Czuję się tak dobrze, spoglądam na ciebie, więc po prostu tańcz, tańcz, tańcz, no dalej

Weszłam dziś rano do pokoju pełnego porozrzucanych ubrań i zabawek. Czułam, że potrzebuję  wspomagania, żeby to ogarnąć. Choćby dobrej muzyki. Przeglądając YouTube trafiłam na utwór Justina Timberlake’a.

Zdecydowanie dodał mi energii, z tym, że najpierw musiałam chwilę potańczyć. Uwaga ta piosenka jest niebezpieczna – wyrywa z fotela! Jeśli macie ochotę na radość, zapraszam do tańca! W teledysku tańczy między innymi pani kelnerka w kawiarni, pan przed zakładem fryzjerskim, kobieta w pralni, ekspedient między regałami sklepu. Pomyślałam sobie: gdyby słowa tej piosenki odnieść do Tego jak nas widzi Bóg? Gdyby to On do nas śpiewał: „nie mogę oderwać od ciebie wzroku kiedy tańczysz!” Spróbowałam to sobie wyobrazić… Ciekawe w jakich sytuacjach zastanie was ta piosenka? Może wyrwie zza biurka w korporacji? Z wygodnego miejsca w tramwaju, albo z samego środka tysiąca pilnych spraw do załatwienia? Kto jest waszym faworytem? Dla mnie Dennis z supermarketu i Jonah – pan w garniaku.

„Nie widzę niczego oprócz ciebie, gdy tańczysz,
(nie mogę powstrzymać tego uczucia)
czuję się tak dobrze, spoglądam na ciebie,
więc po prostu tańcz, tańcz, tańcz, no dalej…”

 

Good luck!

 

*Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirował mnie wpis Pana Rafała:

Bóg adoruje człowieka!

„My favorite things”

„My favorite things” to piosenka z Broadwayowskiego musicalu „The Sound of Music” z 1959 roku autorstwaRicharda Rodgersa i Oscara Hammersteina II. W wersji filmowej z 1965 roku śpiewa ją Julie Andrews. Słowa piosenki są odniesieniem do rzeczy, które jej postać – Maria kocha, takich jak „krople deszczu na różach i wąsy kociąt. Jasne miedziane czajniki i ciepłe wełniane rękawiczki”. Maria przywołuje te rzeczy by poprawić sobie nastrój, gdy jest jej smutno. „My favorite things” –  to także jeden z najważniejszych albumów jazzowych autorstwa amerykańskiego jazzmana Johna Coltrane’a, wydany w 1961 roku. Płyta zawiera jazzowe interpretacje standardów popowych, między innymi wspomnianej piosenki z musicalu „Dźwięki Muzyki”. Poza wersją Coltrane’a https://www.youtube.com/watch?v=qWG2dsXV5HI  najbardziej polecam pełne energii wykonanie Kelly Clarkson: https://www.youtube.com/watch?v=900UL24AUUM.

W jednym z moich ulubionych filmów – „Amelii” z 2001 r. jest scena, w której główna bohaterka mówi o  czynnościach, które sprawiają jej radość. Są to: obserwowanie w trakcie seansu kinowego twarzy innych widzów, zanurzanie ręki głęboko w worku z ziarnem, rozbijanie łyżeczką skorupki karmelu na kremie, puszczanie kaczek na kanale św. Marcina. Ta scena z resztą kończy się piękną fortepianową kompozycją: https://www.youtube.com/watch?v=rDVpUUMj7gw . Tytułowa bohaterka nie miała łatwego dzieciństwa. Nie otrzymała zbyt wiele czułości od zachowawczego ojca i nerwowej matki. Mimo to dorosłej Amelii udało się ocalić wrażliwość na świat i ludzi żyjących wokół niej. Przypadek sprawia, że zaczyna wykorzystywać swoją uważność na otaczającą ją rzeczywistość, do pomagania innym. Jej ukryta działalność dostarcza wiele radości i wzruszeń jej sąsiadowi, przypadkowemu nieznajomemu a także jej ojcu. Wreszcie i sama Amelia znajduje szczęście u boku tajemniczego mężczyzny z fotografii. Zachwyca mnie w tym filmie poetycka narracja. Rzeczywistość staje się magiczna, przy czym każdy jej szczegół, każdy detal ma swoje niezastąpione miejsce i swoje znaczenie. W dzisiejszym świecie, w którym ciągle za czymś gonimy, nader często gubią się nam małe radości i cuda, które codziennie dzieją się wokół nas. Mało tego, w natłoku bodźców i pilnych spraw nie raz gubimy się sami sobie. Sami siebie coraz mniej znamy.  „Favorite things” pomagają bohaterom musicalu i filmu Amelia, przetrwać trudne chwile i zachować wrażliwość.

Tłumaczenie na Polski przytoczonego tytułu piosenki brzmi – „ulubione rzeczy” – ale to określenie jest trochę toporne. Poetom wolno więcej, więc pozwoliłam sobie na potrzeby tego wpisu stworzyć nowe słowo ulubioności – jak wam się podoba?

Chciałabym dzisiaj zaprosić was do zastanowienia się nad tym, jakie są wasze ulubioności? Chcę was, drodzy czytelnicy zachęcić by ich szukać. Gdyby ktoś miał ochotę się podzielić byłoby super. Tymczasem ja podzielę się swoimi.

„My favorite things” – moje ulubioności

Dzisiaj ku mojemu zaskoczeniu zorientowałam się, że jedną z moich ulubionych czynności jest usuwanie plam mydełkiem do odplamiania i patrzenie jak znikają. Autentycznie sprawia mi to frajdę. Lubię też, gdy jest burza, obserwować błyskawice. Lubię zapach spryskiwaczy do szyb w samochodzie – już na zawsze będzie mi się kojarzył z pewną wyprawą rodzinną do Szczyrku wiele lat temu. Uwielbiam patrzeć na liście kołyszące się na wietrze, jeździć na rowerze po lesie, chodzić boso po trawie, pływać w jeziorze w czasie deszczu.

„My familly favorite things” – moje ulubioności związane z rodziną

Czytanie bajek. Dzięki dzieciom mogę wrócić do tych książek, które sama kochałam jako dziecko. Sprawia mi dużą radość, gdy podobnie entuzjastycznie reagują na te bajki, które sama lubiłam. Są to na przykład „Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy, czy „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa.

Słuchanie. Lubię przysłuchiwać się rozmowom między dziećmi, przyglądać ich sposobowi postrzegania świata.

Przytulanie. Cieszy nas przytulanie. Choć zauważam, że im my jesteśmy starsi tym bardziej chcemy się przytulać – im dzieci są starsze tym chcą mniej.

Kreatywność. Lubię patrzeć, gdy dzieci coś tworzą, choćby to była kulka z plasteliny albo sieć kolorowych kresek pod tytułem „mama”.

 

Myślę, że nasze „favorite things” są ważne. Po co nam są? Może po to, by jak mówi piosenka, kiedy przyjdą gorsze chwile, nie było nam tak smutno? By uczyć się cieszyć życiem, smakować je? By zauważać codzienne małe cuda? Macie jeszcze jakieś pomysły? Życzę wam udanej majówki!

 

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowym wpisie, napisz do mnie na adres: almadecasa03@gmail.com

 

 

 

Maska z tlenem

Rozmowa

Jakiś czas temu w moim życiu nastąpiła zmiana. Wszystko dzięki rozmowie z przyjaciółką. Wymieniałyśmy spostrzeżenia na temat macierzyństwa, związanej z nim radości, wyzwaniach i trudach. Podzieliłam się swoim marzeniem o pisaniu bloga. Opowiedziałam, że mam wiele planów i pomysłów, ale boję się je zrealizować. Zapytała – dlaczego? Odpowiedziałam, że mam głębokie przekonanie, że jeśli zacznę robić coś dla siebie to zabiorę cenny czas swoim dzieciom i mężowi. Oni na tym stracą. Co więcej myślę, że będą przeze mnie cierpieli. Wtedy ona zadała mi jedno proste pytanie:
– W razie awarii w samolocie, gdy spada ciśnienie, komu trzeba najpierw założyć maskę z tlenem – dziecku, czy  sobie?
– Odpowiedziałam – dziecku.
– Nie – zaprzeczyła – sobie!
– Naprawdę? – zapytałam z niedowierzaniem.
– Żeby uratować swoje dziecko, najpierw musisz pomóc sobie – odpowiedziała.
– Czyli przekładając to na moją codzienność – to nie będzie nic złego, jeśli zrobię coś dla siebie, zacznę spełniać marzenia?
Moi bliscy na tym nie stracą? Nie będą przeze mnie cierpieli?
– Przeciwnie, nauczysz swoje dzieci jak się dba o siebie. Jak się realizuje marzenia – usłyszałam
– one najlepiej uczą się przez przykład.

To skłoniło mnie do refleksji

Instrukcja zakładania maski z tlenem w samolocie

Po powrocie do domu chciałam sprawdzić tą informację. W Internecie znalazłam taki artykuł:

„Dlaczego, gdy w samolocie zmieni się ciśnienie, maskę należy założyć najpierw sobie, a nie dziecku?

(…) Ważne, byś pamiętał, że właśnie ta kolejność ma kluczowe znaczenie. Okazuje się, że jeśli właśnie w takiej sytuacji zawahałbyś się choć przez chwilę, a maskę założył najpierw dziecku, objawy niedotlenienia poważnie by Cię osłabiły i wprawiły w dezorientację. Sam będąc niedotleniony, mógłbyś mieć problemy z rozpoznawaniem twarzy i kształtów.  To sprawiłoby, że nie byłbyś w stanie sam sobie założyć maski, co ostatecznie doprowadziłoby do niedotlenienia i utraty przytomności. Pamiętaj – kiedy ciśnienie gwałtownie spadnie, masz kilka sekund, zanim poziom tlenu zbliży się do niebezpiecznie niskiego punktu, by założyć sobie maskę. Kiedy ty będziesz mógł normalnie oddychać, będziesz w stanie zadbać również o bezpieczeństwo twoich dzieci.” (1)

Więc to prawda! To nie jest jakiś chwyt, wymysł, teoria. To czysty pragmatyzm, od którego zależy życie moje i mojego dziecka! Po tym odkryciu poczułam, że coś w sposobie myślenia o sobie, swoim miejscu w rodzinie muszę zmienić. Dużo czasu upłynęło zanim to przyswoiłam i zaczęłam wcielać w życie. Może dla wielu z was brzmi to zabawnie, ale dla mnie wyjście z przekonania, że muszę każdą chwilę poświęcać dzieciom i ich potrzebom do przejścia w stan – jestem równie ważna co one – zajęło trochę czasu.

Wiem jedno, było to bardzo uwalniające doświadczenie. Mogę zrobić coś dla siebie i świat się nie zawali! Alleluja!

Źródło

Zastanawiałam się skąd bierze się to moje przekonanie, że robiąc coś dla siebie – zabieram coś innym. Mam kilka tropów, podzielę się z wami jednym z nich.

Od ważnej dla mnie osoby z mojej rodziny usłyszałam kiedyś takie słowa: „Natalka, jesteś taka prawdziwa „matka Polka” – nic dla siebie, wszystko dla dzieci”. Moja rozmówczyni nie miała nic złego na myśli, chciała mnie pochwalić, żebym się czuła doceniona. Powiedziała to w duchu, w którym sama została wychowana, według przekonań, które wpoiła jej zapewne jej mama. Te słowa dały mi do myślenia. A więc wzór „matki Polki”, przekazywany z pokolenia na pokolenie przez moją rodzinę jest taki: „nic dla siebie – wszystko dla dzieci”.  Moje przekonanie o tym, że robiąc coś dla siebie zabieram coś moim dzieciom, nie wzięło się z powietrza! Ucieszyłam się nawet, że te słowa padły, przynajmniej zrozumiałam skąd to mam.

Helikopter vs paznokcie noworodka

Jak wspomniałam wcześniej, zajmuję się domem. Po skończeniu studiów, kilku latach pracy, to jest teraz mój „zawód”. Jest to świadoma decyzja, tak wybrałam. Będąc w domu, czuję, że to co ważne mnie nie „omija”, pierwszy krok, pierwsze słowo. Mam też czas na refleksję nad swoim macierzyństwem, gdy widzę, że nie potrafię pomóc mojemu dziecku, porozumieć się z nim, gdy w jakiejś dziedzinie brakuje mi wiedzy czy umiejętności mam czas by to przemyśleć, zasięgnąć rady, wybrać się na warsztaty dla rodziców itp. Mam czas by rozmawiać o tym czym, żyją, o ich problemach. Byłoby mi o wiele trudniej gdybym wracała do domu po pracy o 18 lub 19. I tu, z całą stanowczością zaznaczam, że nie czuję się lepsza od mam, które pracują! Powrót do pracy dla mam to często po prostu konieczność, a czasem właśnie praca jest – „maską z tlenem”, dzięki której kobieta czuje się spełniona, zrealizowana i ma więcej „serca” do dzieci, niż gdyby była w domu. Nie twierdzę też, że nigdy nie wrócę do pracy. Po prostu na razie – nie. Mój wybór. Bycie w domu daje mi spokój i poczucie, że jestem na swoim miejscu. Nie znaczy to jednak, że jest to łatwe. Często jest po prostu frustrujące. Dam wam pewien przykład.

Przed urodzeniem dzieci miałam przyjemność pracować w Agencji Reklamowej, którą tworzy dwóch przyjaciół. Są to ludzie, którzy żyją z pasją, kochają to co robią. Bardzo ich polubiłam. Kilka tygodni po porodzie zadzwoniłam do nich zapytać co słychać?

– Super, właśnie wczoraj robiliśmy zdjęcia Warszawy z helikoptera do najnowszej reklamy. Było niesamowicie. Przepiękne widoki, zapierające dech w piersiach. A co u Ciebie?

Hmm, pomyślałam sobie, cóż ja? Największym moim sukcesem tego dnia było obcięcie mojemu dziecku paznokci. Byłam autentycznie dumna z siebie. To jest nie lada wyzwanie – obciąć pazurki na paluszkach o szerokości 5 mm, będących w stałym ruchu. Pochwaliłam się – mój szef potrafi to docenić, sam ma czworo dzieci.

Kilka lat temu, wraz z mężem wzięliśmy udział w warsztatach TSR – Trening Skutecznego Rodzica, opracowanych na podstawie książki dr. Thomasa Gordona „Wychowanie bez porażek.” Te warsztaty bardzo nam pomogły, wniosły dużo dobrego do naszej rodziny. Poznaliśmy wtedy „Piramidę Potrzeb” Abrahama Maslowa (2). Ludzkie potrzeby są różne, od tych najbardziej podstawowych, fizjologicznych jak jedzenie, potrzeba snu, po te wyższego rzędu jak potrzeba bezpieczeństwa, bycia kochanym, samorealizacji, potrzeba bycia docenionym. Jesteśmy ludźmi – mamy potrzeby. Potrzebujemy czuć się docenieni, czuć, że to co robimy ma sens. Przykład z helikopterem i paznokciami pokazuje, jak duża może być rozbieżność między poziomem zaspokojenia potrzeby samorealizacji, sukcesu w pracy i w domu. Będąc w pracy między ludźmi masz okazję do częstszej „gratyfikacji emocjonalnej” za to co robisz. Ile emocji, adrenaliny, zachwytu może wywołać lot helikopterem nad miastem? Ile emocji może dostarczyć obcinanie noworodkowi paznokci? Będąc w pracy, możesz miło porozmawiać z kolegą, zrealizować udany projekt, zostać pochwalony, wygrać przetarg. Będąc w domu, nikt Cię raczej nie pochwali za te obcięte paznokcie. Nawet jeśli (z moim mężem mamy zwyczaj chwalić się nawzajem za drobne rzeczy) one zaraz odrosną i za tydzień będziesz musiała zrobić to samo. Nikt nie „zaklaszcze” za dobrze przewiniętą pieluchę. Będziesz ich musiała tego dnia przewinąć jeszcze z pięć, pomnożone przez przynajmniej 365 – liczbę dni pierwszego roku życia dziecka. A jeszcze może przy okazji usłyszysz, że te pieluchy są złe i nieekologicznie, bo twoja koleżanka używa tetrowych i one są bardziej „eko”, albo usłyszysz od Cioci, że przewijasz krzywo, od babci, że za często, a na forum w Internecie przeczytasz, żeby w ogóle zrezygnować z pieluch. To jest temat rzeka – presja jaka dotyka współczesne mamy – kiedyś jeszcze do tego wrócę, ale nie wszystko na raz. Trudno jest z takich „czynności” czerpać satysfakcję  (choć nie twierdzę, że nie jest to możliwe). Do tego dochodzi wiele innych niespełnionych potrzeb nawet fizjologicznych, jak chociażby potrzeba snu. Nie twierdzę, że bycie w domu to wyłącznie czas frustracji i niespełnienia. Życie rodzinne też może dawać wiele satysfakcji, ale chcę zainspirować te z nas, które czują się przytłoczone codziennymi obowiązkami, by szukały rzeczy, czy takich rozwiązań, które będą dla nich wsparciem, radością, czyli waszym „tlenem”. Mi to bardzo pomogło.

Mój tlen

Moim tlenem są randki z mężem, kiedy tylko ktoś życzliwy popilnuje dzieci, spotkania wspólnoty, pisanie bloga, rozmowa z przyjacielem, spotkanie z koleżanką, wyjście na rower. Ale tlenem jest też fajnie spędzony czas z rodziną, wspólny wypad za miasto, do ZOO, do kina, czasem po prostu wspólne rysowanie czy czytanie bajek. Odkryłam, że aplikowanie sobie „tlenu” działa! Jeśli w ciągu dnia, w ciągu tygodnia w natłoku spraw i zadań udaje mi się wygospodarować czas dla siebie, mam od razu więcej energii, czułości, wyrozumiałości do moich dzieci, do męża.  Nie czuje, że poświęcam się dla nich, nie obciążam ich swoją „ofiarą” z siebie. I myślę, że im też jest lżej i radośniej.

Inspirująca refleksja Carlosa Gonzaleza

Chciałabym dodać jeszcze jedną myśl do dzisiejszych rozważań. Miałam okazję przeczytać bardzo wartościową książkę Carlosa Gonzaleza „Moje dziecko nie chce jeść”. Autor porusza tematykę żywienia dzieci, ale mówi też dużo o relacjach rodzinnych i społecznych. Padają tam między innymi takie słowa: „Jakkolwiek byś nie cierpiała, pamiętaj że twoje dziecko cierpi bardziej”(3). Pan Carlos poświęca tej myśli cały rozdział. Można ją odnieść nie tylko do kwestii żywienia, ale i do życia w ogóle. Gdy sama jestem sfrustrowana, mam mało cierpliwości dla dziecka, krzyczę, ranię je. Moje dziecko jest jeszcze małe, zależne ode mnie. Ono nie ma wpływu na to komu założę „maskę z tlenem” w pierwszej kolejności. Nie zna sąsiadek, koleżanek, a nawet gdy już zna nie może w moim imieniu poprosić o pomoc. Jeśli nie założę sobie maski – ono poniesie tego konsekwencje. Rozwijając tę myśl to jest moje zadanie, mój obowiązek szukać wsparcia, relacji które są dla mnie „tlenem” nie „gazem łzawiącym”, zajęć, pasji, szydełkowania, blogowania, pisania wierszy, wspinania na ściankę, czegokolwiek co sprawia, że jest mi lżej i czuję się radosna bo wtedy przekazuję tą radość swoim dzieciom.

Co jest twoim tlenem?

Do pisania bloga zbierałam się dwa lata. Powstrzymywało mnie przekonanie, że nie jestem dość mądra, dość dobra, albo że zabiorę coś moim bliskim. I po co? Piszę i świat się nie zawalił. Ile naszego twórczego potencjału drogie mamy marnuje się dlatego, że nie pozwalamy sobie na radość? Żyjemy w lęku? W poczuciu, że gdy robimy coś dla siebie – odbieramy coś bliskim?

Rozmowa o tym co należy zrobić w samolocie w razie niebezpieczeństwa, zainspirowała mnie do zmiany myślenia o sobie i swoim miejscu w rodzinie. Odkryłam, że nie muszę czuć się winna, mogę pozwolić sobie na radość. Robiąc coś dla siebie – robię coś ważnego dla mojej rodziny. Gdy nachodzą mnie wątpliwości, że może to nie tak, że zaraz ktoś mnie upomni, że tylko „ofiara i poświęcenie” ma sens – przypominam sobie instrukcję zakładania maski z tlenem w samolocie. To mi pozwala złapać grunt.

 

 

 

Przypisy:

  1. https://podroze.onet.pl/aktualnosci/dlaczego-gdy-w-samolocie-zmieni-sie-cisnienie-maske-nalezy-zalozyc-najpierw-sobie-a/7mshmy
  2. https://mfiles.pl/pl/index.php/Piramida_Maslowa
  3. Carlos Gonzalez „Moje dziecko nie chce jeść.” str. 16

 

Niedziela Miłosierdzia Bożego

Pogoda dopisała. Dzieci zrobiły eksperyment. Umieściły kolorowe balony nad dmuchawą, która oczyszcza powietrze w naszym domu. Balony unosiły się w górę, wirowały. Było dużo śmiechu. Spotkaliśmy się z bliskimi. Lody, spacer. Zuzia ucieszyła się z kasku, który dostała od wujka. Różowy – jej ulubiony kolor. Spodobał jej się tak bardzo, że założyła go na spacer mimo, że szła bez roweru, na piechotę. Plac zabaw tętnił życiem. Spotkaliśmy sąsiadów z dziećmi. Piękny, słoneczny dzień.

W Syrii – atak broni chemicznej. Ofiary to ludność cywilna. Głównie kobiety i dzieci.

Jezu Miłosierny miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

 

Iz 42, 1-4

Jezus Zmartwychwstał Alleluja!

„Łagodny baranek”, ktory ofiarował się za nas w Wielki Piątek, dzisiaj tryumfuje z mocą!

Iz 42, 1-4

„Oto mój Sługa, którego podtrzymuję.
Wybrany mój, w którym mam upodobanie.
Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął;
On przyniesie narodom Prawo.
Nie będzie wołał ni podnosił głosu,
nie da słyszeć krzyku swego na dworze.
Nie złamie trzciny nadłamanej,
nie zagasi knotka o nikłym płomyku.
On niezachwianie przyniesie Prawo.
Nie zniechęci się ani nie załamie,
aż utrwali Prawo na ziemi,
a Jego pouczenia wyczekują wyspy”.
Urzeka mnie w tym fragmencie poetycki opis natury Bożej miłości. Bóg będąc wszechmocny, wszechpotężny, zwycięski, jest jednocześnie łagodny, delikatny i czuły…

Alleluja!

Jesteśmy tłumem dobrych ludzi?

Dziś chcę poruszyć kolejny bolesny temat. Myślę, że współgra z dramatyzmem ewangelicznego Wielkiego Piątku.

Jakiś czas temu miałam okazję obejrzeć film zatytułowany: „Płacz Syrii”. Zainspirował mnie do napisania poniższego wiersza. Film nakręcony został w 2017 roku. Jest o wojnie, która trwa od 2011 roku, między prezydentem Baszarem al-Asadem, a opozycją. Dokument pokazuje codzienne życie Syryjczyków. Ich cierpienie, rozpacz, ale i nadzieję. Ich miłość do ojczyzny, codzienną walkę o chwile „normalności” w ekstremalnych warunkach. Wzruszyła mnie scena, w której dzieci jadą na jeden z ocalałych pośród zbombardowanego miasta, plac zabaw. Są beztroskie, szczęśliwe, śmieją się, bujają na bujaczkach, kręcą na karuzelach. Po czym muszą wracać w pośpiechu – zbliża się kolejny atak bombowy. Ktoś bliski powiedział mi – „nie patrz na to. Jesteś wrażliwa. Tam są drastyczne sceny.” Nie posłuchałam. Po co mi moja wrażliwość, jeśli odwracam wzrok od cierpiącego? Na co mi moja wrażliwość, na co mi mój katolicyzm? Chcę patrzeć! Chcę mieć świadomość tego, co Ci ludzie przeżywają i dlaczego decydują się na emigrację?

 

Wzgardzony

 

Nie było miejsca

abym się narodził

Jednak

żyję

W ciągłej ucieczce

przed nienawiścią

Widziałem, jak się topią

mój ojciec i siostra Adab

Ich łódź przybiła do innego brzegu – mówi mama

Są teraz tam w górze

Mieszkamy

w mieście puszek

Zamknięci

Dłoń przy dłoni

Oddech przy oddechu

Przez dziurę w puszce

widzę kawałek błękitu

Adab jest szczęśliwa

Biały obłok na błękitnym niebie

Macham do niej

Zasnąłem

Śni mi się biały,

potężny ptak

Na jego skrzydłach wzbijam się w górę

ponad miasto cieni

Lecę

Nad lasy, jeziora, drogi, domy

Z wysoka dostrzegam

na zielonej od szczęścia ziemi

dzieci biegają dookoła światła

klaszczą w ręce,

Kolorowe sukienki, lizaki i lody

Widzę tłum ludzi

Zniżamy lot

Chcemy lądować

Lecz silny podmuch strąca nas w otchłań

Tłum

dobrych ludzi

patrzy, jak spadam

Budzę się z krzykiem

Zimno

Adab płacze

ulewnym deszczem

 

 

Pobito dziewczynkę

Jeden z ulubionych reżyserów mojej mamy – Alfred Hitchcock mawiał, że dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. Hitchcock był wybitnym reżyserem. Ciekawe czy byłby dobrym blogerem? 🙂
Rozważałam czy kierować się tą zasadą w pisaniu bloga? I zdecydowałam, że nie. Na spokojnie, zacznę od jakiegoś lekkiego tematu – pomyślałam. Ale nie dało się! Po prostu muszę napisać o pewnym incydencie, który bardzo mnie poruszył. Jakiś czas temu w Warszawie na dzielnicy Ochota, dorosły mężczyzna pobił 14 – letnią dziewczynkę tureckiego pochodzenia. Był to atak na tle rasowym, tak dotkliwy, że dziecko wylądowało w szpitalu.
Dwa tygodnie temu, na dwa dni przed planowanym w Warszawie marszem antyrasistowskim, z tych samych powodów pobito chłopca w klasie mojego dziecka. Tym razem agresorem było inne dziecko. Pobity chłopczyk jest Azjatą. Na szczęście nie skończyło się szpitalem, ale chłopiec miał obrażenia na ciele. Ma on dopiero kilka lat a już został pobity za swoją odmienność! Nie wiem, czy to jest dla Was jak trzęsienie ziemi? Dla mnie jest. Tak się składa, że incydent z dziewczynką zainspirował mnie do napisania wiersza. Niedawna bijatyka w szkole, sprowokowała mnie by go opublikować. Dedykuję go wszystkim, którzy w moim ukochanym kraju, doświadczają przemocy i dyskryminacji na tle rasowym.

Pobito

Justyna spóźniona –
korek
na Marszałkowskiej.
Sunął
pochód ulicą,
rozwiane włosy,
sztandary na wietrze,
pobito dziewczynkę,
Roma upuściła różaniec,
zamknęli Kaśkę
w szkolnej toalecie.
Julia z torbą
zakupów,
Anna wyszła z kina,
pobito dziewczynkę,
Renata dopijała
cappuccino latte.
Ze srebrnego ekranu
dobrze brzmiały
słowa potępienia
czynów haniebnych.
Pobito dziewczynkę.
Majka
siedziała w pracy
po godzinach.
Msza w intencji ofiar,
dumna młodzież
wstała z kolan,
pobito dziewczynkę
zapobiegawczo,
dla ostrzeżenia
jej podobnych
dziewczynek.
Pobito dziewczynkę,
żebyśmy
się miały na baczności.
Pobito dziewczynkę.

W naszym kraju
rasizm potępiamy
słownie

Cieszy mnie inicjatywa antyrasistowskiego marszu, który w sobotę 17 marca przeszedł ulicami Warszawy. Coraz częstsze akty agresji wobec osób innej narodowości pokazują, że tego typu demonstracje są w Polsce potrzebne. Tak jak ważna i potrzebna jest nasza codzienna mozolna praca. Po to, by wychowywać dzieci w szacunku dla innych, bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry czy religię. By były otwarte na ludzi. By były ciekawe świata. Ważne jest byśmy wpajali dzieciom, ale przede wszystkim sami żyli prawdą, że człowiek zasługuje na szacunek nie ze względu na swoją przynależność do danego narodu, stanowisko, pozycję społeczną, stan konta, elokwencję, aparycję, zdolności wokalne, aktorskie, charyzmę, pobożność etc., ale dlatego że jest człowiekiem.

Alma de casa

Skąd pomysł na taką nazwę bloga? Już wyjaśniam. Wiele lat temu miałam przyjemność wziąć udział w wymianie studentów w ramach programu Socrates Erasmus. Wyjechałam na pół roku do Hiszpańskiego miasteczka Cuenca w rejonie Castilla la Mancha. Poznałam tam bardzo sympatyczną dziewczynę o imieniu Elwira, która pochodziła z Madrytu. Zaprzyjaźniłyśmy się i po kilku tygodniach zaprosiła mnie do swojego rodzinnego domu. Muszę przyznać, że jestem zachwycona Hiszpanią. Kolorowym, pełnym słońca i muzyki, krajem. Bardzo się cieszyłam, że mogę ten kraj poznać „od środka”. Nie jak przejezdny turysta, zwiedzający w pośpiechu, według ustalonego przez biuro podróży, napiętego planu, ale jako student tamtejszej uczelni. Mogłam poznać Hiszpanię, jej piękny język, mieszkańców, ich zwyczaje, kulturę, będąc pośród nich, będąc blisko. To była wspaniała przygoda. Mama Elwiry przyjęła mnie pyszną paellą na obiad i tamtejszym przysmakiem o nazwie „flan” – na deser. Po całodziennym zwiedzaniu, byłam oczarowana Madrytem. Rozmawiałyśmy chwilę. Gdy miałyśmy kłaść się spać, zapytałam Elwirę – czym się zajmuje jej mama?  (¿Quién es tu mamá?) Elwira odpowiedziała, przynajmniej tak usłyszałam – Ella es alma de casa – ona jest „duszą domu”. Zdążyłam pomyśleć – ojej, jak Hiszpanie pięknie mówią na kobiety zajmujące się domem! Alma de casa?- powtórzyłam, żeby się upewnić. Jednak Elwira mnie poprawiła mówiąc – ¡No! Ella es ama de casa. Czyli jednak nie! Zwyczajnie się przesłyszałam. Jej mama jest „kurą domową”!  Po hiszpańsku „ama” – oznacza kura. Słowo „kura” i „dusza” różnią się od siebie tylko jedna literą. Zaśmiałam się. Elwira spojrzała na mnie wyraźnie zirytowana. Przepraszałam ją tłumacząc, że to zabawnie brzmi i u nas też mówi się „kura domowa”, ale widać było, że mój śmiech sprawił jej przykrość. Zastanawiałam się później czy nazwa „kura” jest właściwa dla określenia kobiety opiekującej się domem i rodziną. Przecież ona nie tylko „wysiaduje pisklęta” – daje jeść, pić i mości gniazdo przed pójściem spać. Ale robi o wiele więcej. Dba o rozwój dzieci, emocjonalny, intelektualny, duchowy. Dba o męża, partnera. Dba by domownicy byli zdrowi, dobrze się odżywiali. Tworzy atmosferę domu, nie tylko przez jego wystrój, ale też przez to jak zwraca się do domowników, jak okazuje im czułość, szacunek, bliskość. Wkłada w to wszystkie swoje talenty i umiejętności (włącznie ze zdolnościami do regeneracji bez snu – na przykład, gdy dziecko choruje), swoje zdolności do negocjacji, rozwiązywania konfliktów, kojenia ran (od stłuczonych kolan i zdartych łokci po zranione serduszka). Dzieli się swoją wiedzą, miłością, ciepłem, troską, swoim pięknem. Czy do osoby, wykonującej te i wiele innych rzeczy, których tu nie wymieniłam, pasuje określenie – „kura domowa”? Dla mnie – „dusza domu” jest o wiele bardziej adekwatne. I myśląc o mamie Elwiry, która tamtego dnia włożyła wiele pracy i serca by mnie, przybysza z innego kraju, ugościć. Stworzyła ciepłą, bezpieczną atmosferę. Nakarmiła, przenocowała – wolę myśleć o niej, jako o „alma de casa” – „duszy” tamtego domu. Dzisiaj sama zajmuję się domem i rodziną. Chcę o sobie mówić i myśleć, że jestem „duszą” mojego domu. „Soy el alma de mi casa”.

Cześć!

Cześć! Jestem Natalia, zamierzam pisać blog.  Potrzebowałam sporej zachęty bliskich, żeby się odważyć. I stało się!

Drodzy czytelnicy – miło, że jesteście.

Zamierzam umieszczać na blogu swoje wiersze. Nie mogły wytrzymać w szufladzie, postanowiły zobaczyć trochę świata. 😊 Pozwoliłam im, szczerze przyznam, że je lubię.

Niniejszym przedstawiam pierwszy z nich:

 

Wiosna

 

Odkładałam

siebie

na później

 

Aż przyszedł

dzień

 

nie mogłam powstrzymać

wezbranej

wiosny

 

Tak właśnie ze mną było, wiele obowiązków, wiele pilnych spraw do załatwienia… ale dosyć tego odkładania!

Zima odeszła, jest wiosna!

Drodzy czytelnicy, gorąco zachęcam Was do czytania. Zapnijcie pasy, będzie się działo!

Do zobaczenia w następnym wpisie.