One second winners

Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w Polsce w sprawie aborcji z powodu ciężkich i nieodwracalnych wad płodu lub nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, na ulice miast wyszły wzburzone tłumy. Mijają kolejne tygodnie, a w ludziach nadal wrze. Gorący od zaciekłych dyskusji jest także Internet. W międzyczasie na światło dzienne wychodzi prawda o tuszowaniu afer pedofilskich przez największe autorytety kościelnej elity – to wstrząs! Tłem dla trwającej w Polsce zawieruchy jest ogólnoświatowe tornado związane z pandemią wirusa SARS CoV-2. Wszyscy odczuwamy utrudnienia związane z lockdownem. Żyjemy z dnia na dzień niepokojąc się o zdrowie swoje i bliskich. To przytłacza. Przyznam, że wszechobecny zaciekły konflikt, upadek autorytetów plus wyzwania związane z codziennością życia w czasach pandemii sprawiają, że trudno mi się odnaleźć. W zgiełku, który panuje najbardziej zatrzymuje mnie głos tych, których sprawa aborcji eugenicznej najbardziej dotyka – osób z niepełnosprawnością i ich bliskich. Mówią o swoim bólu, o niewystarczającym wsparciu, o osamotnieniu, lęku, głębokim smutku jaki budzi w nich zaciekła walka o aborcję dzieci z niepełnosprawnościami, wadami – odczytują to tak jakby współczesny świat nie chciał ich samych. W ferworze bitwy na argumenty i wzajemne oskarżenia niepokoi mnie przybierające na sile zjawisko uprzedmiotowienia. Ważne, żeby osoby z niepełnosprawnością i ich rodziny były podmiotem wspólnej troski, a nie przedmiotem sporu, w którym każda strona chce udowodnić tej drugiej, że lepiej broni ich interesów. Prawda jest taka, że i jedni i drudzy robimy dla nich za mało.

Słyszeć ich głos

Z relacji osób, które od lat zaangażowane są w pomoc niepełnosprawnym wyłania się spójny obraz braku odpowiedniego wsparcia dla tego środowiska.

Ksiądz Isakowicz Zaleski, w rozmowie z KAI powiedział, że Kościół ma duże braki w otaczaniu osób z niepełnosprawnością i ich rodzin opieką. Powiedział, że parafie nie traktują tego zagadnienia jako swój problem. Zauważył, że pomoc można organizować w ramach duszpasterstw akademickich, wspólnot oazowych czy innych ruchów i grup parafialnych. To ważne by Kościół odpowiedział na ten apel.

Siostra Małgorzata Chmielewska w rozmowie dla TVN 24 zauważyła, że gdyby zapewnić kobietom lepsze wsparcie, wybór „za życiem” byłby łatwiejszy.

Ważny problem sygnalizuje Olga Ślepowrońska, która jest inicjatorką projektu „Spa dla Mam”. Bardzo często matki i dzieci z niepełnosprawnością zostają porzucone przez ojców. Mężczyźni odchodzą. Kobiety zdane na siebie wypadają ze wszystkich form wsparcia bo nie mają sił ani czasu na podtrzymywanie więzi społecznych. Często przypina się im łatkę „herosek”. Olga w wywiadzie dla portalu Uroda Życia, mówi, że to nie są „heroski” , ale kobiety, które mają takie same potrzeby jak wszyscy. Superbohaterowie radzą sobie sami i nie potrzebują wsparcia. Nazywając kogoś „herosem” odbieramy mu ludzkie cechy i wtedy trudno nam trafnie ocenić ciężar problemów, które musi pokonywać.

 

Przyzwyczaić się do wykluczenia

Jedno z dzieci moich przyjaciół Patryka i Wioli ma syndrom Downa. Kiedyś Patryk powiedział – Wiktor zaczyna coraz więcej rozumieć. Widzi na podwórku, że dzieci się od niego odwracają, izolują go. – Co wtedy robisz? – zapytałam – Co mogę zrobić?- odparł – przytulam go. Musi się przyzwyczaić do wykluczenia – skonkludował. Patrzyłam na bawiącego się z moimi dziećmi małego Wiktora, który przyznaję z dumą, jest moim chrzestnym synkiem i chodziły mi po głowie takie pytania: Jak my dorośli radzimy sobie psychicznie z wykluczeniem? Kiepsko. To boli! Jak można nauczyć dziecko przyjmować wykluczenie? Dlaczego w ogóle dzieci mają się tego uczyć? Czy nie lepiej gdyby pełnosprawne dzieci uczyły się akceptacji? Tak, zdecydowanie lepiej, ale w gruncie rzeczy wiem, że Patryk ma rację. Tak już będzie. Dzięki temu, że sam potrafi podejść do tego ze spokojem i akceptacją może być dla chłopca wsparciem. Wiktor ma wspaniałych rodziców. Co ja mogę zrobić dla niego? Zadbać o ten kawałek świata, na który mam wpływ, o moją rodzinę, otoczenie. Uczyć moje dzieci akceptacji i szacunku wobec niepełnosprawnych.

Wykluczenia są różne. Osobę poruszającą się na wózku wyklucza wysoki krawężnik czy brak windy, niewidomego elektroniczny system kolejek, który wyświetla numerki w przychodniach. Ale doświadczenie odrzucenia w grupie rówieśników jest chyba najtrudniejsze do uniesienia. Szczególnie dla dzieci. Świadczy o tym chociażby film dokumentalny z 2015 roku pod tytułem: „Ocalił mnie LARP” (LARPing Saved My Life) Opowiada on historię Johna Gallaghera z zespołem Aspergera. LARPing, a więc „live action role-playing”, jest grą polegającą na wcielaniu się w rozmaite fikcyjne postaci i odgrywanie zmyślonych historii. Matka opowiada jak jej chory syn doświadczył wykluczenia ze strony rówieśników ze względu na swoją chorobę. To sprawiło, że nie chciał żyć. Było dosłownie tak jak w tytule, życie Johna uratowała gra i związane z nią środowisko, które przyjęło go takim jaki jest. Rodzice chłopca, którzy tak wiele przeszli mięli na dokładkę jeszcze to – dramat patrzenia jak ich dziecko, o które walczyli ze wszystkich sił, nie chce żyć. Bogu dzięki za LARP-a! Czy to dla nas zdrowych nie jest jednak smutna konkluzja? Co my robimy tym rodzicom, tym dzieciom naszą obojętnością?

„Och jak bardzo wam współczuję”

Od 2010 roku, po śmierci matki Dorota Łodziak opiekuje się dwiema niepełnosprawnymi siostrami: Asią i Ulą. Rodzina ma fanpage na Facebooku: Siostry Łodziakówny – walka o zdrowie.W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” ( Wysokie Obcasy Extra 12/2019 Nr 12 (91) Dorota porusza między innymi kwestię tego jak jej siostry są postrzegane przez otoczenie. :”Bardzo nie lubię ciągłego ubolewania, jakie one są biedne, upośledzone, jak cierpią. Oczekuję, że inni dostrzegą w dziewczynach potencjał – osoby z niepełnosprawnością jako elementem ich życia, a nie tym co je jednoznacznie określa.” – zaznacza. Współczucie to piękna rzecz, ale łatwo się z autentycznego współodczuwania omsknąć w jego karykaturę – litowanie się, które nie niesie dobra. Ma moc jedynie sprawić, że sam ze sobą poczuję się lepiej gdy przyznaję w duchu – „ jak ja im współczuję” w podtekście – jaki jestem dobry. Litość może ranić. Może kogoś przygwoździć do ziemi, wgnieść w wózek. Jeśli chcemy autentycznie komuś pomóc nie możemy startować z pozycji „tych lepszych” bo wtedy żerujemy na czyimś bólu. W podejściu do osób z niepełnosprawnością trzeba przyjąć inną perspektywę.

 

One second winning child

Mniej więcej rok temu miałam sen, który zrobił na mnie tak duże wrażenie, że do dziś go pamiętam. Śniło mi się, że siedziałam przy kawiarnianym stole i rozmawiałam z przyjacielem. Opowiedział mi historię: „Stoję na ulicy ze znajomymi, podchodzi do nas chłopak. Ni z tego ni z owego pyta – Czy wy jesteście głusi? Żadnego „cześć, mam na imię”, od razu wyjechał z takim tekstem! Wkurzyła mnie jego impertynencja. Odparłem – moja siostra jest głucha i jest „one second winning child”. Poprosił żebym wyjaśnił co to znaczy? Odparłem – gdy Bóg patrzy na nas, moją rodzinę, to przez jedną sekundę zanim spojrzy na innych najpierw patrzy na nią. Zawsze patrzy najpierw na nią. Gdy nieznajomy usłyszał moją odpowiedź zdębiał i odszedł – skończył opowiadać kolega”. To sformułowanie „one second winning child” – zostało we mnie po przebudzeniu. Próbowałam je zrozumieć. Dla chłopaka ze snu jego niepełnosprawna siostra była pierwsza w łasce u Boga. Nie zazdrościł jej tego, po prostu stwierdził fakt.

Winnersi!

Czy jest tak, że kochający Bóg patrzy na wszystkich, ale najpierw na osoby z niepełnosprawnością? Nie wiem. Ale chyba możemy przyznać, że jest o nich szczególnie zatroskany, szczególnie w nich zakochany? Może tak być? Siostry Dominikanki z Broniszewic, które prowadzą dom dla niepełnosprawnych chłopców mówią o swoich podopiecznych: „Dzieci Niedoskonałe rodzą się po to, abyśmy mieli na ziemi ambasadorów takich wartości jak: bezinteresowna miłość, nieocenianie, nieszufladkowanie, brak uprzedzeń, bezgraniczne zaufanie, brak podziałów. Wciąż uczę się od Nich takiego życia. Za takim światem wciąż tęsknię. Choć jego namiastkę mam będąc z NIMI. Dbajmy o NICH, bo bez NICH świat będzie nie do wytrzymania”. (https://pl.aleteia.org/2018/) Może faktycznie to my mamy się od nich uczyć bezinteresowności, otwartości czerpać inspirację do lepszego życia. Może nawet więcej: uznać ich za pierwszych? Tych, którzy winni być w centrum naszej uwagii?

 

Tona wsparcia

Przyjaciel zaproponował mi koordynowanie jednej ze zbiórek w projekcie #zawieszoneziemniaki, który dedykowany jest między innymi organizacjom wspierającym rodziny osób z niepełnosprawnością. Zgodziłam się z radością. Z prowadzonych w ramach akcji zbiórek pieniądze trafiają do rolników, którym dotychczasowi odbiorcy odmówili współpracy ze względu na pandemię. Rolnicy rozwożą wykupione w ten sposób ziemniaki do różnych instytucji. Beneficjentami „Zawieszonych ziemniaków” są między innymi Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych w Laskach, podopieczni siostry Małgorzaty Chmielewskiej i Fundacji „ Domy Wspólnoty Chleb Życia”, mieszkańcy Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Broniszewicach, „Nie marnujemy. Wspieramy! Warszawa.”, które jest częścią projektu „Spa dla MAM” zainicjowanego przez Olgę Ślepowrońską. Wspieramy także domy samotnej matki i domy dziecka. Nasz fanpage –https://www.facebook.com/. Jak mówi inicjator akcji Łukasz Badowski w wywiadzie dla Gościa Niedzielnego https://warszawa.gosc.pl/doc/: „działamy ponad podziałami”. To mnie kręci! Wspólne działanie w służbie innym bez pytania o poglądy. Życie bez dzielenia ludzi na „naszych” i „nie naszych”. Bruno Schultz napisał :”Bo czyż pod stołem, który nas dzieli, nie trzymamy się wszyscy skrycie za rece?”. Żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie musielibyśmy wznieść ręce ponad stół. Zróbmy to, a nuż okaże się, że się trzymamy? W każdej chwili możemy zacząć budować wokół siebie przestrzenie solidarności i życzliwości. I to się dzieje. Powstają wspaniałe inicjatywy jak na przykład pomysł sióstr spod Warszawy, które na Facebooku założyły stronę, „Pomogę mamie dziecka z niepełnosprawnością”, na której mamy w trudnej sytuacji i osoby chcące pomóc mogą zamieszczać ogłoszenia. Stowarzyszenie „Dwie Kreski”, które zajmuje się pomocą kobietom w ciąży w będącym w trudnej sytuacji zanotowało w ostatnich dniach rekordową liczbę zgłoszeń do wolontariatu. To jest piękne!

Mamy różne talenty i predyspozycje. Ktoś będzie umiał zapukać do niepełnosprawnej sąsiadki i zaoferować pomoc, komuś będzie łatwiej koordynować zbiórkę, zostać wolontariuszem, albo po prostu zrobić przelew na organizację pomocową. Mamy tak wiele możliwości. Niepełnosprawni są dla mnie „one second winners” w takim znaczeniu, że są szczególnie umiłowani przez stwórcę, a naszym zadaniem jest troska o nich i uważność na ich potrzeby. Ich miejsce nie jest na peryferiach społeczeństwa ale w jego centrum. 

 

__________________________________________________________________

https://www.facebook.com/mamaalmadecasa/

Wywiad z siostrą Małgorzatą Chmielewską: https://tvn24.pl/polska/protesty-po-orzeczeniu-trybunalu-konstytucyjnego-w-sprawie-aborcji-siostra-malgorzata-chmielewska-komentuje-4739959

Rozmowa księdza Isakowicza Zaleskiego z KAI https://ekai.pl/ks-isakowicz-zaleski-w-kosciele-potrzeba-systemowego-wsparcia-dla-osob-niepelnosprawnych/

 

Rozmowa Olgi Ślepowrońskiej z Uroda Życia: https://urodazycia.pl/styl-zycia/olga-slepowronska-pomaga-od-15-roku-zycia-teraz-organizuje-latajace-spa-dla-mam-124595-r1/?fbclid=IwAR0HXQ-uzGCmzg_EKK-0Vwo3dXODPHsh4-v4Kl3-tvTQPVwJd9s2LNLn6vc

Fotografia: Patryk Łebek. Copyright

Dzień nauczyciela w czasach pandemii

Zawsze najbardziej wzruszało mnie ciche dobro. Zwyczajne, codzienne, które trwa bez względu na okoliczności i nie dopomina się o uwagę. Gdy doświadczę czegoś takiego mam ochotę wykrzyczeć swoją wdzięczność. Dziś chcę ogromnie podziękować  nauczycielom, dyrektorom, paniom szatniarkom, pracownikom oświaty.
Ponad pół roku temu pandemia wywróciła nasze życie do góry nogami. Podczas lock downu musieliśmy odnaleźć się w świecie na nowo, przeorganizować dotychczasowe zajęcia. Życie zgotowało nam niezapowiedziany egzamin z elastyczności, dporności na stres, zdolności adaptacyjnych, z empatii i wielu innych umiejętności. Dla dorosłych to był bardzo trudny czas, ale dzieci także wiele kosztował. Zostały one zamknięte w domach. Przez jakiś czas były pozbawione możliwości wyjścia nawet do parku czy na rower i co najtrudniejsze  pozbawione kontaktu z rówieśnikami. Pandemia zabrała dzieciom szkołę. Początkowo było to dla nich powodem do radości, ale szybko to uczucie ustąpiło miejsca tęsknocie. Po czasie wszyscy, dzieci i rodzice, zaczęliśmy patrzeć na szkołę inaczej niż na przykry obowiązek. Zaczęło jej bardzo brakować. Nie przeczę były plusy nowej sytuacji. Kiedy wszyscy byliśmy razem w domu 24 godziny na dobę, czas który do tej pory poświęcaliśmy na dojazdy można było przeznaczyć na wspólną zabawę, pogłębienie relacji. Tyle, że rodzice byli  nie zawsze dostępni i nie zawsze w dobrej formie… dla wielu rodzin te kilka tygodni było trudną  walką o przetrwanie. Myślę, że nawet w domach, w których mimo lock downu sytuacja była stabilna finansowo i emocjonalnie, po dłuższym czasie wszyscy mieli już serdecznie dość odosobnienia.
To co przeżywali rodzice w domach pracując zdalnie i jednocześnie opiekując się dziećmi można było obejrzeć na filmikach krążących po sieci. Mój ulubiony to ten z wywiadem eksperta dla BBC. Podczas wejścia live, który transmitowany był prosto z domu, do pokoju wdarły się dzieciaki, a za nimi spanikowana mama, która chwyciła latorośle i je stamtąd pośpiesznie wyciągnęła.  https://www.rmf24.pl/ciekawostki/news-dzieci-przerwaly-wywiad-dla-bbc-musicie-to-zobaczyc,nId,2367266
 
Tego typu filmy i memy, choć zabawne, dawały jedynie nikłe pojęcie o codziennych zmaganiach  rodziców. Jedna z koleżanek pisała do mnie  w marcu: „Nie jest łatwo ogarnąć wszystko w domu jednocześnie, pracujemy oboje zdalnie i jeszcze dzieci, do tego dom, więc czasami już nie daję  rady, ale musimy to jakoś przetrwać. Dzisiaj wzięłam pół dnia wolnego, żeby skupić się wyłącznie na dzieciach i rodzince:)”
W pierwszym tygodniu, podczas którego szkoły i przedszkola zostały zamknięte zaczęło się testowanie różnych form zdalnego kontaktu. System Librus, wykorzystywany do tej pory sporadycznie, stał się głównym narzędziem komunikacji rodzic – szkoła. Potem testowano platformy oferujące spotkania grupowe on – line. Pamiętam, że przez pierwszy tydzień nawet nie włączyliśmy Librusa. Potrzebowaliśmy odnaleźć się w nowym położeniu, przetrawić to co się dzieje, zebrać myśli. Postanowiliśmy, że dla higieny psychicznej całej rodziny wrzucamy na luz. Na szczęście okazało się, że u nas w szkole w tym pierwszym tygodniu niewiele się działo. Gdy słyszałam od znajomych, że u nich nauka idzie już pełną parą i dzieciaki są przytłoczone zadaniami, byłam zdziwiona. Jakby nic się nie stało, a przecież stanęliśmy nagle wobec globalnego lęku o przyszłość. Nawał pracy jaka spadła na dzieci w pierwszych dniach pandemii to nie liczenie się z dziećmi, ich psychiką i potrzebami. Wszystkim należała się chwila oddechu. Później gdy nabraliśmy sił szybko nadrolbliliśmy zaległości. Podczas pierwszej lekcji on – line wychowawczyni nie zaczęła od listy zadań i prac domowych, ale od pytań: „jak się czujecie? „, „co u was słychać? „. Dzieci dostały wiele wsparcia w słowach: „rozumiem was, mi też jest trudno, ale pamiętajcie zawsze jestem tu dla was gdybyście potrzebowali”, „będziemy w tym razem”, „zawsze możemy porozmawiać”. Dopiero następnego dnia odbyły się „normalne” zajęcia. Wychowawczyni, mimo początkowych problemów technicznych, udało się poprowadzić lekcje. Dzieci łączyły się codziennie o wyznaczonej porze on- line i wraz z panią przerabiały materiał. My rodzice, nie musieliśmy siedzieć i tłumaczyć zasad gramatyki i ortografii, uczyć rozwiązywania coraz bardziej skomplikowanych zadań matematycznych – to wszystko robiła nauczycielka. Uczyła i potrafiła zmobilizować do systematycznej pracy.  Moje najstarsze dziecko na sytuację zamknięcia i zagrożenia wirusem zareagowało bardzo dużym lękiem do tego stopnia, że bało się w ogóle wychodzić na zewnątrz. Systematyczna praca w wirtualnej szkole podtrzymywała na duchu. Z relacji znajomych wiem, że dla dzieci bardzo ważny był codzienny regularny kontakt przynajmniej on- line z rówieśnikami. Stałość, regularność, to że pani dała radę i naprawdę była z nimi, dało dzieciom w czasie największego chaosu i lęku poczucie bezpieczeństwa. Wesprzeć dziecko w czasie kiedy wszystko się wali i nic nie wiadomo, dać mu poczucie bezpieczeństwa – to  bardzo dużo. Wesprzeć dziecko i przez to dać wsparcie całej rodzinie, zabrać rodzicom z barków nauczanie domowe, przy wszystkich wyzwaniach codzienności z jakimi się mierzą  – to bardzo  dużo! Tak nasza pani wsparła nie tylko dzieci ale i nas – rodziców.
Szczęśliwie dotrwaliśmy do końca roku szkolnego. Potem przyszły wakacje, które dały chwilę oddechu. Mimo to jak nigdy wypatrywałam z utęsknieniem września. Chyba nie byłam w tym odosobniona.
Euforia września udzieliła się wszystkim. Gdy patrzyłam na pełne entuzjazmu kolorowe korowody rodziców i dzieci jadących rano do szkoły – rowerami, hulajnogamj, deskorolkami – serce rosło. W mury szkolne znów wrócił gwar i śmiech. Radości ze spotkań z kolegami i koleżankami z klasy nie było końca. Znajoma nazwała tą euforię – „efektem lock downu” . Opisała, że jej nieśmiałe dzieci, które ociągały się co rano przed pójściem do szkoły, teraz wstawały chętnie, a po chwili były zwarte i gotowe do wyjścia, a od progu szkoły żegnały się zwykłym „no to cześć”.

Mojemu dziecku zdarzyło się nawet raz rozpłakać, gdy zdecydowałam, że nie pójdzie do szkoły bo ma katar. Płakało za szkołą!

Początek września i powrót do szkół nie był taki jak zwykle też z innego powodu. Rodzice, dzieci i pracownicy szkoły musieliśmy nauczyć się funkcjonowania w reżimie sanitarnym, przestrzegania zasad, organizacji ruchu. I tu ogromny podziw dla dyrekcji i pracowników szkoły. Jak bardzo trudny i emocjonalnie napięty był to czas wiedzą chyba tylko oni sami. Ja byłam świadkiem tylko kilku sytuacji: chłopca, który zrobił awanturę nauczycielkom, bo noszenie maseczki na korytarzu i w szatni narusza jego wolność osobistą. Rodziców dyskutujących dlaczego parking dla rowerów jest zamknięty w przedszkolu, a potem gdy już został otwarty awantura jednego z ojców, że przecież przez ten parking dzieci się pozarażają (te same dzieci, które widza się cały dzień w przedszkolu). Pani szatniarka, która do tej pory miała dość spokojne zajęcie nagle stała się kluczowym pracownikiem szkoły koordynującym ruch setek zdezorientowanych rodziców i uczniów. Szczerze podziwiałam jej cierpliwość i sumienność przy pilnowaniu, żebyśmy faktycznie wszyscy zdezynfekowali ręce i żeby żadne dziecko nie wyszło ze szkoły samo, bez zgody rodzica na piśmie. Wszystko to robiła ze stanowczością ale i pięknym uśmiechem. Ona także dała nam poczucie bezpieczeństwa.

Teraz jesteśmy w chwili gdy pandemia rozkręca się niepokojąco szybko. Dobowy przyrost chorych jest niebezpiecznie wysoki. Znów nie wiadomo co będzie ze szkolą? Z paru rozmów wiem, że nauczyciele są na skraju wytrzymałości, od miesięcy żyją w sporym stresie. Spoczywa na nich duża odpowiedzialność i czują się zdani sami na siebie.

Pracownicy służb medycznych dostali oklaski i bardzo słusznie. Jestem mamą i przepełnia mnie wdzięczność dla nauczycieli, pracowników szkół którzy wspierają dzieci jak mogą najlepiej, często zmagając się z lękiem o własne zdrowie, z trudnymi emocjami i dezorientacją rodziców i uczniów. Wykonują sumiennie powierzone im zadania, co w czasie niepewności jutra ma bardzo duża wartość. Dzisiaj biję brawo pracownikom oświaty i z okazji ich święta życzę im zdrowia, satysfakcji z pracy i aby doświadczyli w życiu wiele dobra.

Dzień dziewczynek 11.10.2020

Moja córka co wieczór prosi bym opowiedziała jej przed snem: ”Czerwonego  Kapturka”. Bardzo nie lubię momentu, w którym mama wysyła córkę do babci przez las i mówi: „tylko nie rozmawiaj po drodze z nieznajomym”. Myślę sobie: dziewczynka zaraz pójdzie do lasu, spotka wilka i „porozmawia”, po czym zostanie zjedzona i to będzie jej wina, bo przecież mama jej mówiła. Tyle, że pewnie wcześniej słyszała też inne rzeczy, jak na  przykład to, że trzeba być grzeczną, miłą, ładnie odpowiadać gdy ktoś pyta, że to nie ważne czy chcesz dać buziaka na powitanie cioci czy babci, masz dać bo inaczej dorosły się obrazi. Może dostała czasem klapsa, albo regularne lanie. Może słyszała, że dzieci i ryby głosu nie mają i mnóstwo innych rzeczy, które stawiają ją na przegranej pozycji już na starcie. Już w momencie w którym chwyta za koszyk i przekracza próg domu. To dziecko jest tak niepewne siebie, że zupełnie nie ufa swoim odczuciom. Nawet gdy widzi wilka w łóżku babci, zamiast brać nogi za pas, idzie prosto w jego paszczę. Ta bajka wcale nie kończy się happy endem. W oryginalnej wersji spisanej przez Braci Grimm wilk pożera dziewczynkę i tyle. Zakończenie z leśniczym, który rozpruwa brzuch wilka i ratuje niewiasty zostało wymyślone później. Ta  bajka uwiera, daje do myślenia. Mobilizuje by wychowywać córkę tak, by wiedziała, że nie musi być miła, może ufać swoim odczuciom, ma prawo podnosić alarm gdy coś ją niepokoi. Chcę żeby znała swoje granice i umiała ich bronić. To dla mnie ważne. Chciałabym ją nauczyć, że jej emocje mają znaczenie i komunikują coś ważnego. Wszystkie bez wyjątku, nawet gniew, który mam wrażenie jest otoczony jakąś aurą tabu. Jakby był emocją nie na miejscu, która szczególnie  nie przystoi  dziewczynkom. A właśnie, że przystoi!

Dzisiaj dzień dziewczynek. Jestem matką wspaniałych córek i świętujemy!

 

 

Say something…

Wpis muzyczny :). A czemu nie ;)?

 

Na początku nie lubiłam Justina. Nie kręcił mnie amerykański POP lat 90-tych, ani jego gwiazdy. Britnej, Take That, N Sync, Backstreet Boys itp. O Timberlejku myślałam: kolejny słodki, lukrowany chłopiec. Ale…kilka razy mi zaimponował. I zmieniłam zdanie.

Zaczęło się od piosenki napisanej do ścieżki dźwiękowej do filmu „Trolls” pt. „Can’t stop the filling” – zachwycił mnie i sam kawałek i  teledysk. Klip ma ciekawe przesłanie. Tańczą w nim ludzie w różnych codziennych sytuacjach. Kobieta w pralni,  ekspedient w sklepie, biznesmen, fryzjer.  Szara codzienność tych ludzi zmienia się pod wpływem muzyki, która ujawnia drzemiącą w nich radość i energię. Życzę sobie takiej energii na co dzień. „Supcio chrupcio” jak mówią moje dzieciaki.

Kolejnym odkryciem była dla mnie piosenka „Say something”. Po pierwsze piękna, po drugie z ciekawym przesłaniem – gdy jesteś gwiazdą, sławą, wszyscy o tobie wszystko wiedzą i można być tym zmęczonym. Mieć dość ciągłej atencji i bezustannego nagabywania: „no powiedz coś,  powiedz coś”. Z jednej strony trudno się temu oprzeć, to uwielbienie milionów wciąga jak rytm piosenki. Gdy każde twoje słowo jest jak złoto, nie ważne co powiesz, zaraz się ukaże w milionach egzemplarzy, w gazetach w Internetach itp. można się w tym zatracić. Justin konkluduje „może czasem najwięcej można powiedzieć nie mówiąc nic”? I jeszcze jedno zdanie z tej piosenki zwróciło moją uwagę: „maybe I’m looking for something I’can’t have” – „Może szukam czegoś, czego nie mogę mieć”. Wokalistów, aktorów, wszelkiej maści celebrytów, ludzi z współczesnego Parnasu traktujemy jak pół- bogów. Mam wrażenie, że świat nieustannie ich konsumuje. W zamian za ubóstwienie zjada ich żywcem. Ocalić w celebrycie człowieka  może..cisza, przyznanie  – nie mam nic do powiedzenia… , ja też mam swoje „I can’t have” – braki, tęsknoty, niespełnienia.  Jestem pod wrażeniem dojrzałości tego utworu i jego przekazu.

 

Trzeci moment, w którym artysta mi zaimponował to wtedy gdy po doniesieniach jednej z  gazet, że przyłapano go w klubie z koleżanką w dwuznacznej sytuacji, publicznie przeprosił swoja żonę. Powiedział też, że wstyd mu także ze względu na syna. Wie, że on uczy się traktowania kobiet od ojca i nie chce być dla niego złym przykłądem. To jakiś ewenement. Nie słyszałam żeby ktoś z celebrytów zrobił coś podobnego. Podziwiam! Małżeństwo Justina przetrwało próbę. Spodziewają się drugiego dziecka. Gorąco im kibicuję.

 

Jest jeszcze jedna, rzecz za którą wokalistę darzę  sympatią. Jest bardzo podobny do mojego brata. Wygląda jak jego wersja blond (tak, tak, mam super przystojnego brata i do tego żonatego z superpiękną bratową 🙂 Nie tylko ja tak uważam. Moje pociechy widząc raz teledysk Justina powiedziały – Ojacie jak wujek ładnie śpiewa! 😉

 

Oceniłam Justina i wrzuciłam w szufladkę, której myślałam, że nigdy nie otworzę. A tu proszę. Zaczęłam ostatnio wracać do kawałków z jego młodości. Znalazłam taką perełkę:

https://www.youtube.com/watch?v=QUuKvHHt8Sk&list=RDDksSPZTZES0&index=26

 

Tekst prosty, „Jesteś szalona” wersja POP, ale co tam. Teledysk to mistrzostwo animacji. Muza super, a to co Justin robi w trzeciej minucie (dokładnie 3:40) zamienia POP w Stoner  Rocka (którego  uwielbiam) – poezja! Cieszę się, że odkryłam Timberlejka na nowo.

 

Dnia pełnego dobrych wibracji.

Pozdrawiam!

 

 

Madonna jakiej nie znacie

Dzisiaj na blogu gościnnie Ania Skrzypczak. Gdy ostatnio rozmawiałyśmy zaimponowała mi swoją wiedzą na temat Madonny. Zachęciłam ją by napisała artykuł. Zapraszam do lektury.

„Będzie to rewolucja polegająca na myśleniu o sobie, posiadaniu własnej opinii, nieprzejmowaniu się opinią innych. Będzie  to rewolucja polegająca na zadawaniu  pytań, na niezamartwianiu się zdobywaniem poparcia u innych, na tym, że nie pragniesz być kimś innym, ale jesteś zadowolony
w pełni z tego, kim jesteś. Kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym, nieustraszonym.
(…) Chcę rozpocząć rewolucję miłości ”

#SecretProjectRevolution – Madonna jakiej nie znacie

Madonna, a właściwe Louise Ciccone urodzona 15 sierpnia 1958 r. w USA, uznawana jest za ikonę muzyki pop. To oczywiste . Powszechnie znana jest z kontrowersyjności i przełamywania barier. To oczywiste. Nazywają ją królową muzyki POP. To oczywiste. Mówią, że jej muzyka, taniec, koncerty są satanistyczne i głosi nadejście Antychrysta. To oczywiste. Skandalistka, narzędzie w rękach diabła, nieprzyzwoita demoralizatorka. To oczywiste. Wyzywająca, eksponująca seksem, prowokatorka. Oczywiste.

Równie oczywiste jest też to, że kiedy czytasz o Madonnie niemal automatycznie przypisujesz jej w większości negatywne cechy, a gdy słyszysz jej muzykę nasuwają ci się klasyczne „Like a Prayer” czy „La Isla Bonita”. Do tego przeżywasz mieszane uczucia, niekiedy dość silnie, lub pozostajesz emocjonalnie obojętny.

Wyczuwasz doskonale, że ludzkie emocje stanowią ogromną siłę. Są wielkim i nośnym pokładem energii, wspomagają nasze działania, ale również potrafią generować nasze lęki i osłabiać kondycję zarówno psychiczną, jak i fizyczną. Najgorzej zaś jest wtedy, kiedy nie potrafisz poradzić sobie ze swoimi emocjami, gdy nie wiesz jak i gdzie je ulokować, gdy tą najprostszą formą ich przeżywania staje się agresja, złość, obwinianie innych, frustracja. Tracisz poczucie bezpieczeństwa i szukasz najbardziej wygodnej dla siebie strefy komfortu, która czy prawdziwa czy nie, ma spełnić swoje zadanie. Przywrócić ci pewność siebie i poczucie bycia lepszym od innych. Ma nieustannie zaspokajać twoje ego.

Chcę zaprosić cię w pewną podróż i zarazem zadać ci kilka pytań. Będzie to podróż odwołująca się do twojej świadomości, która być może skłoni cię do zadawania pytań, do dociekliwości, do odwagi, do odpowiedzialności. Do tej podróży zapraszam cię z Madonną, ale nie z tą Madonną, którą znasz z mediów, z sensacyjnych publikacji czy z opinii publicznej, tylko z Madonną jakiej nie znasz, a jaką możliwe, że jest w rzeczywistości.

Czy kiedykolwiek pomyślałeś o Madonnie inaczej niż wszyscy? Nieoczywiste.

Przez ponad 30 lat obecności na scenie Madonna wypracowała i stała się twórcą swojej marki, można powiedzieć nawet, że stała się muzą sama dla siebie. Przez ponad 30 lat ta sama wizja, ten sam rodzaj widowiska, ta sama forma zmienna o tyle, że z roku na rok dojrzalsza w swoim wyrazie ze względu na doświadczenia i fakt samorozwoju. Madonnę charakteryzuje tytaniczność pracy oraz obserwacja połączona z patrzeniem wybiegającym w przyszłość.

Jeżeli artysta jest artystą i czuje się artystą, a nie tylko wykonawcą czegoś, co jest przypisane danej dziedzinie, jednocześnie staje się twórcą i odtwórcą tego kim jest, co przeżywa,  wyraża siebie i  stara się zwerbalizować, zwizualizować swoje obserwacje.

Pedagogika uczy, wiedzą o tym nauczyciele, że każde dziecko jest artystą. Każde dziecko jest utalentowane, a zadaniem nauczyciela jest dostrzegać jego talenty i we właściwy sposób je szlifować czyli ukierunkowywać. Dobry nauczyciel to nauczyciel, który choć jest obecny to pozwala uczniowi rozwijać się  i umacnia go w jego zdolnościach, który  pozwala dziecku odkrywać, a nie odtwarzać, który zaszczepia w dziecku ciekawość. Zły nauczyciel będzie uczył kopiowania umiejętności przynależnym każdemu uczniowi i rozumienia świata poprzez jedną jego interpretację, własną interpretację nauczyciela.

Madonna uznaje sztukę jako rodzaj nauki, w której będąc jej autorem, uczy, choć nie daje gotowych rozwiązań. Wyraża siebie, przedstawia swoje obserwacje, ale jednocześnie pozostawia sporą przestrzeń do ich interpretacji, ma zaś jeden cel. Chce przyczyniać się do tego, aby ci, którzy ją oglądają i słuchają stawali się lepszymi ludźmi. Jednym z głównych, nazwijmy to haseł scenicznych ( życiowych również) Madonny są jej słowa:

„Nie ważne kim jesteś, nie ważne co zrobiłeś, nie ważne skąd jesteś, zawsze możesz stawać się lepszą wersją siebie”.

Madonna i nawoływanie do „bycia kimś lepszym”? Ona w ogóle może uczyć czegokolwiek?

Myślisz, że to żart albo przynajmniej w pierwszym odruchu zastanawiasz się „co to za groteska?”. I dobrze. Jeśli się zastanawiasz to znaczy, że zaczynasz być ciekawy i że być może za chwilę zapragniesz zadać kolejne pytanie…

Żyjemy w trudnych i przerażających niekiedy czasach.

Każdy z nas z pewnością, w ten czy w inny sposób, miał do czynienia z różnego rodzaju przemocą, prześladowaniami, widzimy i dotykamy upadku natury ludzkiej kiedy doświadczamy lub obserwujemy otaczającą nas wrogość, dyskryminację, alienację, stygmatyzację, niesprawiedliwość, nietolerancję, biedę, choroby, wojny militarne i religijne czy na idee, wyniszczanie świata przyrody, bestialstwo, polityczne dyskursy i układy, kryzysy gospodarcze, wyzysk, marazm i obojętność na ludzkie potrzeby, katastrofy żywiołowe. Wszystko to sprawia, że z jednej strony bardzo tęsknimy i szukamy bezpiecznej przystani, z drugiej strony przestajemy widzieć więcej niż czubek własnego nosa. Stajemy się, a może bardziej przywykliśmy wręcz, do stawania się coraz mniej ludzkimi istotami, doświadczamy namacalnie procesu „odczłowieczania” ludzkości, gubimy humanitarność, gubimy miłość, gubimy szacunek do świata i szacunek do drugiego człowieka, gubimy siebie. Żyjemy coraz bardziej nie żyjąc, wegetujemy, choć przekonani jesteśmy o naszej świetności i słuszności naszych przekonań. Postępując podle i bezczelnie depczemy  codziennie wszystko i każdego, kto jest inny niż my, wytykamy palcami, wyśmiewamy, plotkujemy, gardzimy. Sami sobie piekło tworzymy i gotujemy je innym. I jakże trudno nam zauważyć, że nikt inny, ale to my czynimy zło. Nie chodzi mi tutaj o myślenie w kontekście grzesznej natury człowieka, ale w kontekście świadomych działań, jak i tych, nad którymi nie panujemy bo wcale ich nie widzimy. Bo nie potrafimy być autorefleksyjni, bo najłatwiej i najwygodniej jest nam widzieć zło i wroga w kimś innym, a nie w nas samych. A kiedy ktoś inny, o innych poglądach wszelkiego rodzaju, mówi nam o tym, jak widzi i czuje to, co się dzieje wokół niego, niemal po chwili zamieniamy się w potężną twierdzę otoczoną grubymi murami z armatami gotowymi do wystrzału, kiedy tylko na to terytorium ów intruz postawi swój krok.

Jeden z koncertów Madonny odbył się na Stadionie w Polsce w Warszawie. Wówczas bardzo szerokie grono bojkotowało go, próbowano sprawić, aby ten koncert nie tylko się nie odbył, ale wręcz ci, którzy szli na niego byli atakowani przez przeciwników Madonny.

Jedna z tras koncertowych Madonny nosiła tytuł „The Confessions Tour” czyli po naszemu „trasa spowiedzi”. Tę trasę charakteryzowała spowiedź, rozumiana jako przyznanie się do tego, jak bardzo my jako ludzie  zagubiliśmy się, jak bardzo staliśmy się niewrażliwi, jak bardzo brakuje nam empatii, współczucia i odwagi, by czynić dobro. Łatwiej jednak było nam widzieć Madonnę jako gorszącą satanistkę, która uzurpuje sobie prawo, by być  jak Jezus wiszący na krzyżu, zamiast zrozumieć dlaczego na nim postanowiła „zawisnąć” i zaśpiewać. Był to m.in. starszy utwór „Live to Tell” wydany w 1986 r. Faktycznie Madonna, podczas tej konkretnej trasy wykonuje go, będąc przymocowana do krzyża. Na głowie ma koronę cierniową. Zapewne już czujesz jak złość i gęsia skóra przeszywa twoje ciało. Myślisz, jak to? Nie zgadzam się, żeby taka Madonna śpiewała w koronie cierniowej. Słuszne twoje oburzenie ponieważ nikt z nas nie jest i nie będzie tym, kim był  i jest Jezus (niezależnie od tego czy w to wierzysz czy nie). Dlatego pod koniec utworu Madonna ściąga tę koronę, z szacunkiem i ukłonem kładzie się na scenie w pozycji krzyżowej. Podczas całego zaś utworu w tle pojawiają się cytowane fragmenty z Biblii oraz obrazy afrykańskich dzieci, dokładnie z Malawi, które cierpią z powodu Aids i skrajnej biedy. Na koniec utworu wyłania się w tle znów cytat z Biblii:

„cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich, Mnieście uczynili”. (Mt 25,40)

W 2006 roku po raz pierwszy Madonna wyjechała do Malawi. Tam zobaczyła rozpaczliwe ubóstwo, śmierć, brak perspektyw, dzieci żyjące na ulicy. Kilka lat później, w 2017 r. otworzyła tamże szpital pediatryczny, któremu zapewniła środki i sprzęt, sprowadziła też specjalistów, organizowała szkolenia. To miejsce ma nie tylko leczyć, ale również przeciwdziałać szerzeniu się choroby, ma zapobiegać Aids, w miejscu gdzie większość z dzieci nie dożywa 2 roku życia z powodu braku dostępu do ochrony. Edukacja i rozwój świadomości społecznej wg. Madonny stanowią najbardziej skuteczne narzędzia, dzięki którym człowiek czyni i zmienia świat na lepszy.

„Jeżeli dzieci są przyszłością to muszą być naszym priorytetem (…) jestem tu by ci powiedzieć, żebyś nigdy nie rezygnował z walki o to, w co wierzysz, bo ostatecznie miłość przezwycięża wszystko”
– mówiła podczas oficjalnego otwarcia placówki, którą jest szpital pediatryczny imienia Mercy James, imienia jej adoptowanej córki.

W tym czasie kiedy wraz z innymi walczyła, aby ten szpital powstał  i mógł funkcjonować długofalowo, adoptowała czworo dzieci z Malawi. Nie wszystkie na raz rzecz jasna, ale kolejno z biegiem czasu. Dziś Madonna jest matką dwojga swoich biologicznych dzieci oraz czworga adoptowanych z sierocińca w Malawi. Obecnie mierzy się z zamiarem kolejnej adopcji.

Macierzyństwo dla Madonny jest jednym z najgłębszych i największych jej pragnień. Dla niej bycie matką nie polega jedynie na wychowywaniu i zapewnianiu opieki oraz środków do życia.
Ona chce być kim więcej i zarazem kimś, za kim sama tęskniła przez całe niemal swoje życie. W wieku zaledwie pięciu lat straciła matkę. Od tamtej pory głód matki i głód miłości jest bardzo silny w Madonnie. Nie tylko chce być kochaną, ale chce obdarzać miłością, której nigdy nie miała, a którą chce uczyć się dawać. Dziś Madonna mówi wprost (w licznych wywiadach): „im więcej masz dzieci, tym lepszym jesteś rodzicem”, sama zaś pochodzi z wielodzietnej rodziny.

Przy tej okazji powiem ci ciekawą rzecz dotyczącą nurtującego wiele osób pytania, dlaczego Madonna to Madonna? Odpowiedź jest bardzo prosta, ponieważ mama Madonny miała na imię Madonna, dlatego właśnie Louise Ciccone przybrała artystyczne imię po swojej matce, przynajmniej w ten sposób mogła „czuć” obecność i miłość matki w jej życiu. Wielokrotnie Madonna „pokazywała siebie” leżąc u grobu swojej matki. Dosłownie leżąc, bo kiedy kładła się u jej grobu, potrafiła zasnąć. To był rodzaj przytulenia się do matki i bycia z nią, choć dla Madonny, jako córki,  bardzo niełatwy. Zapewne myślałeś, że Madonna jest Madonną bo stawia się w miejscu matki Jezusa lub, że wyśmiewa Boską Matkę. Nic z tych rzeczy. W wielu swoich piosenkach Madonna odwołuje się do Maryi nazywając Ją Matką Marią, w pełnym rozumieniu matczyności i poświęcenia Matki Boga, a nie w szydzeniu z Niej, ani też nie próbując zająć Jej miejsca w swoim artystycznym wyrazie. Dlatego też rozczula mnie widok Madonny w kapciach,  przytulającej i kołyszącej swoje dzieci, gdzieś w korytarzu, kiedy jedno z dzieci gra na gitarze, wspólnie śpiewają „Hallelujah”, a drugie leży wtulone w  jej ramiona. To taka prosta i zwyczajna czułość.

O czułości z kolei, wspominała nie tak dawno temu dość trafnie nasza noblistka, Olga Tokarczuk, kiedy odbierała swoją nagrodę.

Potrzebujemy czułości i potrzebujemy być czuli, nie wstydząc się tego. Czułość to nasze człowieczeństwo. Nie chodzi mi jednak o czułość w rozumieniu jedynie jako dotyku, ale o czułość obejmującą każdą dziedzinę naszego życia, od relacji, poprzez komunikację, po działania. Czułość wiąże się z wyrozumiałością, cierpliwością, szacunkiem, empatią, wdzięcznością i życzliwością i pełnym zaangażowaniem. Można powiedzieć, że czułość to najwyższy stopień miłości. Czułość daje nam poczucie bezpieczeństwa i wewnętrznego spokoju, wycisza emocje i wzmacnia nasz umysł. Zaprzeczeniem czułości jest stosowanie przemocy na każdej płaszczyźnie (fizycznej, psychicznej, duchowej, seksualnej) i wyrządzanie krzywdy.  Za tym, co nie jest czułością w nas i co nie jest miłością kryje się tylko jeden czynnik, któremu na imię „lęk”.

W Biblii jest napisane „ten kto się lęka nie wydoskonalił się w miłości (…) doskonała miłość przewyższa lęk”(1 J 4, 18).

Kiedy otacza nas lęk czujemy niepokój i strach, a te z kolei prowadzą w krótkiej linii do agresji i wrogości. Ostatecznie lęk staje się nie tylko wewnętrznym odczuciem, ale stanem, w którym poruszamy się i przybiera konkretną postać. Tej postaci na imię zło. Jesteśmy źli wobec tych, którzy wydają nam się być inni, jesteśmy źli kiedy znajdujemy sobie wroga i wszystkie nasze wysiłki ukierunkowane są na to, aby go zdetronizować, zdominować i przegonić. Posiadając wroga możemy zaaplikować mu wszelką naszą toksyczność, sami stając się tak toksyczni, że tracimy z oczu cel naszego życia. Dla każdego z nas ten cel jest inny. Myślałeś może kiedyś jaki masz cel w życiu? Nie mam znów na myśli czegoś, o czym być może pomyślałeś w pierwszej kolejności, jak np. kariera zawodowa, czegoś czysto materialnego. Mam na myśli coś znacznie więcej…

Czy wiesz, po co jesteś tu na Ziemi, tu i teraz?

Jeżeli masz wątpliwości co do istnienia tego celu, pragnę cię uspokoić. Każdy ma swój cel, pytanie czy ty sam chcesz i potrafisz go nazwać. Niestety jest taka część ludzi, którzy żyją bez celu. Rzecz jasna wydaje im się, że realizują swoje cele, zazwyczaj jednak dotyczą one planów krótkoterminowych i wiążą się z zadaniami, które należy wykonać. To ogromna szkoda, kiedy człowiek nie ma celu, kiedy nie stara się znaleźć sensu. Szkoda, bo taka  osoba nie może wykorzystywać swoich talentów, przestaje się rozwijać jako człowiek i niekiedy ulega ogólnemu zniechęceniu, marazmowi, a nawet depresji. Niekiedy też fakt bezcelowości ma ogromny wpływ na to, w jaki sposób traktuje innych, często krzywdząc i raniąc.

Wspominałam już o istnieniu przemocy w świecie. Tu należy zmienić retorykę.

Rzecz w tym, że to nie świat stosuje przemoc, ale człowiek i jego działania, a to ma wpływ na świat. Zdarza się tak, że często najpiękniejsze wartości i idee potrafimy wyrażać takimi słowami i w taki sposób, że stają się one antywartościami i antyideami, a kiedy świat stara się nam zwrócić na to uwagę, wzbiera w nas złość i rozpoczynamy swoją wojnę ze światem i z innymi ludźmi. Drażni nas inność i rozwściecza do granic czerwoności każda forma sprzeciwu skierowana do nas, bo przecież jesteśmy pewni i przekonani o słuszności swojej racji, swojej opinii. Staramy się dyskryminować wszystko, co jest inne. Nie przyjmujemy do wiadomości innych rozwiązań niż tylko te, które są nam znane, lub które w naszym rozumieniu są właściwe i powinny obowiązywać każdego.

I broń Boże, żeby ktokolwiek pokazywał nam to wszystko publicznie i widowiskowo i jeszcze czerpał z tego jakąkolwiek korzyść. Buzuje w nas lęk, buzują emocje. Boimy się, że ktoś wydrze nam z rąk cały nasz system funkcjonowania i nasz świat oczywistości.

W 2013 r. Madonna zdecydowała się rozpocząć pewien projekt. Słowo „rozpocząć” nie jest tu do końca trafne, gdyż ten projekt w istocie realizuje od ponad 30 lat. Jest to projekt, który kieruje do każdej ludzkiej istoty. Dotyczy on ludzi czarnych i białych, żółtych, chrześcijan, muzułmanów, Żydów, osób heteroseksualnych, homoseksualistów, grubych, chudych, ułomnych, bogatych, biednych, artystów, autystów. Dotyczy ciebie.

Wszyscy jesteśmy sobie równi, mamy te same prawa, te same potrzeby. Jesteśmy zależni od siebie i razem stanowimy całość tego świata, jak i przyszłego. Nie ma takiego człowieka, który nie chciałby być szczęśliwy, kochany, wolny i bezpieczny. Wszyscy zasługujemy na miłość, wszyscy po coś tu jesteśmy, wszystkich nas obliguje to samo prawo, prawo miłości bliźniego.

Nie będziemy mogli w pełni cieszyć się życiem, ani być zadowolonymi z siebie, jeżeli nie będziemy tego jednego prawa przestrzegać. Dopóki nie  będziemy nieustannie pracować nad sobą, nie będziemy opanowywać emocji, nie będziemy stawiali czoła naszym lękom, nie będziemy szczęśliwi. Nie zrealizujemy siebie, nie będziemy żyli pełnią życia. Dopóki podziały ważniejsze będą od człowieka, dopóki przez przemoc wyrażać będziemy nasze starania, dopóki nienawiść będzie wyższa, niż umiejętność obdarowywania miłością, dopóty nigdy nie będziemy naprawdę wolni. Ten kto jest wolny, pozwala na wolność innym. Zniewolony zaś będzie chciał zniewalać innych, ograniczać ich kreatywność i tłumić talenty. Zniewolony będzie nakazywał milczeć. Wolny jest ten, kto potrafi odważnie oddychać pełną piersią. Do oddychania potrzebujemy otwierać usta.

Weź głęboki oddech, usiądź wygodnie i odetchnij.

Zapraszam cię razem z Madonną do obejrzenia 17 minutowego filmu, projektu, który jednocześnie jest artystycznym wyrazem Madonny. Zapraszam cię do odwagi w pokonywaniu siebie i swoich ograniczeń. Zapraszam cię też do czynnego udziału w braniu odpowiedzialności za siebie i innych, do zaangażowania w stawanie się lepszym człowiekiem. Człowiekiem świadomym i zadowolonym z tego, kim jest. Człowiekiem wolnym od lęku przed innością. Człowiekiem bardziej zadającym pytania, rozumiejącym i współczującym, niż osądzającym. Człowiekiem budującym mosty i troszczącym się o wspólne dobro.  Poniżej podaję więc link do filmu-projektu z polskim tłumaczeniem.

Na koniec jeszcze pragnę podziękować ci za odwagę czytania tego tekstu i wytrwałość.
Mam też głęboką nadzieję, że twoja podróż do twojej świadomości nie zakończy się z chwilą obejrzenia #SecretProjectRevolution Madonny.

Życzę Ci z całego serca, abyś kontynuował swoją podróż i stawał się coraz bardziej silnym sterem swojego okrętu. Tam dokąd dopłyniesz, tam znajdziesz swój cel.

Powodzenia!

Pozdrawiam serdecznie, Anna Skrzypczak ?

 

Link do # SecretProjectRevolution
https://www.youtube.com/watch?v=6NmvFJ7BxyE&fbclid=IwAR0YNpzGtUmixt_N0LCdxrt5BgDW43ZUWJgGapnpg2cW_QAU4g-mDP_zJ54

Pozostałe linki:
(w przy ustawieniach możesz kliknąć w opcję wyświetlania tekstu w jęz. angielskim)

Otwarcie Szpitala w Malawi
https://www.youtube.com/watch?v=PwMPIB5exew&fbclid=IwAR30puvTAfffivojQAJh26Ra1bt74bsN4ysdyrHZqS6FJR_jFSP9oZpJD-c

– Adopcja i wizyta w Malawi
https://www.youtube.com/watch?v=7lhVxYhLe6s&fbclid=IwAR1a5vquu0JM741QiSMRYdVt9BI1J6YBQ4FZ1pzM3DkmfXgslATLWEV4Pgk

„Live to tell” z trasy „Confessions Tour”
https://www.youtube.com/watch?v=2JvK3U2gpsQ

– z FB : czułość Madonny
https://www.facebook.com/watch/?v=2646084675672231

Zdjęcie pochodzi z Pixabay

 

cz3. nowy początek

„Budzi mnie dzwonek telefonu. Słońce wpada z impetem do pokoju, razi w oczy.

– Słucham?

– Halo Adam!

– Cześć tato.

– Wszystko dobrze?

– Tak w porządku, czemu pytasz.

– Szukałem Cię.

– Ale dlaczego? Czy coś się stało?

– Dzwonię złożyć Ci życzenia. Dziś Wilekanoc i twoje urodziny.

– Co? …a, tak, dopiero się obudziłem, zapomniałem….

– Co ci mówi serce?

– Chyba się przesłyszałem?

– Pytam, jak z sercem, wszystko ok.?

– A…tak! Nigdy nie było lepiej!”

fin!

cz2. spotkanie

„Coś się zmieniło. Nadal nie wiem gdzie jestem, ani co się ze mną dzieje? Poruszam się po omacku, idę…a raczej ktoś mnie  niesie? Tak. Dopiero teraz dociera do mnie, że poza mną ktoś tu jest. Ból zaczyna ustępować. Jest odrobinę jaśniej.

– Bolało Cię?

– Tak. Skąd wiesz?  – pytam mocno zdezorientowany.

Nie rozumiem co się stało i z kim rozmawiam? Wstydzę się zapytać.  Jego obecność wydaje się teraz taka oczywista. Jakby tu był zawsze. Czuję się … bezpiecznie.

– Byłem, przy tobie.

– Słucham?

– Wtedy, kiedy myślałeś, że nikt nie słyszy, słyszałem cię.

– Dlaczego nic nie odpowiedziałeś?  – mówię z wyrzutem. Po chwili znów mi wstyd. Nawet nie wiem z kim rozmawiam?

– Jestem przy tobie zawsze, także  w miejscu, którego się najbardziej boisz – w twojej samotności.

Na samo wspomnienie przenika mnie dreszcz. Znów mam na końcu języka, żeby spytać – kim ty w ogóle jesteś? Zamiast tego wyrzucam z siebie – Co? W tym paskudnym bunkrze, z którego właśnie się wydostałem? Nawet mi nie przypominaj…

– Nie wydostałeś się, nadal tu jesteśmy.

– Co? – słowa grzęzną mi w gardle – Jak to? – rozglądam się nerwowo.

– Jestem z tobą w twojej samotności.

– Ale nie czuję się samotny, gdy jesteś przy mnie – mówię machinalnie.

– Gdybyś nie doświadczył samotności, skąd wiedziałbyś jak ona smakuje? A teraz wiesz. Jesteś tu i spotkałeś mnie?

– Tak

– Bywałeś tu wcześniej prawda?

Normalnie z nikim nie rozmawiam o tym co czuję, nie umiałem dotąd tego nazwać, ale teraz…widzę więcej,  rozumiem to co się ze mną działo.

– Nie wiem czy kiedykolwiek tak naprawdę stąd wyszedłem? – odpowiadam szczerze – Czasem udaje mi się to miejsce czymś przesłonić, zagłuszyć. Wydaje mi się wtedy na chwilę, że ono nie istnieje. Ale jednak jest…

– To jest dla Ciebie trudne?

-Tak, bardzo.

– A teraz? Gdy jesteś tu i wiesz, że jestem tu z tobą zawsze… czy to coś zmienia?

– Tak, to zmienia wszystko – gdy kończę mówić zalewa mnie spokój. Mam go w każdej komórce ciała. Oddycham głęboko, tak jakbym nigdy dotąd nie oddychał naprawdę.

– Już czas wracać.

– Dokąd?

– Czeka na ciebie nowy dzień – jego słowa dodają mi otuchy. Gdzieś zniknął lęk.

Zdobywam się na odwagę by zapytać – Kim jesteś?

– Znasz odpowiedź. Jest tu…-  mówi wskazując na moje serce…”

cdn

bunkier

„Chciałbym uciec. Nie być tutaj. Być gdzieś indziej, choć na chwilę. Nie daję rady. Wiem co by powiedzieli: „Patrzcie go! Wiedziałem, że się rozsypie”, „frustrat”, „histeryk”… nie chcę by ktokolwiek wiedział. Gdy ich spotykam silę się na uśmiech. To moja jedyna broń. Cały się za nim chowam. Nic mi nie jest. Przecież „faceci nie płaczą”. Czuję, że coraz mniej mi to wychodzi. Z każdym dniem coraz bardziej widać, że coś ze mną nie tak. Muszę się wziąć w garść. Tak, zrobię to! Wezmę się! Tylko jak? Nawet nie bardzo rozumiem co się ze mną dzieje. Żeby choć dało się za czymś schować, za jakimś skrawkiem pozoru. Przestaję panować nad mimiką. Uśmiech zmienia się w nerwowy grymas. Już ścigają mnie ciekawskie spojrzenia. Będę dla nich tematem do rozmów, ocen. Wymykam się sobie spod kontroli. Nie mam już nic poza wstydem. Nie znoszę siebie. W pustym pokoju walę pięścią w ścianę: tak jestem słaby, przybity, zdołowany, zagubiony i jestem z tym cholernie sam!

Tkwię zamknięty w jakimś bunkrze, nie ma drzwi, okna, znikąd światła. Jak się tu znalazłem? Nie chcę tu być! Czy ktoś mnie w ogóle słyszy? Jak stąd wyjść? A jeśli tu zostanę? Wpadam w panikę, czuję dotkliwy ból.”

cdn.

 

 

 

Pamiętnik z kwarantanny. Czerwone headline-y


Wszystko jest wyraźniejsze. Każde słowo modlitwy, każda rozmowa. Wszystko stało się bardziej konkretne. Wyodrębniła każda chwila.

Grabię liście, pestki śliwek, puste muszelki po zeszłorocznych winniczkach, dotykam dłońmi ziemi…chyba pierwszy raz z takim przejęciem.  Chcę smakować każdy moment. Doświadczać, chłonąć świat wszystkimi zmysłami, jakby na zapas. Nawdychać się go, nadotykać, gładzić dłonią miękkie pączki dopiero, co budzącej się ze snu natury. Ależ się zdziwi, gdy się zbudzi! Nie zobaczy nas w parkach, na skwerach i w lasach. Czy będzie tęsknić?

Co rano wita mnie przytłaczająca jak betonowy sufit rzeczywistość. Otwieram oczy myśląc –„znowu budzę się w czasie, kiedy „to” się dzieje”. Zanim włączę się do życia, uruchomię medialny szum informacji – już je widzę. Czerwone headline-y, na których jego nazwa odmieniana jest przez wszystkie przypadki. Czuję, jakby mi ktoś wszczepił czip, zaprogramował pierwszą akcję po uruchomieniu systemu: załaduj headline z wyboldowaną nazwą, ze stale rosnącym szeregiem liczb. Żeby, choć jeden dzień nie usłyszeć o tym, o czym jeszcze kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia, że istnieje.

Zabawnie wyglądamy z naszymi planami. Powiadomienia w telefonie: kontrola u dentysty, basen, spotkanie klasowe – brzmią niestosownie i nieadekwatnie. Zapisane w czasie, gdy trudno było wyobrazić sobie, że staną się nieosiągalne.

Wyłapuję masę nieistotnych szczegółów. Oglądam ciekawy wywiad, na zakończenie prowadzący spotkanie podaje zaproszonemu gościowi rękę na pożegnanie. O rety! Nie mają rękawiczek! – Spokojnie to program nakręcony pół roku temu, jeszcze można było sobie bez obaw podać rękę.

Inaczej niż dotąd odbieram muzykę. Mocniej, głębiej. Nie słucham na co dzień Beaty Kozidrak, ale jej piosenka, w której śpiewa: „nie odnajdzie więcej nas ta sama chwila”, brzmi proroczo i metafizycznie. Każda chwila jest złotem.

Ograniczeni przestrzenią karmimy się sobą. Staliśmy się dla siebie chlebem powszednim. Zacieśniamy więzi. Uczymy się przyjmować wszystko to, co nam w drugim smakuje i to, co drażni. Uczymy się zbawiennej sztuki poprzestawania na tym, co mamy. Świat dzięki temu stał się trochę lżejszy, a może to my zmaleliśmy, a wraz z nami nasze potrzeby.

Dookoła rozlewa się mrok. Złaknieni jesteśmy promyków światła. Dzieci – posłańcy światła, biegają, dźwięczą radośnie, pełne życia, energii, nadziei.

Żyjemy jednocześnie w dwóch równoległych rzeczywistościach. Trudniej niż kiedykolwiek, mimo odosobnienia oddzielić „tu” od „tam”. Serce nam bije do tego, co wewnątrz i do tego, co na zewnątrz. Myśli krążą w czterech ścianach, by za chwilę wyruszyć do Chin, USA, Wielkiej Brytanii, Włoch i wrócić do nas bez odprawy celnej mijając granice, wprost do naszego salonu. Zasiadamy do stołu, pora na kolację. Świat zmalał, wypełnił przestrzeń pomiędzy zielonymi ścianami a oknem balkonowym. Słońce jest coraz niżej. Minął kolejny dzień.

 

 

 

 

Oswoić lęk

Opowieści pomagają oswoić rzeczywistość. Dziś krótka historia o…śmierci.

Było dwóch braci. Ich dzieciństwo przypadło na czas wojny. Nie było łatwe. Ojciec wychowywał ich żelazną ręką. Przetrwali wojnę. Podrośli, pożenili się. Zamieszkali obaj w tym samym mieście. Starszy miał troje dzieci. Młodszy nie doczekał się potomstwa. Lata mijały. Bracia wspierali się całe życie. Starszy odszedł wcześniej. Miał 65 lat gdy zmarł. Młodszy długo nie mógł dojść do siebie po jego śmierci. Bardzo go kochał. Później sam zaczął chorować. Zawsze był bardzo emocjonalny. W trakcie spotkań z rodziną dzielił się różnymi życiowymi „mądrościami”. Czasem mówił składnie czasem mniej. Z wiekiem w trakcie mówienia zapominał co chciał powiedzieć, gubił pointę. Był moim wujkiem a jego zmarły brat, moim dziadkiem. Bywało, że podśmiewaliśmy się z życiowych mądrości wuja. Kilka lat później i on zmarł. Zanim to się stało zdążył jeszcze świętować czterdziestą rocznicę swojego małżeństwa. Wraz z żoną zaprosili całą rodzinę. To była piękna uroczystość. Rozpoczęła się Mszą święta w intencji małżonków. Później wujostwo uraczyło nas wystawnym obiadem w jednej z restauracji. Było dużo śmiechu, wspomnień i tańców. Siedzieliśmy za stołem wuj się rozrzewnił i zaczął opowiadać o zmarłym przed laty bracie. Wspominał dzieciństwo, pobyt brata w wojsku. Skończył słowami: „On był bardzo dzielnym człowiekiem. Był tak dzielny, że nawet tą śmierć jakoś przeżył”. Wuj rozczulił mnie i rozbawił tym wywodem. Tak bardzo chciał powiedzieć jak mężny był dziadek, że się odrobinę zagalopował. „Przeżyć śmierć” – co za dziwne zestawienie – pomyślałam. Ale po chwili doszłam do wniosku, że jest w tych słowach głębszy sens. Skoro wierzymy, że życie jest wieczne, śmierć jest po prostu silnym przeżyciem. Przytaknęliśmy wujowi. Uznaliśmy, że była to jedna z najpiękniejszych sentencji jakie wypowiedział.

Czasem przypominam sobie tę historię. Myśl, że śmierć można jakoś przeżyć pomaga mi oswoić lęk.