Droga w górę

Jedziemy w Bieszczady. Witają nas upały. Przez wiele dni temperatura nie spada poniżej 30 stopni. Nocujemy z mężem i naszą dwuletnią latoroślą u koleżanki. Gospodyni na rodzinną wyprawę poleca jedną z tamtejszych gór. – To łatwa góra. Godzinka i będziecie na szczycie – słyszymy. Ruszamy na luzie. Ja (wstyd przyznać) mam na nogach sandały. Jesteśmy przekonani że czeka nas spokojny spacerek. Mamy kondycję mieszczuchów, których głównym sportem są przechadzki po parku lub wyprawy do sklepu. Wspinamy się już godzinę a szczytu nie widać. Morale w drużynie zaczyna padać. Nasza pociecha już dawno odmówiła samodzielnego marszu, niesiemy ją na zmianę. Utrudzeni drogą co jakiś czas pytamy schodzących turystów – daleko na szczyt? Słyszymy enigmatyczne odpowiedzi: „jeszcze kawałek”, „niedaleko”. Ktoś rzuca: „czeka was długa i trudna droga”. Wspinamy się dalej, brakuje tchu, upał i marudzący co krok dwulatek dają się we znaki. Zastanawiam się jak znajoma daje radę przejść tą trasę w godzinę? Mamy dość. Nasze dziecko wychodzi ze skóry. Płacze. Po chwili odpoczynku zbieramy się i idziemy dalej. Wreszcie docieramy na szczyt. Ten widok! Błękitne niebo jest jakby na wyciągniecie ręki. Jak okiem sięgnąć porośnięte soczystą zielenią połoniny. Są piękne! Czujemy wielką satysfakcję. Jesteśmy szczęśliwi. Odpoczywamy w schronisku popijając herbatę. Nie czujemy już trudów drogi, w naszych żyłach płynie radość!

Małżeńskie wspinaczki

Gdy dołączyłam do akcji #celebrujemymiłość wróciło do mnie to wspomnienie z wakacji. Wyprawa w góry ma dużo wspólnego z małżeństwem. Najpierw myślimy, że to będzie lekki spacerek. Idziemy w sandałach. Myślimy, że nasza miłość, umiejętności powinny wystarczyć. Będzie lekko, miło i przyjemnie. Czasem wystarczy godzina marszu by zobaczyć, że z naszymi siłami krucho, a to co miało być lekkie wymaga od nas więcej niż umiemy. „Czeka was długa i trudna droga” – wcale nie chcesz usłyszeć takich słów, gdy padasz z nóg. Wolałbyś usłyszeć – „jeszcze tylko krok i z górki”. Nasze oczekiwania i projekcje zderzają się z rzeczywistością. Co wtedy? Tu przypomina mi się zdanie, które kiedyś usłyszałam – „miłość to decyzja”. Kochać to zdecydować by iść dalej. Wspinać się pod górę i przyjąć rzeczywistość taką jaka jest. To znaczy – że nie jesteśmy dobrze przygotowani, a góra jest trudniejsza niż przypuszczaliśmy. Bóg nieustannie daje nam odczuć, że na naszej małżeńskiej drodze nie jesteśmy sami. On jest. Dba o nas, o to byśmy wzrastali i nie zgubili się na szlaku. Nie raz doświadczyliśmy, że bierze nas na ręce i przenosi ponad tym, co nas przerasta. Dzięki Jego łasce mamy szansę dotrzeć na szczyt, zobaczyć co tam jest? Jakie piękno, radość na nas czeka?

Stuknęła nam dziesiątka!

W tym roku będziemy obchodzić dziesiątą rocznicę ślubu. Co za nami? Wiele skał, na które wdrapaliśmy się ostatkiem sił, obtarte kolana, odciski, doświadczenie, że tam gdzie kończą się nasze siły z pomocą przychodzi Boża łaska. Wielka satysfakcja, że dotarliśmy tu gdzie jesteśmy. Jeszcze bardziej sobie bliscy, wciąż stęsknieni swojej obecności. Jaki piękny widok! Wspaniałe dzieci, które po kolei dołączały do ekspedycji. Świętowanie to chwila wytchnienia przed dalszym etapem drogi. Ważne by celebrować miłość, by o nią dbać.

Celebrować miłość w wielkim mieście

Czasem mam wrażenie, że żyjemy w bębnie pralki. Ledwie przewalą się jedne sprawy, dochodzą kolejne. Bieganina, brak wytchnienia. Gd myślisz, że pora na przerwę program przechodzi w fazę: wirowanie. Jak w bębnie pralki celebrować miłość? Myślę, że kiedyś będziemy się z tego śmiać, tęsknić i zastanawiać się czemu dzieci nie dzwonią albo nie maja czasu odwiedzić starych rodziców. Na razie o każdy skrawek czasu we dwoje musimy zawalczyć. Im mniej czasu, tym bardziej go potrzebujemy. Nieodzowne są opiekunki, sąsiedzi, czasem gdy już nie ma innej opcji randki balkonowe kiedy dzieci zasną, (nasz przepis: kocyk + świeczki + współmałżonek) – wtedy masz przynajmniej wrażenie, że wyszedłeś z domu.

Adoracja

Jeden z dziennikarzy żalił się Matce Teresie, że jest bardzo zabiegany. Gdy poleciła mu by poświęcił na adorację Najświętszego Sakramentu godzinę dziennie, obruszył się i powiedział, że nie ma na to czasu. W odpowiedzi Matka Teresa zaleciła swojemu rozmówcy dwie godziny adoracji dziennie. Zwróciła mu uwagę, że im mniej ma czasu na relację z Bogiem, tym bardziej powinien o nią zabiegać. Podobnie jest z relacją małżeńską. Jeśli nie udaje się zorganizować jednej randki z mężem czy żoną w tygodniu, to trzeba znaleźć czas na dwie.  Małżeństwo potrzebuje adoracji, także tej wzajemnej. Im mniej na nią czasu im więcej spraw, wyzwań tym bardziej czas spędzony tylko we dwoje jest potrzebny.

Z radością zaczynamy świętowanie!  Dla Ciebie mój ukochany wiersz i piosenka do której tańczyliśmy nasz pierwszy taniec:

 

Pękł

 

Pękł bęben pralki
do którego napakowałam
zbyt wiele wszystkiego
co było

Jak to?

dziwili się ludzie
Jak może pęknąć taki mocny bęben?

odwróciłam głowę
poszłam w miasto
z mokrymi włosami

a ty dogoniłeś mnie
usiedliśmy razem przy pomniku
jakiejś starej kobiety
jak dwa zmoknięte
gołębie
patrzyliśmy w ciszy na ciągnącego ulicą
węża smoły

trzeba wracać
powiedziałeś
gładząc skrzydła
unieśliśmy się za ręce

wróciliśmy tam
skąd żeśmy przyszli
i w skupieniu
cegła po cegle
budowaliśmy
na nowo

czas, który przestał nas dzielić
stał się miękki i ciepły
wyciągałeś mi z włosów odłamki szkła
a ja czyściłam z sadzy
twoje okna

 

Nasza piosenka 🙂 : https://www.youtube.com/watch?v=YxC-ptcZH34

_____________________________

Tekst powstał w ramach „Międzynarodowego Tygodnia Małżeństwa w Internecie”

Spotkania Taizé rozpalają moją nadzieję. cz.3. Zagrzeb, Wrocław.

Zagrzeb 2007

Szok w trampkach.

Jestem po studiach, pracuję. Wybieram się na spotkanie młodzieży do Zagrzebia. Przed wyjazdem pytam znajomego o pogodę w Chorwacji. Tam jest dużo cieplej niż u nas, wiesz to jest południe Europy – słyszę. Na wszelki wypadek biorę zimową kurtkę, ale na nogi zakładam moje ulubione trampki, które sprawdziły się na niejednej wyprawie. Kozaki zajmują zbyt dużo miejsca w plecaku. Zostaną w domu. Sprawdzam pogodę przed wyjazdem – w stolicy Chorwacji kilka stopni na plusie. Dojeżdżamy na miejsce autokarem koło szóstej rano. Zanim wysiądziemy organizatorzy wyjazdu informują przez mikrofon – Dojechaliśmy do Zagrzebia, na zewnątrz minus dwadzieścia stopni. – Szok w trampkach! Jak mam przetrwać taką temperaturę? Zamarznę! Ratuje mnie gruba kurtka i to, że w Zagrzebiu temperatura szybko rośnie. Za dwa dni jest już plus dziesięć.

Rodzinne ciepło

Dostaję wraz z koleżanką zakwaterowanie w parafii położonej w małej wiosce opodal Zagrzebia. Nocujemy w domu jednorodzinnym. Tego wieczoru gdy przyjeżdżamy schodzi się cała rodzina. Dzieci, rodzice, babcia (cały wieczór darzy nas uśmiechem, nie przeszkadza jej to, że nie rozumie o czym rozmawiamy). Przychodzi też zaprzyjaźniony kapłan z pobliskiego kościoła. Czujemy się ważne, jesteśmy „ich pielgrzymami”. Dostajemy pyszną, wystawną kolację, tak jest co wieczór. Jednego wieczoru robimy koncert kolęd. Oni śpiewają jedną po chorwacku, potem my po polsku i tak na zmianę, na koniec śpiewamy wspólnie „Silent night” po angielsku. Co mnie ujęło w tej rodzinie? Ich otwartość, ciepło z jakim nas przyjęli i wiara. Nie wstydzą się jej, jest dla nich czymś naturalnym. Zamarzyło mi się wtedy, że gdy będę miała własną rodzinę, też będziemy modlić się przed posiłkiem.

Kanon z Zagrzebia

Za chwilę rozpocznie się wieczorne spotkanie. Szukamy miejsca w hali, w której zgromadził się tłum. Siadamy obok niemieckojęzycznej grupy. Przed nami siedzą Hiszpanie, niedaleko usiedli znajomi z Holandii, których poznaliśmy na spotkaniu w parafii. Zaczynają się modlitwy prowadzone po chorwacku tłumaczone na angielski i francuski. Po kilku chwilach chór intonuje kanon, a za nim dołącza się tysiące głosów śpiewając „Wysławiajcie Pana, wysławiajcie Pana, śpiewaj Panu cała Ziemio, Alleluja, Alleluja” – po polsku! Wzruszenie ściska mi gardło. Wszyscy zgromadzeni: Niemcy, Hiszpanie, Holendrzy, Chorwaci i inni, których narodowości nie zdołałam rozpoznać – łamią sobie języki by wyśpiewać te nasze specyficzne zmiękczenia i trudne zestawienia spółgłosek. W Taizé jest na przykład kanon pt. „ O, Bénissez le Seigneur!” – po francusku, „Cantarei ao Senhor, enquanto viver” – po portugalsku, „El alma que anda en Amor” – po hiszpańsku, „Gott  laß meine Gedanken”- po niemiecku. Każdy może  doświadczyć tego wzruszającego momentu, gdy wspólnota osób zgromadzonych z różnych państw Europy wyśpiewuje kanon w jego ojczystym języku.

Zaczerpnąć nadziei

Mimo obaw z jakimi wchodziłam w dorosłe życie, znalazłam swoje miejsce na Ziemi. Spotkania Taizé dodawały mi otuchy, nauczyły otwartości, pokazały jaką radość daje wspólnota i jedność w różnorodności kultur i języków. Widzę jak bardzo od tego pierwszego spotkania w Warszawie w 1999 roku zmienił się mój kraj, zmieniła się Europa. Żyjemy w czasach trudnych przemian. Myślę o współczesnych młodych ludziach. Z czym muszą się zmagać? Co odbiera im nadzieję? Mam wrażenie, że na ich barkach jest o wiele więcej niepokoju o przyszłość, niż przeżywało moje pokolenie. To bardzo ważne, nie tylko dla Europy ale i dla całego świata, by młodzi ludzie mięli skąd zaczerpnąć nadziei.

Wrocław 2019.

Spotkanie Taizé, które miało miejsce w tym roku we Wrocławiu także było dla mnie ważne. Nie mogłam pojechać, ale uczestniczyłam w nim dzięki relacjom internetowym.

Najbardziej zapadły mi w pamięć słowa brata Aloiza: ”jedność w różnorodności jest świadectwem, które wykracza poza granice Kościoła. – Wobec wyzwań współczesnego świata, w czasach zamętu przenikającego europejski kontynent, możemy starać się coraz dalej nieść nowinę o komunii.” Jedność może stać się doświadczeniem powszechnym. To bardzo ważne by Kościół był znakiem komunii.

Po spotkaniu we Wrocławiu bracia z Taizé gościli w Krakowie. Podczas wieczornej modlitwy w Bazylice Mariackiej przeor ekumenicznej wspólnoty powiedział: „Nie bójmy się wielkich wstrząsów naszych czasów, wstrząsów w naszych społeczeństwach i w Kościele. Także poprzez nie Chrystus puka do naszych drzwi. Przynagla nas do szukania nowych dróg wcielania w życie Ewangelii w świecie, który zmienia się tak szybko”. Te słowa przypominają mi, żeby nie skupiać uwagi na zjawiskach, które wprowadzają niepokój i lęk, ale szczególnie w tym czasie kierować uwagę na Jezusa i szukanie Jego woli.

Taizé to realne, namacalne doświadczenie wspólnoty. Radość z przebywania razem, dzielenia się wiarą, przedsmak nieba. Europejskie Spotkanie Młodych, w obliczu rosnących podziałów i zaogniających się konfliktów jest znakiem tego, że nadal możliwa jest jedność w wielości. Ukazuje ono prawdę, że gdy gromadzimy się razem wołając o pokój dla świata pośród nas obecny jest Bóg.

Spotkania Taizé rozpalają moją nadzieję. cz.2. Paryż.

Paryż 2002

Na Europejskie Spotkanie Młodych (ESM) w Paryżu ruszam już jako studentka Akademii Sztuk Pięknych. Paryż – miasto Mony Lisy, wieży Eiffla, gości młodych ludzi z różnych zakątków Europy.

Stolica Francji udostępnia dla przyjezdnych wiele atrakcji. Można obcować z kulturą i sztuką z samego światowego topu. To też jeden z aspektów ESM, towarzyszy mu wiele wykładów, spotkań poruszających tematy wiary, życia wewnętrznego, spraw społecznych, ale także sztuki. Realizuję swoje marzenie by zobaczyć impresjonistów w muzeum D’Orsay. Podziwiam obrazy Cezanne’a, Degas’a, Gaugina, Maneta i innych, architekturę Paryża. Poza Wieżą Eiffla, przepięknymi kamienicami, miasto urzeka także architekturą nowoczesną. Udaję się z koleżanką do  dzielnicy biznesowej miasta –la Defense. W samym centrum dzielnicy stoi Wielki Łuk – La Grande Arche de la Défense powstały w 200 setną rocznicę Rewolucji Francuskiej. Ze schodów Wielkiego Łuku można objąć wzrokiem całą historyczną oś Paryża: poczynając od Łuku Triumfalnego, poprzez Pola Elizejskie, kończąc na Łuku Carrousel i Luwrze. Widok zapiera dech.

Niezwykłe spotkania.

Stoimy z koleżanką pod Grande Arche robimy sobie zdjęcia, nagle słyszę śmiech. Podchodzi do mnie chłopak i pokazuje aparat, ma na nim napisane cyrylicą Зенит- Zenit – tak jak mój! To jeszcze nie są czasy aparatów cyfrowych, selfie robionych smartfonem, ale posługiwanie się aparatem fotograficznym z epoki naszych rodziców można już zaliczyć do kategorii obciachu. Mimo to lubię mojego Zenita, zwiedził ze mną kawałek świata. Okazuje się że chłopak jest z Białorusi.  Porozumiewamy się po białorusko-polsku. Mówi – Nie przypuszczałem, że ktoś jeszcze poza mną używa tak starego aparatu! Śmieje się ze mnie, ja z niego. Żegnamy się w przyjaźni. Następnego dnia, centrum Paryża, wskakujemy z koleżanką do pierwszego lepszego autobusu żeby podjechać dwa przystanki. W środku tłok, przeciskamy się na przód pojazdu, nagle młody mężczyzna wstaje i ustępuje mi miejsca. Przed oczami miga mi Zenit. To ten sam chłopak spod l’arche – Białorusin! Śmiejemy się, rozmawiamy. W centrum Francji dwa miliony mieszkańców plus kilkadziesiąt tysięcy przyjezdnych – trafić dwa razy na tą samą osobę to niemal cud. Spotykamy się potem jeszcze raz w metrze. Tym razem już mniej zdziwieni (dwa spotkania to cud, przy trzecim zaczynasz się przyzwyczajać) – O znowu ty? Może tym razem to ja ustąpię Ci miejsca? – żartuję. Rozmawiamy chwilę po czym rozjeżdżamy się, każdy w swoją stronę. Jaki jest morał z tej historii? Nie wiem? Może taki, że bratnie dusze znajdą się nawet w kilkumilionowym tłumie? A może to wszystko przez Zenita? W każdym razie ESM stwarza przestrzeń do wielu niezwykłych spotkań.

Kanon z Paryża

„The Kingdom of God”

Podczas wieczornego czuwania zorganizowanego w hali Wystawy Paryskiej „Parc des Expositions” śpiewam tą pieśń po raz pierwszy rozważając znaczenie jej słów. „The kingdom of God is justice and peace, and joy in the Holy Spirit”- królestwo boże to sprawiedliwość i pokój, radość w Duchu Świętym. Zaraz, zaraz czy to znaczy, że królestwo boże nie jest jakimś tworem unoszącym się nad chmurami – jak sobie zawsze wyobrażałam? Nie jest miejscem, do którego dostaniemy się po śmierci o ile zasłużymy? Ono już jest – wszędzie tam gdzie panuje sprawiedliwość, pokój, radość? Dzieje się w moim życiu, w moim sercu tu i teraz?!!! Super!- myślę. Dalej śpiewam: ”Come Lord and open in us, the gates of your kingdom” – Przyjdź Panie i otwórz w nas bramy twojego królestwa – te bramy są w nas, i mogą zostać otwarte to Jezus może otworzyć bramy mojego serca. Dzięki Niemu Królestwo Boże już się dzieje, tu i teraz, pośród nas. Słysząc te słowa tam, pośród dziesiątek tysięcy osób różnej narodowości i wyznań, zanurzona w samym środku wspólnoty, widzę to, czuję, że to prawda!  Pokój, jedność, życzliwość jakiej doświadczam podczas spotkania są namacalnymi znakami panowania bożego królestwa.  Dlatego właśnie spotkania młodych organizowane przez wspólnotę Taizé nazywam  „smakowaniem nieba”.

W sylwestra trwamy na modlitwie w katedrze Notre Dame, jednym z najważniejszych gotyckich zabytków Europy. Jest piękna. W parafiach odbywa się tak zwany „bal narodów”, tym razem z niego dezerterujemy (ach te niepokorne lata studenckie). Kończymy sylwestra wyprawą pod wierzę Eiffla.

Czas pożegnania.

Trochę żal żegnać się z osobami z grupki, z parafii. Przez te kilka dni, w czasie których spotykaliśmy się rozważając słowa z listu Brata Roger’a  zgraliśmy się, polubiliśmy. Chyba każdy ma ochotę by to trwało dłużej.

Czy są jakieś serca, które tego dnia nie czują się rozdarte? Moje jest. Dzień wyjazdu to dzień pożegnań. Powrotu do tego co zostawiliśmy. Do bliskich, naszych zadań, spraw. C’est la vie. Uczymy się smakować nieba a potem wracać, by nieść radość i nadzieję  tam gdzie żyjemy, tego nas uczył brat Roger. Chyba czuł, że po takim doświadczeniu trudno jest wracać, ciężko się rozstać. Zawsze podkreślał żeby wrócić do środowiska, w którym żyjemy, nieść to doświadczenie dalej. Więc ruszamy z powrotem.

cdn.

Zapraszam na Facebooka! https://www.facebook.com/mamaalmadecasa

_____

Obraz Walkerssk z Pixabay

Spotkania Taizé rozpalają moją nadzieję.

Spotkanie młodzieży, zakończone ponad tydzień temu we Wrocławiu ożywiło moje wspomnienia. Warszawa, Paryż, Zagrzeb – trzy miasta, w których przeżyłam jedne z najpiękniejszych sylwestrów w moim życiu – we wspólnocie młodzieży podczas „pielgrzymki nadziei przez ziemię” – organizowanej przez wspólnotę Taizé.

Warszawa rok 1999.

Zostało kilka miesięcy do matury. To dla mnie czas przełomu i … niepokoju o przyszłość. Czy dostanę się na studia? Znajdę w życiu swoje miejsce? Zazdroszczę dorosłym, że już wiedzą kim są. Mają pracę, założyli rodziny. Ja nie wiem co przede mną? Czuję lęk.

Jadę na Taize zachęcona przez grupę wolontariuszy, którzy odwiedzili nasze liceum. Ruszam z przyjaciółmi. Na spotkanie wiezie nas pociąg pełen młodych. Warszawa przyjmuje nas bardzo życzliwie. Atmosfera spotkania udziela się całemu miastu. Warszawiacy wychodzą nam na przeciw. Widząc pielgrzymów z plecakami sami podchodzą pytając czy znamy drogę, czy nie potrzebujemy pomocy? Zagadują, uśmiechają się. Troska, serdeczność, życzliwość kipią na każdym kroku.

„Do szopy hej…”

Modlitwy wieczorne naszej grupy odbywają się w Torwarze. Do hali głównej ciągną tłumy. Jest zimno. Zanim wejdziemy musimy dość długo czekać. Godzina spotkania się zbliża, a Torwar jest zamknięty. Nie wiemy dlaczego? Stoimy już ładnych kilkanaście minut. Przyprószeni śniegiem, przemarznięci. Setki poczerwieniałych od mrozu nosów i uszu. Zdezorientowane głowy schowane pod różnokolorowymi czapkami. Wtem jakiś niski głos intonuje: „Przybieżeli do Betlejem”. Już po chwili kilkaset gardeł śpiewa „…chwała na wysokości, a pokój na ziemi”. Tak zaczyna się najbardziej niezwykłe kolędowanie w moim życiu. Pośród międzynarodowego tłumu rozbrzmiewają polskie kolędy. Śpiew rozgrzewa nasze serca. Nie czujemy już mrozu. „Do szopy hej pasterze”, „Gdy się Chrystus rodzi”,  „Cicha noc” i jeszcze kilka kolęd upłynie zanim bramy Torwaru staną przed nami otworem. Wtedy udajemy się na wspólną modlitwę.

Kolędowanie pod Torwarem – nauczyło mnie ważnej rzeczy. To ode mnie zależy jak przeżyję daną sytuację. Mogę narzekać, grzęznąć w żalu albo zdecydować, że chcę inaczej, znaleźć w sobie radość i zarazić nią innych! Tamten człowiek z tłumu pociągnąl do radości kilkaset osób!

Spotkanie wieczorne upływa pośród wyśpiewywanych wielogłosem kanonów. Słowo głosi założyciel wspólnoty, brat Roger. Najbardziej poruszający jest dla mnie moment, w którym całe zgromadzenie milknie by kontemplować wygłoszone nauczanie i bożą obecność, gdy zapada cisza. W Taize zawsze jest na nią miejsce. Kilka tysięcy, ludzi z różnych krajów,  protestanci, metodyści, luteranie, katolicy, prawosławni, grekokatolicy jednoczą się w modlitwie. Ta cisza jest gęsta, p­­­­­­­­ulsująca, wielobarwna. W takiej ciszy jest moc!

Zgłaszam się do grupy pracy. Otrzymuję opaskę z dumnie brzmiącym napisem – transport. Moje zadanie polega na kierowaniu ruchem na stacji Warszawa Powiśle. Po zakończonych modlitwach do podmiejskiego pociągu ciągną tłumy. Praca staje się pretekstem do interakcji ze zgromadzonymi na peronie ludźmi. Najwięcej frajdy mam ucząc obcokrajowców wymawiania „Szczęśliwego nowego roku” – Ile przy tym smiechu! Po tym łamańcu wszyscy  rozmówcy stwierdzali, że język Polski to najtrudniejszy język świata.

Do perełek tego spotkania należy msza sprawowana po polsku w namiocie na Agrykoli. Tam również rozbrzmiewają kolędy. Obok mnie tylko jedna znajoma twarz, tłum niby obcych a jednak naszych, bo się rozumiemy, bo wszystkich nas wzrusza gdy Maryja nuci Jezusowi „lililililaj moje dzieciąteczko”. Możemy być razem nie ustawiając się w kontrze do kogokolwiek. Od innych narodów dzielą nas tylko płachty namiotów. Jesteśmy wspólnotą pośród innch wspólnot. Aby razem z nimi tworzyć jeszcze większą, barwniejszą  wspólnotę. Spotykamy się by doświadczyć jedności w wielości, by odkryć, że Bóg jest pośród nas.

 

Kanon z Warszawy

W Warszawie po raz pierwszy słyszę kanony z Taize. W prostych, powtarzanych w stałym rytmie słowach odnajduję głębię. W jednej z pieśni znajduję odpowiedzi na niepokojące mnie pytania. Nie wiem czy znajdę swoje miejsce? Czy mi się uda? W głębi duszy boję się, że odpowiedź brzmi: „nie”, że moje życie i wybory okażą się porażką. W kanonie słyszę – „Bóg jest miłością”, „miej odwagę żyć dla miłości”, „nie lękaj się”. Te słowa podnoszą mnie na duchu, dodają nadziei. W sylwestrową noc 1999 roku spacerujemy z grupą znajomych  po zasypanych śniegiem ulicach Warszawy śpiewając: „Bóg jest miłością”. Pieśń wsiąka w śnieg, w mijane kamienice, w miasto. Zaczyna się nowy 2000 rok.

cdn.

 

__________

Obraz Albrecht Fietz z Pixabay 

Napisz do mnie na: mamaalmadecasa@gmail.com

Święta, czas spełnionej tęsknoty.

Co roku w święta zostawiamy jedno puste miejsce przy stole. Celebrujemy nieobecność. Nieobecność boli.

„- Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty.

– Ale może też być odwrotnie – odpowiadała. – Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.” mówiła Olga Tokarczuk w wygłoszonej niedawno mowie noblowskiej. A więc już sama tęsknota jest spotkaniem? Skoro tak w tym roku przy wigilijnym stole zasiądą z moją rodziną bliscy, którzy odeszli, ale także dalecy, którzy nigdy nie przyszli. Ci drudzy, obcy, którzy mogli stać się nasi. Dobro, które mogło się wydarzyć, ale się nie stało. Czy da się także je urzeczywistnić samą tęsknotą? Czy gdy tęskni się za dobrem, ono także się spełnia? Chcę by tak było.

Minął adwent. Nadchodzi  Ten, którego oczekiwaliśmy. Miłość szuka miejsca gdzie mogłaby się narodzić. Przyjdzie tam, gdzie zastanie otwarte drzwi. Przyjdzie tam, gdzie usłyszy – wejdź. Bez tęsknoty, nie ma spotkania, bez spotkania nie ma relacji, a bez niej nie może wydarzyć się miłość.

Życzę Wam i sobie spełnienia naszych tęsknot, życzę spotkań, rozmów, celebrowania obecności. Życzę ziszczenia największej ludzkiej tęsknoty, tęsknoty za Bogiem. Bożego narodzenia!

 

Zdjęcie pochodzi z Pixabay

Wołanie o jedność

Przyznanie nagrody Bookera Oldze Tokarczuk za książkę „Bieguni” zachęciło mnie do sięgnięcia po tę właśnie lekturę.

Zaczęłam czytać z dość roszczeniowym nastawieniem: „oto poświęcam Ci mój cenny czas, okaż się wartą tego wyboru”. Pierwsza strona zaowocowała refleksją: sytuację, którą można by zamknąć w jednym zdaniu – siedzę sama w pustym pokoju – autorka opisuje tak bogatym językiem, że nie sposób nie zostać wciągniętym do tego pokoju, nie zasmakować przepełniającej go pustki i nostalgii za tymi, których już w nim nie ma. Po kilku stronach moje krytyczne, roszczeniowe nastawienie ustąpiło miejsca zachwytowi. Czytałam kolejne rozdziały zafascynowana jak wtedy, gdy jako dzieciak siadywałam przy kuchennym stole i słuchałam historii z przypadającego na czas wojny dzieciństwa mojego dziadka. Czułam się jak mała dziewczynka, która chłonie każde słowo i chce by opowiadanie trwało bez końca.

Bywały utwory literackie, które budziły we mnie ciepłe odczucia, ale do tej pory nie zdarzył mi się wobec żadnej książki przesadnie czuły gest. Lektura „Biegunów” Olgi Tokarczuk, sprawiła, że w pewnym momencie entuzjastycznie przytuliłam się do książki. Zastanawiałam się, co skłoniło mnie do takiej wylewności?

Ze studiów na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pamiętam dwie kluczowe rady, które nam studentom w trakcie prac plastycznych wykładowcy powtarzali do znużenia. Brzmią one: „od ogółu do szczegółu” i „twórz tak żebyś w każdym momencie pracy mógł zostawić swoje dzieło i uznać, że jest skończone”. Brzmi enigmatycznie? Wyjaśnię na przykładzie. Gdy chcę namalować obraz olejny zawsze zaczynam od kadrowania, wybrania który wycinek przestrzeni chcę przetransponować na płótno. Po skadrowaniu tworze kompozycję, nanoszę na płótno pędzlem linie kompozycji, umiejscawiam przedmioty, ustawiam odległości, następnie robię podmalówkę, rozplanowuję płaszczyzny,  dobieram kolory, zaznaczam rozkład światła i cienia, dopiero potem wchodzę głębiej w obraz w rzeczywistość, w siebie, nadaję, uwypuklam, dopracowuję detale uszczegóławiam obraz – „od ogółu do szczegółu.” Na każdym z etapów tworzenia obraz ma być skończony, to znaczy moment w którym kadruję, komponuję, podmalówka, składa się na całość, od każdego z tych etapów zależy, czy to co tworzę stanie się  „dziełem”, czy tylko bazgrołem. Pamiętam jeden obraz, kończyłam podmalówkę kiedy profesor podszedł do mnie i powiedział – Już wystarczy, zostaw go tak, jest skończony. Byłam zdziwiona i dumna. Obraz do dziś wisi u mnie w salonie.

Dlaczego o tym piszę w kontekście „Biegunów”? Czy można  porównać literaturę i sztuki plastyczne, zdawałoby się tak odrębne dziedziny tworzenia? Myślę, że w przypadku wspomnianej książki zasada przejścia od ogółu do szczegółów, czy ukończenia dzieła na każdym etapie pracy nabiera nowego życia. „Bieguni” mają taką konstrukcję, że ich akcja nie toczy się linearnie. Ta książka dzieje się w wielu miejscach, czasach na raz. Autorka nazywa taką konstrukcję : ”powieścią konstelacyjną”. Dzięki niej książka w każdym momencie jest skończona,  czytelnik na każdym etapie może się oderwać syty, nakarmiony tym dziełem.

Jest w niej coś jeszcze bardziej zaskakującego. Ogół i szczegół w powieści „Bieguni” współistnieją w ścisłej nierozerwalnej więzi. Tokarczuk unaocznia prawdę, która chyba dość często nam umyka – my ludzie – żyjący pod różnymi szerokościami graficznymi zamieszkujący glob – jesteśmy jednością. Łączy nas wspólnota przeżyć, odczuć, wspólnota samotności, zagubienia, niespełnienia, i spełnienia, ale także nasza biologiczność. Nasze trwanie jest zmianą i ruchem, a więc wspólne mamy jeszcze to – istnienie w czasie, przemijalność.

Wyczytałam w tej książce spojrzenie na ludzkość jakby okiem matki, która rozumie, widzi to co w nas piękne, widzi to co brzydkie i przyjmuje bezwarunkowo. Odkryłam zapisane między wierszami – źródło zrozumienia  i akceptacji wszelakiej ludzkiej ułomności – miłość. Świat jest całością i jednocześnie świat jest poszczególnością. Tokarczuk patrząc na człowieka zmienia ogniskową. Obserwuje go z zewnątrz, z perspektywy lotniska, samolotu. Przygląda się z bliska jego życiu, odczuciom, relacjom, wreszcie zagląda do wewnątrz. Wchodzi pod skórę.  To jakby wejść pod skórę samego siebie, by z tej najgłębszej najintymnijeszej bliskości, bez zbędnego patetyzmu, patrzeć na innych. Z takiej perspektywy unaocznia się groteskowość wszelkich podziałów. Łatwiej o przyjęcie drugiego człowieka takim jaki jest.

W czasach kiedy zdawałoby się wszystko nas już dzieli, poglądy, przekonania, wartości, gdy nawet w ramach jednej wspólnoty religijnej jesteśmy podzieleni, to zawsze pozostanie niezmienne – biologiczność naszych ciał. Dla mnie zwrócenie uwagi na ten fakt jest jak uderzenie w twarz człowieka, który zemdlał, by go ocucić. To jak policzek w twarz ludzkości, wołanie – obudźcie się! Przecież stanowimy wspólnotę, jeśli nic was już nie przekonuje, to zajrzyjcie pod skórę! Mamy takie same wątroby, serca, aorty. Mięśnie, w ten sam sposób łączą się ze ścięgnami, a te z kośćmi. Tak jak one składają się na jedno ludzkie ciało, tak każdy z nas składa się na „ciało” jakim jest ludzkość. Biologiczność jest naoczna, jest namacalnym dowodem naszej przynależności, naszej współzależności, współodczuwania. Skoro żyjemy połączeni, jako jeden organizm to wszyscy odczuwamy skutki tego co dotyka najsłabszych. Ból opuszczonych, cierpiących jest naszym bólem. Książka „Bieguni” to wołanie o bliskość najintymniejszą z możliwych, wołanie o jedność.

Jakiś czas temu biegając między sklepami wielkomiejskiej galerii handlowej natknęłam się na witrynę księgarni. Jej przeszklone od podłogi po sufit ściany pozwalały dokładnie zlustrować wnętrze sklepu. Moją uwagę przykuł jeden z regałów znajdujących się opodal drzwi wejściowych. Wyeksponowano na nim eleganckie, błyszczące nowością książki Olgi Tokarczuk w tym „Biegunów”. Poza nazwiskiem autorki i logotypem wydawnictwa, łączył je jeszcze jeden znaczący szczegół. Wszystkie zostały opieczętowane okrągłą naklejką z dumnie brzmiącym napisem: „THE NOBEL PRIZE”. Stanęłam w drzwiach. Wzruszyłam się, jakby tego Nobla zdobył ktoś mi bliski, przyjaciółka, siostra. Jak niesamowita jest literatura, ma moc tworzenia związków, połączeń pokonujących trójwymiarową przestrzeń naszego świata, by znaleźć inne wymiary – płaszczyzny porozumienia, rezonowania, współodczuwania. Literatura ma siłę wiązania ludzi. Cieszę się, że dałam się związać.

 

Świadectwo (nie)mocy

Jeżeli czynimy wszystko, co w naszej mocy, Bóg uczyni resztę. / św. Arnold Janssen

Co gdy „wszystko co w naszej mocy” to przewrócone wiadro z którego wylała się cała woda?

Niedziela. Trwa msza święta. Siedzę w ławce i czuję się jak błąd w systemie, niepasujący element. Marzę, żeby mieć wbudowany przycisk „delete”, którym mogłabym siebie cofnąć.

Trwa kazanie. Kapłan opowiada historię: znajomy ksiądz wspominał, że w dzieciństwie nie mieli bieżącej wody. Trzeba było codziennie chodzić do studni. Pewnego dnia bawiąc się z kolegami zobaczył mamę niosącą wiadro z wodą. Chciał jej pomóc. Podbiegł do niej tak gwałtownie, że przewrócił wiadro i cała woda się wylała. Chłopiec zawstydził się, łzy spłynęły mu po policzkach. Mama przytuliła go i powiedziała: „Co ja bym bez Ciebie zrobiła mój kochany pomocniku!”

Usłyszeć takie słowa w chwili gdy czujesz, że zawiodłeś i nie wiesz jak przebaczyć samemu sobie… to doświadczyć miłości. Na koniec kazania kapłan skonkludował, że dziś Bóg mówi do każdego z nas: „co ja bym bez Ciebie zrobił, mój kochany pomocniku.” Poczułam jakby mnie ktoś podniósł, wyciągnął z potrzasku i mocno przytulił.

To doświadczenie zaowocowało czymś jeszcze.

Zobaczyłam, że moje działanie, moja „dobroć”, to tyle co to wiadro rozlanej wody i że ten „dar” zostaje przyjęty. Pomyślałam o tych osobach, które osądzam, którym nie umiałam przebaczyć, one także „robią co w ich mocy”. Tak samo jak ja zostają  przytulone, przygarnięte w otwarte ramiona Boga. Tego człowieka, którego ja oceniam – Bóg kocha. Przyjmuje jego wiadra i pełne i puste, z tym samym wzruszeniem i miłością. Doświadczenie miłości w odpowiedzi na moją niemoc, otworzyło mnie na przebaczenie.

____________

Fotografia pochodzi z Pixabay

Inna droga

W czytaniach liturgicznych z ostatniej niedzieli usłyszałam słowa, które już kiedyś mocno mnie poruszyły. Brzmią one: W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was. ( 1 Tes 5, 18.) 

To, czego ostatnio doświadczyliśmy jako małżeństwo przerosło nasze siły. Nie wiedziałam jak zdobyć się na słowo „dziękuję”. Mimo to i tym razem spróbowałam.

Kilka lat temu zmówiłam Nowennę Pompejańską. Chciałam, żeby Bóg zabrał trudności, przez które wtedy przechodziliśmy.

Rozważane tajemnice różańca zmieniły moje myślenie o modlitwie. Przyjrzałam się życiu Maryi, jej wyborom, życiu jej Syna. Zrozumiałam, że skoro ta historia ma być dla mnie wzorem, tajemnicą, w której mam się odnaleźć, to nie mogę oczekiwać, że dzięki modlitwie moje życie ułoży się w wygodną, łatwą ścieżkę.

Różaniec pokazał mi inną drogę, przyjmowania Bożej woli i podążania nią z zaufaniem i wiarą. Zauważyłam wtedy, że najgłębszym i najbardziej scalającym dla małżeństwa doświadczeniem jest jedność w cierpieniu.

W trakcie ostatnich dni odkryłam tą prawdę na nowo. Łatwo jest trwać w jedności gdy wszystko nam sprzyja. Gdy przychodzi ciężki czas i z każdej strony piętrzą się przeciwności, trzeba sporo wysiłku by znaleźć nić porozumienia, drogę do drugiego człowieka. Jeśli uda się być w najtrudniejszych chwilach razem, to takie doświadczenie wzmacnia więzi w małżeństwie.

Bóg nie zabrał z naszego życia trudności, ale pokazał nam, że z Nim możemy je pokonać. Gdy wsłuchujemy się w Jego głos na modlitwie, szukamy odpowiedzi -jak postąpić? Jaka jest Jego wola? – On pomaga przejść ponad tym co mogłoby nas zniszczyć, bez szwanku.

Dziękczynienie to niezwykła droga, ciągle się jej uczę i wciąż odkrywam jej piękno. Co dało mi w ostatnim czasie? Umocniło mnie w wierze i ożywiło nadzieję, że Bóg i w naszej historii, tu i teraz, może ze zła wyprowadzić dobro.

 

Dzieci, ryby, rzeki…

Proszę państwa oto miś…
– Mamo, dlaczego oni je tak meczą – pyta dziewczynka zwiedzając Zoo na widok zwierząt w klatkach.
– Nie, co ty, one mają tu dobrze – tłumaczy mama.
– Poczytaj sobie – mówi do córki. Z notatki zamieszczonej na tablicy informacyjnej wynika, że wspomniane zwierzę nie występuje na wolności. Jedyne okazy to te które przetrwały w ogrodach zoologicznych.
– Widzisz. Te zwierzęta maja tu dobrze, żyją dzięki Zoo – konkluduje mama.
Dziewczynka patrzy na druty, kraty i ograniczony drewnianymi belkami niewielki wybieg, nie wydaje się przekonana.

Jaguar, ku rozczarowaniu zwiedzających wychodzi tylko na chwilę. Przejście całego wybiegu zajmuje mu raptem minutę, (nie wszyscy zdążyli wyciągnąć smartfony) po czym chowa się przed wzrokiem ciekawskich w swoim domku. Na tabliczce umieszczonej obok wybiegu widnieje informacja, że to zwierzę ma „całkiem udane życie”.

Człekokształtny zwierz siedzi z nosem w szybie. Jest na wyciągnięcie ręki, widoczny w całej okazałości. Jego czarna sierść błyszczy w słońcu. Przy wybiegu zebrał się tłum. Gałki oczne goryla biegają po stłoczonych widzach. Sprawia wrażenie jakby szukał znajomej twarzy, wypatrywał przyjaciela. Nie może znaleźć, więc nie zatrzymuje się na nikim. Ślizga się wzrokiem wciąż na nowo po zgromadzonych. Mam ochotę mu pomachać, zawołać: „tu jestem”, żeby się choć na chwilę zatrzymał, ale przecież nie jestem dla niego nikim bliskim.

Czego nie lubimy?
Bawimy się czasem w zagadki. Zadajemy je sobie nawzajem. Tą usłyszałam miedzy zmywaniem naczyń a obieraniem ziemniaków. Moje dziecko oderwało się od lepienia konika z plasteliny i podbiegło do mnie wołając – Mamo, mamo, zgadnij co to? Czego nie lubią ludzie i zwierzęta? Zaczyna się na literkę „n”? Nic nie przychodziło mi do głowy. Zbyłam to krótkim: – nie wiem. Odpowiedź mnie poruszyła. Domyślacie się? Dam wam chwilę na zastanowienie. Rozwiązanie zagadki znajdzie-cie w dalszej części tekstu.

Królu Lwie nie odchodź!
Dużą radość sprawiła nam rodzinna wyprawa do kina na najnowszą ekranizację „Króla Lwa”. Kunszt pracy animatorów jest godny podziwu. Bohaterowie wyglądają identycznie jak dzikie zwierzęta żyjące na wolności. Kilka dni po seansie zelektryzowała nas wiadomość, że lew jest zagrożony wyginięciem. Czy w przyszłości ostatnim miejscem występowania tego gatunku będzie Zoo i bajki Disneya?

Żegnaj Rio!
Czarny scenariusz, który grozi lwom dla „ary modrej” już stał się rzeczywistością. Papużkę można zobaczyć już tylko w bajce „Rio”. Wyginęła w przeciągu ostatnich lat razem z dziesiątkami innych gatunków ptaków.

Hejtem w dziewczynkę
Iga Zasowska, trzynastoletnia dziewczynka, która latem prowadziła w Warszawie akcję protestacyjną przeciwko zmianom klimatu, spotkała się z atakiem hejtu ze strony dorosłych. Wyszydzano ją, wyśmiewano i przezywano.

To smutne, że nie traktujemy poważnie ani dzieci, ani zbliżającej się katastrofy klimatycznej. Popularne powiedzonko „dzieci i ryby głosu nie mają” można sparafrazować – Lwy, jaguary, goryle, niedźwiedzie, słonie… jeziora, rzeki, morza, lasy… głosu nie mają. Nie, nie dlatego, że na ten głos nie zasługują tylko dlatego, że im go nie dajemy.

Dać się zaskoczyć
Spuścizna jaką przekazujemy przyszłym pokoleniom to zanieczyszczona planeta, na której wiele gatunków zamieszkujących ją kiedyś zwierząt wymarło. Kolejne trafiają na listę zagrożonych wyginięciem w zastraszającym tempie.

Gdy bagatelizujemy odczucia dzieci, ignorujemy ich wrażliwość sami tracimy coś cennego.

Jeśli wsłuchamy się w to co mają nam do powiedzenia, możemy jak one zadziwić się rzeczami, które uważaliśmy dotąd za oczywiste. Możemy skorzystać na dziecięcej dociekliwości, zacząć pytać, rozważać, kwestionować. Szukać lepszych rozwiązań, nowych dróg.

Wróćmy do zagadki: „czego nie lubią ludzie i zwierzęta na literkę „n”? Odpowiedź brzmi: niewoli.

 

Fotografia mojego autorstwa.

Pocztówka z wakacji

Gorące jak słońce, szybkie jak wiatr pozdrowienia z wakacji przesyłają Świderscy!

Zazwyczaj z plaży przywoziliśmy zbiory kolorowych kamyczków, muszelek, drewienek o ciekawych, wyżłobionych przez fale kształtach. Tym razem dzieci znalazły inne zajęcie. Po chwili buszowania w piasku podbiegły do nas z naręczem petów, kapsli, odłamków plastikowych sztućców.

– Zbieramy śmieci, żeby inne dzieci w to nie wdepnęły – usłyszeliśmy – Czy możemy też pozbierać tamte potłuczone butelki? – zapytały pokazując odłamki szkła wystające z piasku. – Ktoś mógłby się o nie zranić – dodały.

Taka spontaniczna akcja „dzieci- dzieciom”.