedzimy w zamknięciu. Drżymy o życie swoje i bliskich. Czytając doniesienia o kolejnych ofiarach karmimy nasze lęki. Czasem dobrze jest się wystraszyć, by się na serio przejąć sytuacją, by w poczuciu współodpowiedzialności dostosować się do zaleceń władz i pozostać w izolacji. Źle się dzieje gdy lęk jest tak duży, że odbiera nam zdolność do działania, jeszcze gorzej gdy odbiera nam zdolność do empatii. Bóg uwalnia od lęku to On może wznieść mosty między nami.

Na obrazie Zdzisława Beksińskiego pomiędzy ludźmi dogorywającymi w odosobnieniu zieje nieprzebyta otchłań. Ten obraz nie pokazuje jednak całej prawdy o nas, a raczej niebezpieczeństwo związane z izolacją i koncentracją tylko na własnych potrzebach. Wszędzie tam gdzie ludzie spieszą sobie z pomocą, modlą się za siebie nawzajem, solidnie wykonują swoją pracę, wspierają się, obraz ludzkości nabiera ciepłych barw, a przepaści zapełnia miłość, jedność i wrażliwość.

Pamiętnik z kwarantanny. Tydzień pierwszy.

Zastanawiałam się dzisiaj dlaczego w ogóle piszę, czy to ma sens? Pomyślałam, że taki dziennik z kwarantanny* może być dobry dla nas by uporządkować to co przeżywamy, odreagować, wymienić się z innymi, czuć, że jesteśmy we wspólnocie. Może też być pamiątką tych wydarzeń dla  naszych dzieci, by kiedyś lepiej zrozumiały co się w tych dniach działo.

Tu i teraz

Wchodzę do salonu i słyszę: „Jest! Samo „ż””, „o rety ó kreskowane, tylko nie to!” – co za emocje związane z ortografią! Wszystko dzięki ortograficznej planszówce :).  Ten czas zamknięcia to zdecydowanie czas pogłębiania relacji. Już nic nas nie rozprasza. Jesteśmy uważniejsi, na siebie nawzajem, już mniej spraw odciąga nas od tego by być „tu i teraz”. Z dnia na dzień lepiej się poznajemy i stajemy coraz lepiej zgrani, jak drużyna. Teraz rozumiemy w jak wielkim kołowrotku żyliśmy, jak to codzienne zabieganie wysysało z nas energię, podsycało domowe konflikty. Teraz już nic nie „musimy”, tylko być razem.

Niczego nie brakuje

Staramy się nie  poddawać zakupowej panice. Mamy trzy słoiki dżemu, kaczkę, dwie zgrzewki wody, dwie paczki papieru toaletowego, dwa kilo mąki i kilka paczek kaszy, owoce. Dajemy radę przetrwać weekend, idziemy do sklepu w poniedziałek rano a tam pełne półki. Niczego nam nie brakuje! Nawet mięsa, choć zdjęcia pustych półek i wózków załadowanych kilogramami mięsa straszyły nas ostatnio w Internetach. Sprawdzają się słowa Pisma: „Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”. (Mt 6,31-33) Mimo, że staramy się zaufać, to jednak udziela nam się lęk.

Awantura o mleko

Przyrządzamy budyń, naleśniki, mleko do kawy i nagle… nie ma mleka! Strach! Zaczyna się lawina oskarżeń: „to przez ciebie”, „to przez was”, „dlaczego tyle pijecie”? Po chwili uświadamiamy sobie, że te emocje są jakieś zupełnie nieadekwatne do sytuacji. Jednak nas złapał – lęk, że nam zabraknie. To jakaś psychoza. – Rety, może jednak jesteśmy łosiami i trzeba było wykupić pół sklepu?- przemyka mi przez myśl. Łapiemy głęboki oddech mąż idzie do spożywczaka i po chwili dwa litry mleka lądują szczęśliwie w naszej lodówce. Robimy i budyń i bitą śmietankę i zostaje jeszcze do kawki. Uffff! Take it easy Świderki famillly. Relax, and come down. A z drugiej strony myśl – rety jak bardzo jesteśmy przywiązani do naszego „chcenia”. Chcemy mleko – bach jest mleko. Budyniek? Jest! Śmietanka? Jest! Chwila kiedy trzeba sobie odmówić budzi lęk. To ma wymiar nie tylko psychiczny ale i duchowy. Przywiązanie do rzeczy, przedmiotów, dóbr. Potrzeba kontroli. Konsumpcjonizm jest  zniewoleniem psychicznym ale i duchowym. Stąd ogromny sens Wielkiego Postu. Uczenia się, że mogę nie mieć, mieć mniej. Chcąc nie chcąc mamy koronawirusowe rekolekcje wielkopostne. Chyba najbardziej konkretne w moim życiu.

Twoi dziadkowie zostali wezwani na wojnę, ty zostałeś wezwany do siedzenia na kanapie

Koronawirus jest najbardziej niebezpieczny dla osób starszych. W tych dniach szczególnie o nich pamiętamy. Dzwonimy, pytamy o zdrowie. Dociera do nas jak są dla nas ważni. Jak bardzo ich potrzebujemy i …jak rzadko pamiętamy. Gdy słyszę w słuchawce: „Jak miło, że dzwonisz” – mam wyrzuty sumienia, że tak rzadko dzwoniłam, odwiedzałam. Myślę, że dla nich ten czas może być w pewnym sensie wyjątkowy. Wreszcie rodziny o nich pamiętają, nareszcie dzwonią częściej niż raz na miesiąc. Może nie odwiedzą, ale pytają o zdrowie o samopoczucie. To ważne byśmy dali im odczuć jak są ważni. Po Internecie krążą memy związane z koronawirusem. Najbardziej podoba mi się ten: „Twoi dziadkowie zostali wezwani na wojnę, ty zostałeś wezwany do siedzenia na kanapie. Dasz radę!” Taka prawda, to pokolenie, które przetrwało wojnę. Oni są naszym skarbem, żywą pamięcią, świadkami historii. Są częścią naszej historii życia, są naszymi babciami, dziadkami, wujkami, ciociami. Są nam bliscy. Drżymy o nich i modlimy się by przeżyli.

Podczas jednej z rozmów ciocia mówi mi, że w ostatnią niedzielę przyjęła komunię świętą. Nie mogę tego spokojnie słuchać, zazdroszczę jej! Tęsknię do komunii. Przypomina mi się niedzielna msza święta spędzona przed telewizorem. Chłonęłam każde słowo. Jak wiele razy w kościele zdarzało mi się rozproszyć, nie słuchać czytań, być gdzieś indziej? Budzić się z zadumy w chwili gdy ksiądz pytał moje dzieci: „To o czym była dzisiaj Ewangelia?” a potem ze zdziwieniem zobaczyć że – one słuchały! Teraz gdy już nie mogę być w kościele słucham z zapartym tchem, nie ronię żadnego słowa.

Przyszłość świata

Dużo rozmawiamy o tym co się wokół nas dzieje. Nasze dzieci mają własne zdanie na ten temat:

– Ja się wcale nie boję koronawirusa. Nawet jak umrzemy, to co? – zawadiacko rzuca młodsza kobietka.

– No co ty? – dziwi się starsza.

– No tak, pójdziemy do nieba, a tam już nikt nas nie zarazi – zdaje się być pewna swego zdania. Dla niej sytuacja jest prosta.

– Ale jak my umrzemy to będzie mało ludzi – odpowiada starsza  – Bo jak byśmy urosły, mogłybyśmy się w kimś zakochać i urodzić dzieci. A jak nas nie będzie to nie będzie też tych dzieci i będzie mało ludzi na Ziemi – mówi z troską. Małe kobietki, świadome siebie. To one są przyszłością świata. Głęboko przeżywają to co się dzieje. Staramy się im tłumaczyć jak najspokojniej się da, że robimy to co trzeba by się nie zarazić i że to nam daje spokój. Robimy co w naszej mocy, resztę zostawiamy Bogu. Chyba w końcu dają się przekonać, bo zaczyna się beztroska zabawa .

„Ciche miejsce”

Po kilku dniach w domu postanawiamy przewietrzyć dzieciarnię. Nasza wyprawa na dwór przypomina mi scenę z horroru „Ciche miejsce”. Swoją drogą inspirujący film na obecny czas. Pokazuje rodzinę, która dostosowała się do panujących ograniczeń i udaje jej się przetrwać mimo wielkiego zagrożenia – współdzielenia planety z przerażającymi istotami, które są wyczulone na każdy nawet najmniejszy szelest. Dodam tylko, że żywią się ludźmi więc by przetrwać nie można dać się usłyszeć. Największe wrażenie robi na mnie scena porodu. To dopiero wyczyn, rodzić i nie móc wydać żadnego dźwięku. My także staramy się dostosować, z tą różnicą, że nie chodzi o zachowanie ciszy, a o dbanie by obronić się przed wirusem. Myjemy dokładnie ręce, instruujemy dzieci jak otwierać drzwi nie dotykając klamek ( to nawet fajna zabawa), zwracamy uwagę by nie dotykały rączkami twarzy ( wytłumacz to dziecku!) zachowujemy na spacerze odległość od innych ( to najsmutniejsza zasada, mam nadzieję że po skończonej epidemii nie zostanie nam taki nawyk, że będziemy patrzyli na drugiego człowieka jak na potencjalne zagrożenie). Tak jak w filmie największe niebezpieczeństwo ściąga na siebie najmłodszy członek rodziny. Po powrocie do domu przed umyciem rąk zaczyna płakać i wyciera rączkami oczy, buzię, nos. Na szczęście nie dzieje się nic złego, ale to uświadamia nam jak trudno przy dzieciach stosować te wszystkie zakazy. I tak jak w filmie myślę, że matki spodziewające się dzieci są w bardzo trudnej sytuacji. Jak wielki niepokój musi im towarzyszyć? Trzeba je otoczyć szczególnym wsparciem.

To tyle refleksji na dziś w moim internetowym pamiętniku z kwarantanny 🙂

Jak Wam mija ten czas? Podzielicie się?

________________________________________

*Mam na myśli kwarantannę narodową, nie mamy koronawirusa, ale jak większość, siedzimy w domu.

_________________________________________

Obraz MiroslavaChrienova z Pixabay

Lilie polne

Zapłakane dzieci

Początek lutego, tydzień do ferii na Mazowszu. Warszawska podstawówka. Odbieram dziecko. Wchodząc do klasy widzę, dwie zapłakane dziewczynki.

-Co się stało? – pytam nauczycielkę podpisując listę odbioru dziecka.

– Chłopaki z klasy wyczytali  w telefonach, że koronawirus jest już w Polsce. Nastraszyli dziewczyny. Jedna z z nich ma kilkumiesięcznego braciszka. Płakała, ze strachu o niego. Jest za mały żeby nosić maskę.

Trzeba coś powiedzieć, jakoś uspokoić.

– Spokojnie, wirus jest daleko, nie przyjdzie do Polski. Nie bójcie się –  tłumaczymy dzieciom. Nie wiemy tego na pewno. Zagrożenie wydaje się być daleko.

Biorę dziecko za rękę i wychodzę ze szkoły zdenerwowana. Irytują mnie media. Sieją panikę, nie mówią czy ktoś w ogóle wyzdrowiał, tylko co i rusz aktualizują listę zmarłych. Można odnieść wrażenie, że po świecie rozlewa się śmierć i jest coraz bliżej. Czy nie można by dla przeciwwagi podać informacji co z tym zrobić? Jak przygotować się na zagrożenie?

W ferie robimy rundę odwiedzając wszystkie babcie i prababcie. Spędzamy czas z rodziną.

Koniec lutego. W media donoszą o przypadkach koronawirusa we Włoszech. U nas zagrożone wystąpieniem wirusa są szczególnie województwa, w których skończyły się ferie.

Marzec. Dostaję sms od koleżanki, żeby się zabezpieczyć, wykupić leki na grypę. Mamy zaplanowany wyjazd, nie daję rady tego załatwić. Z resztą jak? Gdzie iść? Nie mamy znajomych lekarzy, którzy by nam to załatwili. Podobno leków brakuje nawet w hurtowniach. Irytuje mnie to, zaczyna się wyścig o to kto sprytniejszy, kto się najlepiej zabezpieczy i ustawi.

Co będziemy robić jutro?

Środa 11 marca. Z dnia na dzień dowiadujemy się o zamknięciu przedszkoli i szkół. Zaplanowane na weekend spotkania ze znajomymi, stają pod znakiem zapytania. Odbieramy dzieci z placówek. Żegnają się ze swoimi przyjaciółmi z klasy, ostatnie wspólne spacery, wypad z sąsiadami na plac zabaw. Staram się by „do widzenia”, które mówię paniom przedszkolankom, brzmiało jak najbardziej zwyczajnie. Tak jakby to był normalny dzień i niedługo wszystko miało wrócić do normy. Kładziemy dzieci spać. To najtrudniejszy moment. Mam w głowie mentlik, zastanawiam się jak zaplanować kolejny dzień, co zrobić? Musze to przerwać, być tu i teraz, muszę dać dzieciom spokojną wersję siebie przed snem, żeby mogły zasnąć.

– Co będziemy robić jutro mamo?

– Może pójdziemy do lasu? – proponuję

-Ale tam są wilki!

– Nie spokojnie, nie ma. Wilków jest już bardzo mało, w naszym lesie ich nie spotkamy.

– To jakie zwierzęta są?

– Sarny, lisy, borsuki, zające – wymieniam – różne. I takie małe też. Motyle, biedronki, żuki.

Czuję, że znowu odpływam, moją głowę zalewa potok myśli. Podobno już nie ma nigdzie antybakteryjnych środków czystości, muszę to rano sprawdzić. Co zrobić jechać do rodziców czy zostać? Mamy jutro wizytę z dziećmi u laryngologa – wypisać się, czy nie?

– Mamo! – dzieci zawsze wyczują gdy się jest nieobecnym. Staram się ze wszystkich sił wrócić do lasu.

– Wiesz mamo, ja nie lubię żuków.

– Nie lubisz? Rozumiem. A ja powiem szczerze, że lubię.

– Dlaczego?

– Bo mają niesamowite pancerzyki. Taka biedronka ma tylko dwa kolory na pancerzyku. Czarny i czerwony – też jest ładna, ale ma tylko dwa. A na przykład żuczek gnojarek, niby ma czarny pancerzyk, ale zobacz go z bliska, ile tam kolorów! Filoety, błękity, granaty, zielenie. Niesamowite…- żuczek gnojarek wprawia nas w dobry nastrój. Gadamy jeszcze chwilę, las działa kojąco, nawet ten w wyobraźni. Idziemy spać.

Lilie polne

W tych dniach najbardziej niepokoję się o dzieci. Tak bardzo ważne jest byśmy my dorośli byli dla nich wsparciem i umieli dać im poczucie bezpieczeństwa. Mogą nie rozumieć tej nagłej zmiany i przymusowej izolacji. To może być dla nich traumatyczne. Musimy im tą nową sytuację z jak największym możliwym spokojem wytłumaczyć. Potrzebują stałego rytmu dnia. Potrzebują czasu na zabawę i beztroskę, nie zarzucania ich nawałem obowiązków, szczególnie szkolnych. Dajmy im czas oswoić się z nową sytuacją. Dajmy im nasze wsparcie i obecność także na poziomie emocji. By to było możliwe musimy zadbać o nasz własny spokój. Jak? Każdy musi znaleźć swój własny sposób na złapanie równowagi.

W tych dniach mocno w moim sercu wybrzmiewają słowa Ewangelii św. Mateusza „A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą.  A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich”.(Mt 6, 28-29). To fragment dłuższego wywodu dotyczącego dobroci i troski Boga wobec ludzi. Ten fragment napełnia mnie pokojem. Szczególnie zajmuje mnie słowo „przypatrzcie się”. Nie „popatrzcie”, „rzućcie okiem”, „zobaczcie”, tylko „przypatrzcie się”. Żeby to zrobić trzeba się zatrzymać, może pochylić się nad czymś, przykucnąć, zmienić perspektywę z dalekiej na bliską. Gdy jestem blisko mogę zobaczyć więcej, dostrzec to co wcześniej umykało mojej uwadze. Do czego prowadzi owo „przypatrzenie się”  w tym fragmencie. Do kontemplacji bożej miłości do stworzenia. Miłości i troski wobec lilii polnej i tym większej miłości i troski wobec ciebie i mnie – korony stworzenia. To słowo jest żywe. Akutualne dzisaj dla każdego z nas. Wierzę, że Bóg także i w tych dniach nie odwraca od nas swojego pełnego miłosci i troski oblicza.

Zatrzymani w biegu

Czwartek 12 marca. Rano laryngolog sam odwołał wizyty, więc dylemat iść, czy nie, mamy z głowy. Do lasu też nie ruszamy. Robimy rodzinną naradę, każdy mówi co chciałby dzisiaj robić. Zapisujemy to co jest konieczne i to co można odłożyć, ustalamy wspólny plan działania. Trzeba załatwić pilne sprawy,  zawieść dokumenty . Uzupełnić domową apteczkę. W okolicznych sklepach faktycznie nie ma już chusteczek, ani mydeł, ani płynów antybakteryjnych. Udaje mi się zamówić przez Internet przed wprowadzonym przez premiera zakazem. Mąż w pracy. Czytam najnowsze wiadomości. Przyznaję, że po godzinie spędzonej na facebooku nie jestem oazą spokoju dla moich dzieci. Z pomocą przychodzi telewizor i bajki. Muszę mieć chwilę by przetworzyć informacje, które usłyszałam. Potrzebowałam zorientować się w sytuacji by podjąć decyzję, że zostajemy  w domu i rezygnujemy ze wszystkich zaplanowanych spotkań i nie organizujemy nowych. Wieczorem nasz dom wygląda jak po Armagedonie. A to dopiero pierwszy dzień pandemii. Dziś już tego nie ogarniemy, wrzucamy na luz. Jest zabawa w ganianego i śmiech. Wszyscy go potrzebujemy. Będziemy mięli dużo czasu dla siebie. Będzie można zatrzymać się  w biegu, odpocząć od załatwianiem tysiąca małych i większych spraw na raz. Zawsze mi tego brakowało. Zatrzymania się i bycia tylko tu i teraz.

Zobaczyć las

My, mieszkańcy planety Ziemia tocząc swoje losy, jak leśne żuczki, straciliśmy z oczu perspektywę całości. Skupieni każdy na swojej kulce, zapomnieliśmy, że mamy wspólny dom. Zapomnieliśmy o współodpowiedzialności za siebie nawzajem. Wieki żyliśmy tak jakby nie liczył się cały las, a tylko ta nasza poszczególna ścieżka. Zatraciliśmy zdolność widzenia nas jako wspólnoty, na co zwraca także uwagę w swoich powieściach noblistka Olga Tokarczuk:„Ogół i szczegół w powieści „Bieguni” współistnieją w ścisłej nierozerwalnej więzi. Tokarczuk unaocznia prawdę, która chyba dość często nam umyka – my ludzie – żyjący pod różnymi szerokościami graficznymi zamieszkujący glob – jesteśmy jednością. Łączy nas wspólnota przeżyć, odczuć, wspólnota samotności, zagubienia, niespełnienia, i spełnienia, ale także nasza biologiczność. Nasze trwanie jest zmianą i ruchem, a więc wspólne mamy jeszcze to – istnienie w czasie, przemijalność” https://almadecasa.blog.deon.pl/2019/12/09/wolanie-o-jednosc/.

Pisarka w mowie Noblowskiej zauważyła: „Odkrycie „efektu motyla” kończy według mnie epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną swoją sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. (…)uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż kiedykolwiek mogło się człowiekowi wydawać. I że jest on zaledwie małą cząstką tych procesów. Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasem bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu”. Pośród zjawisk dotykających mieszkańców Ziemi, koronawirus jest chyba najbardziej wyraźnym dowodem naszej współzależności.

Powiedzieć kocham, dziękuję, przepraszam

Poza planowaniem zakupów, czy reorganizacji życia rodziny mam jeszcze jedną troskę. By zdążyć powiedzieć kocham, dziękuję, przepraszam. Chciałabym zdążyć. To co wydaje się najważniejsze zawsze przychodzi najtrudniej, tak łatwo odkładać na póżniej z naiwnym przekonaniem, że jeszcze jest czas. Może go już nie być. To jest całkiem realne. Nie wiadomo czy lada chwila granice województw nie zostaną zamknięte. Póki co warto chociażby złapać za telefon  i powiedzieć bliskim i dalekim to co ważne. Dzisiaj doświadczyłam co znaczą słowa: „dzień Pański przyjdzie tak, jak złodziej w nocy. ”. (1 Tes 5, 1b). W takim dniu, kiedy zmuszeni jesteśmy powiedzieć sobie stop, musimy też zmierzyć się sami ze sobą, z tym co w nas jest naprawdę. Z jednej strony może to być trudne, bo nie mamy  od siebie ucieczki, a z drugiej mamy czas by z troską i  uważnością być ze sobą. Może ten czas w odosobnieniu wyjdzie nam na dobre? Tego Wam i sobie życzę 🙂

 

Obraz guetdraws z Pixabay

https://www.facebook.com/mamaalmadecasa

Czy mogę być sobą?

Wirtualny miś zostaje prezydentem, ludzie uwięzieni w systemie elektronicznego dozoru, wypracowują punkty, za które kupują pozór lepszego życia. „Black Mirror” serial stworzony przez Netflix zwraca uwagę na możliwe negatywne konsekwencje rozwoju nowych technologii. Serial daje do myślenia. Pokazuje jak technologie odczłowieczają ludzkość. Ostatnio dotarła do mnie informacja, po której stwierdziłam, że rzeczywistość przegoniła serial. Od 27 lutego do 3 kwietnia rozpocznie się trasa koncertowa jednej z największych gwiazd muzyki pop i R&B. Piosenkarka zawita z trasą do 26 miast Europy. Amsterdam, Liverpool, Manchester, Dublin, Bruksela, Wiedeń, Berlin – to tylko niektóre z nich. Pełen rozmach. Problem w tym, że piosenkarka nie żyje! Mowa o zmarłej w 2012 roku Whitney Houston. Na scenie wystąpi jej hologram.

W 2017 roku miał premierę dokument o życiu piosenkarki, zatytułowany w oryginale: „Whitney. Can I be me?” ( Whitney. Czy mogę być sobą?). Można w nim poznać wiele bolesnych faktów dotyczących życia gwiazdy. Nigdy nie przepracowaną traumę – molestowanie w dzieciństwie, toksyczny związek z mężem, trudne relacje z ojcem, siostrami, uzależnienie, zaniedbywanie jedynej córki. Reżyser udokumentował toczący się latami dramat zagubionej kobiety, która nie wiedziała do końca kim jest. Przy tym całym cierpieniu kariera, sława coś co dla wielu jest wyznacznikiem szczęścia i spełnienia, przestały ją cieszyć. Czuła się wtłoczona w rolę – wielkiej gwiazdy, grającej ku rozrywce milionów, których nie obchodzi ona sama, to co się z nią dzieje naprawdę, byleby śpiewała.

Dzisiaj, w przededniu planowanej trasy, pytanie z tytułu filmu brzmi szczególnie dramatycznie – „Can I be me” – Czy mogę być sobą? Okazuje się, że odpowiedź świata brzmi – NIE! Nie możesz być sobą, już dawno jesteś towarem na sprzedaż. Nadal chcemy ciebie mieć. Jak tresowaną małpkę. Będziemy sobie ciebie odtwarzać, włączać i wyłączać, przewijać, kiedy nam się spodoba, a ty już nic nie masz do gadania.

Osoba, która odeszła nie ma wpływu na sposób w jaki ją upamiętniamy. Gdy słuchamy jej muzyki, oglądamy film z jej udziałem, ożywiamy naszą pamięć i radośc płynącą z obcowania z jej twórczością. Ale hologram – to odtworzenie ciała danej osoby, mimiki, ruchów, które można zaprogramować w dowolny sposób i ubrać jak nam się podoba. To stwarza ogromne pole do manipulacji wizerunkiem. Co więcej zakłóca spokój pamięci o zmarłej. Przyzwyczajeni do konsumowania wytworów kultury, zaczęliśmy konsumowac i jej twórców. Niepostrzerzenie przekroczyliśmy granicę, po przejściu której po mału się odczłowieczamy.

Podobno na Whitney pomysł z hologramami zmarłych artystów się nie skończy. Kto wie, może niedługo będzie można pójść na koncert Elwisa, czy Boba Dylana? W mediach doniesienia na temat koncertu przedstwaiane są w samych superlatywach. Jedyne co niepokoi, to kwestia – dlaczego nie w Polsce?

Cytując portal chilizet: „Mamy jednak nadzieję, że taka trasa jeszcze się odbędzie, a fani Whitney z naszego kraju też będą mogli zobaczyć ją „na żywo”.” Ja mam nadzieję, że gwiazdy estrady będą miały w przyszłości możliwość złożenia jakiejś deklaracji, dotyczącej chęci/lub braku chęci pośmiertnego występowania jako hologram.

 

 

 

Obraz David Mark z Pixabay