Małżeństwo na Mszy Świętej

Jesteśmy niezmordowani. Nie zniechęci nas do Kościoła złe kazanie, ani to, że ksiądz krzyczy na nas bite pół godziny. Jak co niedziela pchamy wózek pełen dzieci by dotrzeć w to miejsce. Czasem przemknie nam myśl, że fajnie gdyby się ucieszył, że jesteśmy, że są z nami dzieci. Niewiele wie o nas, o naszych zmaganiach, o tym z czym przychodzimy. Na wszelki wypadek zakłada, że jesteśmy źli i gnuśni i że jak się nas porządnie nie ochrzani to Ewangelia nam do głowy nie wejdzie. Czemu tam wciąż wracamy? Bo jest tam Ktoś jeszcze. Ktoś potężniejszy od słabości naszych i kapłańskich. Ktoś, kto uczy nas wzajemnego znoszenia się w miłości. „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mk 13,13). Przyjmujemy, że trwanie jest ważne. I trwamy.

Rozkwit ojcostwa

Zauważyłam, że sporo pisze się na temat kryzysu ojcostwa. Niektórzy autorzy artykułów podejmujący ten temat zdają się sugerować jakoby dzisiejsze pokolenie młodych mężczyzn było niedojrzałe, słabe, egoistyczne. Gdy obserwuję i słucham ludzi, których spotykam na co dzień, dochodzę do odmiennych wniosków. Nie twierdzę, że „niedojrzali egoiści” nie istnieją, ale mam szczęście, żyję wśród wspaniałych odważnych, męskich facetów, którzy biorą się z życiem za bary.

Zaczynając od mojego domu, wśród sąsiadów, bliższych i dalszych znajomych, spostrzegam, że żyjemy w czasach dużego zaangażowania mężczyzn w życie rodzinne. Tatusiowie dzielą się z mamami opieką nad dziećmi nawet przy noworodkach, co w czasach naszego dzieciństwa było jednak traktowane jako domena kobiet. Przewijają, noszą na rękach, pomagają w usypianiu, bawią się, spędzają czas, dzielą pasje, rozmawiają z dziećmi. Kryzys zapewne jest, nie neguję tego, ale myślę, że równolegle następuje rozkwit ojcostwa, niezauważany i niedoceniany.

Warsztaty Wielkanocne w szkole. Dwumetrowy facet plecie zajączka z włóczki.

– Co słychać? – pytam.

– Miałem ciężki dzień – słyszę w odpowiedzi – właśnie zwolnili mnie z pracy. Z firmy, której oddałem kawał siebie. Pozyskałem kilku strategicznych klientów…i jeszcze te warsztaty… ale młodej zależało, więc przyszliśmy.

Patrzę na niego z podziwem, w tak trudnej chwili, potrafi poświęcić dziecku uwagę i spędzić z nim czas. Jego córka siedzi obok.

– Tato! Chcę, żeby ogonek był z szarej włóczki, a brzuszek najlepiej mieszany, biało – szary. Ok?

Podejście do tematu w stylu: jest kryzys – bo ludzie są źli, słabi, niedojrzali,  – które czasem słyszę, mocno mnie irytuje. Źródłem takiego spojrzenia może być brak znajomości problemów z jakimi mogą zmagać się rodziny. Jeśli są trudności to ich przyczyn nie szukałabym w słabości czy złej woli, a gdzie indziej.

Chłopaki nie płaczą

Odwiedziło nas zaprzyjaźnione małżeństwo. Koleżanka wyznała, że ma depresję poporodową i chodzi na terapię.

– Czasem gdy córka tak dużo płacze, nie daje się niczym uspokoić, czuję się przygnębiony, przychodzą depresyjne myśli…-  mimochodem wtrącił jej mąż.

Nie rozwinął jednak tematu i rozmowa zeszła na inne tory. Jednak to zdanie, które powiedział dało mi do myślenia. W tych kilku słowach zaznaczył, że jemu też bywa czasem ciężko. Zaimponował mi dowagą. Pomyślałam sobie: depresja poporodowa może się przydarzyć mamie, choć mam wrażenie, że nadal uważana jest za temat tabu i „wstydliwą sprawę”. Ale żeby ojciec miał depresję poporodową?! Przyznał, że mu ciężko, to już doprawdy mało komu mieści się w głowie!

Myślę, że w naszym społeczeństwie jest mocno zakodowany taki mit, że facet nie pęka, że musi dać radę, nie ważne co czuje. Facet to facet, nie może być baba. Słyszeliście takie zdanie?  Ja często. Albo inne popularne – „chłopaki nie płaczą.” Czyli przekładając to na ojcostwo –  nie może czuć się nieswojo w nowej roli – musi się od razu w niej odnaleźć. Nie może mieć stanów depresyjnych – od tego są „baby”. Nie może okazywać emocji – „to facet w ogóle ma emocje?” Ano ma!

Koledze urodziło się dziecko. Jego żona wymęczona długim porodem potrzebowała opieki. On stawał na wysokości zadania i bardzo ją wspierał. Co wiązało się też z częstym wstawaniem w nocy do płaczącego noworodka. Mężczyzna budzi się o szóstej rano by iść do pracy. „Oczy na zapałki” i jakoś dawał radę. Pewnego dnia siedząc w swoim biurze zauważył coś niepokojącego.

– Chłopaki, właśnie zacząłem pluć krwią. Myślicie, że trzeba coś z tym zrobić? – zapytał kolegów.

Faceci biorą życie na klatę, gdy okazuje się, że ta klata boli, czasem nie wiedzą jak się zachować? Zdają się być zdezorientowani – czy to tak w ogóle może być, że mi coś dolega? Dlaczego się tak dzieje? Myślę, że niebagatelne znaczenie ma tutaj mit „chłopaki nie płaczą”.

Na placu zabaw

„Maciusiu jesteś najbardziej niegrzecznym dzieckiem z całej piaskownicy! Zobacz wszystkie dzieci się z ciebie śmieją” – usłyszał dziś chłopiec. Płakał, bo oberwał od opiekunki za to, że zabrał koledze łopatkę.
„Boisz się? Weź przestań. Ale z ciebie tchórz?” – słyszałam wczoraj. Babcia mówiła do chłopca, który nie chciał przejść po zdezelowanym zwodzonym moście na jednym z placyków zabaw.
„Nie płacz, o zobacz dziewczynka się z ciebie śmieje” – to słyszę bardzo często.
„Mamo wstydzę się.” „Wstydzisz się? Oj chyba nie. Mamusia ci mówi, że już jesteś duży i nie wolno się wstydzić.”

Na placach zabaw słyszę (o zgrozo!) takie rzeczy, które mamusie, babcie, ciotunie, tatusiowie wujkowie mówią chłopcom (dziewczyny też są w ten sposób gaszone i zawstydzane, to już temat na osobny artykuł. Sorry dzisiaj o chłopakach. Oni też są bardzo ważni). W ten sposób ich zawstydzają poniżają i uczą, że odczuwanie emocji jak strach, wstyd, smutek – to coś złego! Jak to się ma do współczesnych tatusiów? Oni prawdopodobnie słyszeli to samo. To tradycje wychowawcze przekazywane z pokolenia na pokolenie. Stąd mogą się brać trudności w mówieniu o emocjach, odczuciach, potrzebach. W dorosłym życiu może to negatywnie rzutować na relacje. Mit „chłopaki nie płaczą” jest szkodliwy! Zawstydzanie, poniżanie i porównywanie do innych obniża samoocenę dziecka i negatywnie odbija się na jego psychice.

Klaps – to bicie!

Kolejnym wyzwaniem stojącym, przed współczesnymi tatusiami jest postępująca (pomału, ale zawsze) zmiana akceptowanych społecznie metod wychowawczych. Najlepiej to widać na przykładzie bicia dzieci. Jeszcze niedawno przysłowiowy „klaps” czy nawet „lanie pasem” było traktowane jako metoda wychowawcza. Obecnie jest to prawnie zakazane i karalne. „Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych”, brzmi przepis wprowadzony do kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w 2010  r.1 Od wprowadzenia przepisu do zmiany mentalności droga daleka, ale coraz większa jest świadomość spustoszenia jakie kary cielesne robią w psychice małego dziecka i jak bardzo osłabiają więź z rodzicem.2 Większość osób, które stosuje klapsy jako metodę wychowawczą, z którymi rozmawiałam, czuje się nie w porządku wobec dzieci. Chcieliby to zmienić, często nie wiedzą na co? Brakuje im narzędzi wychowawczych, którymi mogliby zastąpić bicie. Sami niejednokrotnie dostawali w skórę, byli stawiani do kąta albo „tresowani” innymi sposobami, a teraz nabierają świadomości że coś tu nie gra. Model wychowawczy, który sami otrzymali chcą zmienić i zastąpić nowym, często nie mając do tego odpowiednich umiejętności. Nie ma żadnych przygotowywanych programowo zajęć, wykładów które by do roli ojca przygotowywały. Jest tylko szkoła rodzenia, ale tam można się dowiedzieć sporo informacji o porodzie i pielęgnacji noworodka. I tyle. Jest cała masa książek, kursów, warsztatów, organizowanych przez rozmaite fundacje, stowarzyszenia, wspólnoty, na których można nauczyć się metod wychowawczych opartych na szacunku, ale nie każdy ma do nich dostęp (pewnie są i tacy, którzy tego typu wsparcia nie potrzebują). Poza tym, by na nie dotrzeć potrzeba nieraz sporego samozaparcia. Wyobraźmy sobie, że ojciec, który w dużym mieście wraca do domu po pracy koło 18:00-19:00 (szczęściarz, niektórzy wracają o 22:00) ma jeszcze iść na kurs wychowawczy? Są rodzice, którzy mimo przeszkód z tego typu rozwiązań korzystają. Chcę tylko uświadomić, że bywa to trudne i obciążające. Tatusiowie uczą się nowych form komunikacji z dziećmi: „aktywnego słuchania”, mówienia o emocjach, akceptowania, wspólnego szukania rozwiązań problemów. Od ich determinacji, czasu, zdolności do autorefleksji, okoliczności życiowych, nieocenionej współpracy z żonami i wielu innych czynników, zależy jaki model ojcostwa wypracują. I chwała im za ten trud!

Nie bierz na ręce!

Mam wrażenie, że wcześniej nieobecność ojców w życiu dzieci była bardziej społecznie akceptowana. Wychowanie stanowiło domenę kobiet. Kiedyś wujek powiedział: „Żona wychowywała dzieci surowo”. Zastanowiło mnie to. Jak to – ona wychowywała? A on? Gdzie był? Nie chcę oceniać. Historia każdego człowieka jest inna. Ale to zdanie skłoniło mnie do refleksji. Myślę, że nasi ojcowie musieli stawić czoła innym wyzwaniom, oczekiwaniom społecznym niż ci obecni. Nie mniej jednak każde pokolenie ma swoje trudności do przepracowania. Naszą jest w mojej opinii między innymi to: zmiana świadomości i sposobu postrzegania relacji z dziećmi i zamiana sposobów wychowawczych. Do tego zdarza się, że współcześni tatusiowie bywają niedoceniani przez własnych ojców. Czasem są wręcz deprymowani. Co ty? Przytulasz dziecko? Bierzesz na ręce? Jeszcze ci się przyzwyczai! – słyszy czasem młody tata od swojego ojca. To nie jest wspierające.

Ojciec moich dzieci

Tego artykułu nie było by, gdyby nie mój mąż. Przypatruję mu się z podziwem. Jak słucha dzieci, poświęca czas, stara się je zrozumieć, mimo, że czasem strzelą focha. Widzę jak ważne jest dla dzieci to, że tato wpuszcza je do swojego świata. Na przykład dzieli z nimi swoją pasję sportową. Ostatnio córka namówiła mnie żebym kupiła album z piłkarzami, do którego powklejała skrzętnie kolekcjonowane naklejki (nie zauważyłam kiedy udało się jej tyle nazbierać). „Zrobimy tacie niespodziankę!” – powiedziała. Mąż bardzo się ucieszył.

Nie da się opisać wyrazu jej twarzy gdy Tato powie: „Moja księżniczko, jak pięknie wyglądasz!”

Uwielbiam tatusiowe „męskie sposoby” na zajmowanie się dziećmi. Jak chociażby historie na dobranoc:

– Długo usypiałeś młodą? – pytam

– Nie. Krótko, opowiedziałem jej bajkę o wiertarce i zasnęła.

Nie wpadłabym na to! Ja zazwyczaj opowiadam bajki o księżniczkach, a tu proszę jaka kreatywność!

Obecność taty w życiu dzieci jest niezastąpiona. Daje im oparcie, poczucie bezpieczeństwa, dodaje skrzydeł.

Wspólny front

Gdy zastanawialiśmy się jaki sposób wychowywania dzieci jest nam najbliższy, oboje byliśmy zgodni, że chcemy zrezygnować z przemocy. Bardzo wspierający w tym temacie okazał się dla nas Trening Skutecznego Rodzica, o którym wspomniałam w artykule „Maska z tlenem.” Nie jesteśmy perfekcyjnymi rodzicami. Popełniamy błędy, ale staramy się nad sobą pracować. Obojgu nam zależy by stworzyć głęboką opartą na szacunku i zaufaniu więź z naszymi dziećmi.

Szczęśliwy ojciec – szczęśliwa rodzina

Współcześni tatusiowe mają do pokonania wiele przeszkód, stereotypowe myślenie o facetach, mit „chłopaki nie płaczą”, zmianę akceptowanych społecznie metod wychowawczych, czasem brak obecności ojca, zaangażowanego w wychowanie w ich własnym życiu. To są tylko te, które zauważam na pewno jest ich więcej.

Ostatnio czytałam artykuł: „Niedoceniany Ojciec Polak. Czy jestem „tym gorszym” rodzicem?” Pomyślałam sobie. „Ojciec Polak”? – pierwszy raz słyszę! Podczas gdy określenie: „Matka Polka” jest w powszechnym użyciu. To skłania do refleksji. Przecież „Ojciec Polak” brzmi dumnie!

Tam gdzie kwitnie zaangażowane ojcostwo, następuje rozkwit rodziny. Fundacja Szczęśliwe Macierzyństwo w 2009 roku zainicjowała akcję społeczną pod hasłem: „Szczęśliwa mama – szczęśliwe dziecko”. Dziś to hasło jest powszechnie znane. Może pora wypromować kolejne: „Szczęśliwy tata – szczęśliwa rodzina”?

 

 

Linki:

1 https://bezprawnik.pl/bicie-dzieci-prawo/

2 https://www.dziecinstwobezprzemocy.pl/strona.php?p=36

https://mataja.pl/2016/04/czy-klapsy-rzeczywiscie-szkoda-nowe-badania/

3 „Przemoc w domu” – jest jedną z przyczyn depresji u dzieci w artykule: https://twarzedepresji.pl/o-depresji-u-dzieci/

 

 

 

Mity rodzinne

 

W zeszłą sobotę byliśmy z rodziną na ślubie. Podczas mszy świętej na zakończenie kazania ksiądz życzył pannie młodej spełnienia w małżeństwie i w macierzyństwie. „Bo jaka może być lepsza kariera dla kobiety niż rola żony i matki” –powiedział kończąc kazanie. Niby prawda, ale jednak bardzo mnie to zirytowało.

Po roku od urodzeniu pierwszego dziecka wróciłam do pracy. Pewnego dnia, gdy szłam rano do biura natknęłam się na księdza, który znał mnie ze wspólnoty. Co tutaj robisz? – zagadnął. Idę do pracy – odpowiedziałam. Dlaczego? –  zapytał. Zaczęłam się tłumaczyć… a teraz sobie myślę czy kobieta – matka musi się usprawiedliwiać z tego że idzie do pracy? Czy jej nie wypada? Mam wrażenie, że w artykule „Maska z tlenem”1 poruszyłam tematu tabu. Napomknęłam o tym, że bycie w domu z dziećmi może być frustrujące. Według wspomnianej wcześniej opinii bycie żoną, rodzenie i wychowanie dzieci to szczyt kobiecych aspiracji. Przy takim założeniu mówienie o związanych z tym trudnościach, kryzysach wydaje się być nie na miejscu. Uważam, że dzieci są największym skarbem świata i jestem fanką małżeństwa. Przy czym z moich obserwacji wnioskuję, że stereotypy, mity związane z rolą żony, męża, macierzyństwa, ojcostwa są bardzo szkodliwe i mogą destrukcyjnie wpływać na relacje między ludźmi. Profilaktyką tej niszczącej siły, jest otwarta rozmowa o problemach.

Na tropie mitu.

Parafrazując socjologiczną definicję autorstwa Émile’a Durkheim’a2 mit jest wyobrażeniem, esencją opinii danej społeczności na temat rzeczywistości. Utrwalonym przez społeczność osądem, przekonaniem. Zawęża obraz rzeczywistości i przez to go wykrzywia.

Przeglądając Internet trafiłam na artykuł ks. Prof. Dr hab. Andrzeja Zwolińskiego dotyczący kryzysu ojcostwa. Pisze on: „… przesyt nadopiekuńczości matek, zbytnia kontrola dziecka przez nie, ograniczenie wolności, nacisk emocjonalny, często też obarczanie dzieci swymi osobistymi problemami, w istotnym stopniu deformuje dążenie dzieci do dojrzałości. Dzieci wybaczają jednak matkom te matczyne słabości, pamiętając o ich ofiarności i poświęceniu.” 3

Trafiłam na trop mitu! Dlaczego jest on szkodliwy? Już wyjaśniam. Według księdza Andrzeja, „ofiara i poświęcenie”  usprawiedliwiają stosowanie przez matki manipulacji emocjonalnej, presji psychicznej itp. Zdecydowanie się  z tym nie zgadzam! Moim zdaniem taka relacja jest niezdrowa, toksyczna. Dzieci nie mogą ponosić odpowiedzialności za frustracje swojej rodzicielki, czy jej osobiste problemy. To ona jest odpowiedzialna za to by zrobić ze sobą „porządek”, szukać sposobów by sobie pomóc. Poza tym, czy taka postawa nie psuje relacji między małżonkami, między ojcem a dziećmi? Wspomniany artykuł dotyczy kryzysu ojcostwa, jako jego przyczyny autor wskazuje między innymi męską słabość i niedojrzałość. Moim zdaniem duży wpływ na powstawanie tego kryzysu mogą mieć także matki. Jeśli nie dają mężczyźnie przestrzeni by mógł relację z dziećmi rozwinąć. Gdy nie wspierają, nie motywują, nie pozwalają na to by jego relacja z podopiecznymi stała się budująca i ważna, mężczyzna może się zniechęcić i wycofać. Niedawno podobny temat pojawił się na portalu Deon.pl w artykule pod tytułem: „Zostawiłaś je SAME?!” – zapytała, kiedy dzieci zostały w domu z tatą”.4 Polecam Wam jego lekturę. Kiedy mąż nie realizuje się jako ojciec i cały ciężar wychowania spada na matkę istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że atmosfera w rodzinie będzie napięta. Wspomniany Ksiądz Andrzej Zwoliński  sugeruje, że tego typu relacje są normą. Jeśli to prawda, przyznam, że jest to bardzo niepokojące.

 

Halo tu mama!

Do dorosłego, pracującego mężczyzny przynajmniej raz dziennie dzwoni mama. Prosi o zdanie relacji z minionego dnia. Zleca wykonanie jakiejś przysługi. Gdy syn nie chce spełnić którejś z próśb, słyszy, że jest niewdzięcznikiem, że mu już w ogóle na niej nie zależy, że zawiodła się na nim. Kierowany poczuciem winy w końcu spełnia prośbę. Ten człowiek ma żonę i kilkuletnie dziecko. Żona chciałaby czuć, że wraz z ich pociechą są najważniejszymi osobami w jego życiu, jednak on zdezorientowany, nie wie jak się zachować, zazwyczaj wybiera mamę. Z tego powodu między małżonkami często dochodzi do awantur. Sytuacja jest na tyle napięta, że myśleli o rozwodzie. Postanowili dać małżeństwu ostatnią szansę i poszli na terapię. Co tydzień mają spotkania z psychologiem. Gdy zaczyna się między nimi układać wystarczy jedna wizyta mamy, by z powrotem wywołać napięcia i spory. Nie jest to niestety fikcja literacka, ale życie. Miłość za którą nieustannie trzeba płacić rachunek może niszczyć relacje wielu osób w tym przypadku jest źródłem cierpienia dla syna jego żony i ich kilkuletniego dziecka.
Takich historii jest niestety wiele. Żyjemy w czasach gdy liczba rozwodów to 44 % małżeństw (w miastach, na wsi ten współczynnik wynosi 22,7%)5. Dziś odwiedziła mnie koleżanka. Powiedziała – Słuchaj! Byłam w zeszłym tygodniu na komunii mojego chrześniaka. 90% dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej wraz z nim, była z rozbitych małżeństw! Przeraziłyśmy się skalą tego zjawiska. Do rozpadu więzi między małżonkami niejednokrotnie przyczyniają się toksyczni rodzice i teściowie. W tej kwestii także szkodliwy może być wpływ mitu „ofiarnej matki Polki”, która musi poświęcić się i tym poświęceniem się uświęcić. Papież Franciszek w Adhortacj „Gaudete et Exsultate” pisze, że możemy uświęcać się w naszej codzienności: „Jesteś żonaty albo jesteś mężatką? Bądź świętym, kochając i troszcząc się o męża lub żonę, jak Chrystus o Kościół.”6 Nas małżonków uświęca wzajemna troska i miłość. Wątpliwe jest dla mnie czy Papież ma na myśli przejęcie całej odpowiedzialności za wychowanie dzieci przez matkę i zepchnięcie ojca na margines życia rodzinnego? Czy to przynosi dobre owoce? Z tego co widzę i słyszę w takich rodzinach raczej piętrzą się między ludźmi napięcia, problemy emocjonalne, które często przenoszone są na kolejne pokolenia.

 

Być „darem”.

Z moich obserwacji, doświadczeń i zasłyszanych historii ukułam takie dwa określenia na relacje rodzinne: „rodzicielstwo – dar”  i „rodzicielstwo – ofiara i poświęcenie”. Pierwszy typ relacji ma miejsce wtedy, gdy wychodzimy z założenia, że dzieci są dobre i ich dążenie do samodzielności też jest dobre. Uważamy, że dzieci są nam równe. To znaczy w takim samym stopniu jak my zasługują na szacunek i na to by ich wysłuchać. Mają te same prawa. Wkład w ich rozwój, opieka nad nimi jest im ofiarowywana bezinteresownie. Czujemy się odpowiedzialni za to co mówimy i jak się wobec nich zachowujemy. Gdy zdarza się, że ogrom obowiązków i wyzwań staje się frustrujący staramy się szukać rozwiązań by sobie pomóc.

„Rodzicielstwo – ofiara i poświęcenie” to przeżywanie relacji w sposób roszczeniowy: dajemy więc należy nam się coś w zamian. Oczekujemy wdzięczności, zaspokojenia własnych ambicji, możliwości sterowania życiem dziecka, czy kontrolowania go. Przyznajemy sobie prawo do odreagowywania na naszych podopiecznych swoich frustracji. Uważamy siebie za wszystkowiedzącą wyrocznię, która nie może  „zniżać się” do poziomu dziecka i wchodzić z nim w dialog. Poświęcenie sprawia, że dzieci stają się naszymi wieczystymi dłużnikami. Nie ufamy im, w końcu to my „wiemy lepiej”. Nie wierzymy, że bez naszej kontroli są w stanie przetrwać w świecie. Chęć usamodzielnienia się potomka traktujemy jako zdradę, niewdzięczność. Taka relacja w moim odczuciu hamuje rozwój dziecka i jest niszcząca.

 

Co za tym stoi?

Myślę że jedną z przyczyn niszczących relacji jest brak uporządkowanej miłości samego siebie. Jeśli nie potrafię, przyjąć, polubić tego kim jestem, źle się ze sobą czuję – nie potrafię poczuć się dobrze z innymi. Mam wrażenie, że czasem zapominamy o drugim członie przykazania miłości bliźniego, które brzmi: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Niejednokrotnie właśnie praca zawodowa czy realizowanie swoich talentów, pasji jest dla kobiety sposobem dbania o siebie. Brak zadowolenia z tego kim się jest, co się robi, brak satysfakcji z życia odbija się negatywnie na naszych potomkach. Tak jak we wspomnianym przykładzie gdzie matka rywalizuje o uwagę syna z synową i wnuczkiem.

Dziękuję Ci mamo i tato!

Moja mama i tata wychowywali nas w trudnych warunkach. Zmagali się z wieloma przeciwnościami, mimo to, nigdy nie usłyszałam od nich słów: „tyle dla ciebie poświęciliśmy”. Dali mi to wszystko „za darmo” i to jest w tym co przeszli najpiękniejsze. I za ten dar bardzo im dziękuję!

Za darmo.

Gdy zauważam, że moje macierzyństwo zaczyna dryfować w kierunku „poświęcania się” i na usta ciśnie się patetyczny ton: „ja dla was tyle zrobiłam, a wy co?”, rozpoznaję, że już pora na chwilę oddechu. Zdrowa miłość to obdarowywanie sobą. Dawanie w taki sposób by nie wystawiać drugiej osobie „rachunku”. By jej nie traktować jak dłużnika. Jeśli rodzina kojarzy się tylko z „krzyżem pańskim” i „skaraniem boskim”, jeśli rodzice uważają, że mają prawo sterować swoim dorosłym dzieckiem, albo czują, że ich „ofiara i poświęcenie” usprawiedliwia odreagowywanie na nim własnych frustracji, to znak, że trzeba nad sobą popracować. Wziąć za siebie odpowiedzialność. Trzeba nauczyć się kochać siebie, bo wtedy jesteśmy zdolni kochać innych. „Radosnego dawcę miłuje Bóg”7  -myślę ze człowiek też miłuje radosnego dawce, bo taki dar, taka miłość daje wolność. Darmo dostaliśmy – darmo dawajmy!8 To ma sens!

 

 

Przypisy:

1https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/04/13/tlen/

2 Definicja socjologiczna autorstwa Émile’a Durkheim’a : „… mit jest zespołem wyobrażeniowym, który odzwierciedla w sposób symboliczny pewną wspólną dla danej społeczności koncepcję rzeczywistości, będącym zarazem przedmiotem fascynacji dla członków tej społeczności i przejawem dominującej ideologii zniekształcającej odbiór rzeczywistości…”. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Mit

3 https://opoka.org.pl/biblioteka/I/IP/mrodzina201601-ojcostwo.html

4 https://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ojcostwo/art,172,zostawilas-je-same-zapytala-kiedy-dzieci-zostaly-w-domu-z-tata.html

5 https://www.rp.pl/Spoleczenstwo/302029849-Jak-czesto-rozwodza-sie-Polacy.html

6 https://w2.vatican.va/content/francesco/pl/apost_exhortations/documents/papa-francesco_esortazione-ap_20180319_gaudete-et-exsultate.html, punkt 14.

7 https://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=1007

8 Biblia Tysiąclecia. Ewangelia św. Mateusza 10, 8 „Darmo otrzymaliście – darmo dawajcie.”

 

 

 

 

 

Czuję się tak dobrze, spoglądam na ciebie, więc po prostu tańcz, tańcz, tańcz, no dalej

Weszłam dziś rano do pokoju pełnego porozrzucanych ubrań i zabawek. Czułam, że potrzebuję  wspomagania, żeby to ogarnąć. Choćby dobrej muzyki. Przeglądając YouTube trafiłam na utwór Justina Timberlake’a.

Zdecydowanie dodał mi energii, z tym, że najpierw musiałam chwilę potańczyć. Uwaga ta piosenka jest niebezpieczna – wyrywa z fotela! Jeśli macie ochotę na radość, zapraszam do tańca! W teledysku tańczy między innymi pani kelnerka w kawiarni, pan przed zakładem fryzjerskim, kobieta w pralni, ekspedient między regałami sklepu. Pomyślałam sobie: gdyby słowa tej piosenki odnieść do Tego jak nas widzi Bóg? Gdyby to On do nas śpiewał: „nie mogę oderwać od ciebie wzroku kiedy tańczysz!” Spróbowałam to sobie wyobrazić… Ciekawe w jakich sytuacjach zastanie was ta piosenka? Może wyrwie zza biurka w korporacji? Z wygodnego miejsca w tramwaju, albo z samego środka tysiąca pilnych spraw do załatwienia? Kto jest waszym faworytem? Dla mnie Dennis z supermarketu i Jonah – pan w garniaku.

„Nie widzę niczego oprócz ciebie, gdy tańczysz,
(nie mogę powstrzymać tego uczucia)
czuję się tak dobrze, spoglądam na ciebie,
więc po prostu tańcz, tańcz, tańcz, no dalej…”

 

Good luck!

 

*Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirował mnie wpis Pana Rafała:

Bóg adoruje człowieka!

„My favorite things”

„My favorite things” to piosenka z Broadwayowskiego musicalu „The Sound of Music” z 1959 roku autorstwaRicharda Rodgersa i Oscara Hammersteina II. W wersji filmowej z 1965 roku śpiewa ją Julie Andrews. Słowa piosenki są odniesieniem do rzeczy, które jej postać – Maria kocha, takich jak „krople deszczu na różach i wąsy kociąt. Jasne miedziane czajniki i ciepłe wełniane rękawiczki”. Maria przywołuje te rzeczy by poprawić sobie nastrój, gdy jest jej smutno. „My favorite things” –  to także jeden z najważniejszych albumów jazzowych autorstwa amerykańskiego jazzmana Johna Coltrane’a, wydany w 1961 roku. Płyta zawiera jazzowe interpretacje standardów popowych, między innymi wspomnianej piosenki z musicalu „Dźwięki Muzyki”. Poza wersją Coltrane’a https://www.youtube.com/watch?v=qWG2dsXV5HI  najbardziej polecam pełne energii wykonanie Kelly Clarkson: https://www.youtube.com/watch?v=900UL24AUUM.

W jednym z moich ulubionych filmów – „Amelii” z 2001 r. jest scena, w której główna bohaterka mówi o  czynnościach, które sprawiają jej radość. Są to: obserwowanie w trakcie seansu kinowego twarzy innych widzów, zanurzanie ręki głęboko w worku z ziarnem, rozbijanie łyżeczką skorupki karmelu na kremie, puszczanie kaczek na kanale św. Marcina. Ta scena z resztą kończy się piękną fortepianową kompozycją: https://www.youtube.com/watch?v=rDVpUUMj7gw . Tytułowa bohaterka nie miała łatwego dzieciństwa. Nie otrzymała zbyt wiele czułości od zachowawczego ojca i nerwowej matki. Mimo to dorosłej Amelii udało się ocalić wrażliwość na świat i ludzi żyjących wokół niej. Przypadek sprawia, że zaczyna wykorzystywać swoją uważność na otaczającą ją rzeczywistość, do pomagania innym. Jej ukryta działalność dostarcza wiele radości i wzruszeń jej sąsiadowi, przypadkowemu nieznajomemu a także jej ojcu. Wreszcie i sama Amelia znajduje szczęście u boku tajemniczego mężczyzny z fotografii. Zachwyca mnie w tym filmie poetycka narracja. Rzeczywistość staje się magiczna, przy czym każdy jej szczegół, każdy detal ma swoje niezastąpione miejsce i swoje znaczenie. W dzisiejszym świecie, w którym ciągle za czymś gonimy, nader często gubią się nam małe radości i cuda, które codziennie dzieją się wokół nas. Mało tego, w natłoku bodźców i pilnych spraw nie raz gubimy się sami sobie. Sami siebie coraz mniej znamy.  „Favorite things” pomagają bohaterom musicalu i filmu Amelia, przetrwać trudne chwile i zachować wrażliwość.

Tłumaczenie na Polski przytoczonego tytułu piosenki brzmi – „ulubione rzeczy” – ale to określenie jest trochę toporne. Poetom wolno więcej, więc pozwoliłam sobie na potrzeby tego wpisu stworzyć nowe słowo ulubioności – jak wam się podoba?

Chciałabym dzisiaj zaprosić was do zastanowienia się nad tym, jakie są wasze ulubioności? Chcę was, drodzy czytelnicy zachęcić by ich szukać. Gdyby ktoś miał ochotę się podzielić byłoby super. Tymczasem ja podzielę się swoimi.

„My favorite things” – moje ulubioności

Dzisiaj ku mojemu zaskoczeniu zorientowałam się, że jedną z moich ulubionych czynności jest usuwanie plam mydełkiem do odplamiania i patrzenie jak znikają. Autentycznie sprawia mi to frajdę. Lubię też, gdy jest burza, obserwować błyskawice. Lubię zapach spryskiwaczy do szyb w samochodzie – już na zawsze będzie mi się kojarzył z pewną wyprawą rodzinną do Szczyrku wiele lat temu. Uwielbiam patrzeć na liście kołyszące się na wietrze, jeździć na rowerze po lesie, chodzić boso po trawie, pływać w jeziorze w czasie deszczu.

„My familly favorite things” – moje ulubioności związane z rodziną

Czytanie bajek. Dzięki dzieciom mogę wrócić do tych książek, które sama kochałam jako dziecko. Sprawia mi dużą radość, gdy podobnie entuzjastycznie reagują na te bajki, które sama lubiłam. Są to na przykład „Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy, czy „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa.

Słuchanie. Lubię przysłuchiwać się rozmowom między dziećmi, przyglądać ich sposobowi postrzegania świata.

Przytulanie. Cieszy nas przytulanie. Choć zauważam, że im my jesteśmy starsi tym bardziej chcemy się przytulać – im dzieci są starsze tym chcą mniej.

Kreatywność. Lubię patrzeć, gdy dzieci coś tworzą, choćby to była kulka z plasteliny albo sieć kolorowych kresek pod tytułem „mama”.

 

Myślę, że nasze „favorite things” są ważne. Po co nam są? Może po to, by jak mówi piosenka, kiedy przyjdą gorsze chwile, nie było nam tak smutno? By uczyć się cieszyć życiem, smakować je? By zauważać codzienne małe cuda? Macie jeszcze jakieś pomysły? Życzę wam udanej majówki!

 

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowym wpisie, napisz do mnie na adres: almadecasa03@gmail.com

 

 

 

Maska z tlenem

Rozmowa

Jakiś czas temu w moim życiu nastąpiła zmiana. Wszystko dzięki rozmowie z przyjaciółką. Wymieniałyśmy spostrzeżenia na temat macierzyństwa, związanej z nim radości, wyzwaniach i trudach. Podzieliłam się swoim marzeniem o pisaniu bloga. Opowiedziałam, że mam wiele planów i pomysłów, ale boję się je zrealizować. Zapytała – dlaczego? Odpowiedziałam, że mam głębokie przekonanie, że jeśli zacznę robić coś dla siebie to zabiorę cenny czas swoim dzieciom i mężowi. Oni na tym stracą. Co więcej myślę, że będą przeze mnie cierpieli. Wtedy ona zadała mi jedno proste pytanie:
– W razie awarii w samolocie, gdy spada ciśnienie, komu trzeba najpierw założyć maskę z tlenem – dziecku, czy  sobie?
– Odpowiedziałam – dziecku.
– Nie – zaprzeczyła – sobie!
– Naprawdę? – zapytałam z niedowierzaniem.
– Żeby uratować swoje dziecko, najpierw musisz pomóc sobie – odpowiedziała.
– Czyli przekładając to na moją codzienność – to nie będzie nic złego, jeśli zrobię coś dla siebie, zacznę spełniać marzenia?
Moi bliscy na tym nie stracą? Nie będą przeze mnie cierpieli?
– Przeciwnie, nauczysz swoje dzieci jak się dba o siebie. Jak się realizuje marzenia – usłyszałam
– one najlepiej uczą się przez przykład.

To skłoniło mnie do refleksji

Instrukcja zakładania maski z tlenem w samolocie

Po powrocie do domu chciałam sprawdzić tą informację. W Internecie znalazłam taki artykuł:

„Dlaczego, gdy w samolocie zmieni się ciśnienie, maskę należy założyć najpierw sobie, a nie dziecku?

(…) Ważne, byś pamiętał, że właśnie ta kolejność ma kluczowe znaczenie. Okazuje się, że jeśli właśnie w takiej sytuacji zawahałbyś się choć przez chwilę, a maskę założył najpierw dziecku, objawy niedotlenienia poważnie by Cię osłabiły i wprawiły w dezorientację. Sam będąc niedotleniony, mógłbyś mieć problemy z rozpoznawaniem twarzy i kształtów.  To sprawiłoby, że nie byłbyś w stanie sam sobie założyć maski, co ostatecznie doprowadziłoby do niedotlenienia i utraty przytomności. Pamiętaj – kiedy ciśnienie gwałtownie spadnie, masz kilka sekund, zanim poziom tlenu zbliży się do niebezpiecznie niskiego punktu, by założyć sobie maskę. Kiedy ty będziesz mógł normalnie oddychać, będziesz w stanie zadbać również o bezpieczeństwo twoich dzieci.” (1)

Więc to prawda! To nie jest jakiś chwyt, wymysł, teoria. To czysty pragmatyzm, od którego zależy życie moje i mojego dziecka! Po tym odkryciu poczułam, że coś w sposobie myślenia o sobie, swoim miejscu w rodzinie muszę zmienić. Dużo czasu upłynęło zanim to przyswoiłam i zaczęłam wcielać w życie. Może dla wielu z was brzmi to zabawnie, ale dla mnie wyjście z przekonania, że muszę każdą chwilę poświęcać dzieciom i ich potrzebom do przejścia w stan – jestem równie ważna co one – zajęło trochę czasu.

Wiem jedno, było to bardzo uwalniające doświadczenie. Mogę zrobić coś dla siebie i świat się nie zawali! Alleluja!

Źródło

Zastanawiałam się skąd bierze się to moje przekonanie, że robiąc coś dla siebie – zabieram coś innym. Mam kilka tropów, podzielę się z wami jednym z nich.

Od ważnej dla mnie osoby z mojej rodziny usłyszałam kiedyś takie słowa: „Natalka, jesteś taka prawdziwa „matka Polka” – nic dla siebie, wszystko dla dzieci”. Moja rozmówczyni nie miała nic złego na myśli, chciała mnie pochwalić, żebym się czuła doceniona. Powiedziała to w duchu, w którym sama została wychowana, według przekonań, które wpoiła jej zapewne jej mama. Te słowa dały mi do myślenia. A więc wzór „matki Polki”, przekazywany z pokolenia na pokolenie przez moją rodzinę jest taki: „nic dla siebie – wszystko dla dzieci”.  Moje przekonanie o tym, że robiąc coś dla siebie zabieram coś moim dzieciom, nie wzięło się z powietrza! Ucieszyłam się nawet, że te słowa padły, przynajmniej zrozumiałam skąd to mam.

Helikopter vs paznokcie noworodka

Jak wspomniałam wcześniej, zajmuję się domem. Po skończeniu studiów, kilku latach pracy, to jest teraz mój „zawód”. Jest to świadoma decyzja, tak wybrałam. Będąc w domu, czuję, że to co ważne mnie nie „omija”, pierwszy krok, pierwsze słowo. Mam też czas na refleksję nad swoim macierzyństwem, gdy widzę, że nie potrafię pomóc mojemu dziecku, porozumieć się z nim, gdy w jakiejś dziedzinie brakuje mi wiedzy czy umiejętności mam czas by to przemyśleć, zasięgnąć rady, wybrać się na warsztaty dla rodziców itp. Mam czas by rozmawiać o tym czym, żyją, o ich problemach. Byłoby mi o wiele trudniej gdybym wracała do domu po pracy o 18 lub 19. I tu, z całą stanowczością zaznaczam, że nie czuję się lepsza od mam, które pracują! Powrót do pracy dla mam to często po prostu konieczność, a czasem właśnie praca jest – „maską z tlenem”, dzięki której kobieta czuje się spełniona, zrealizowana i ma więcej „serca” do dzieci, niż gdyby była w domu. Nie twierdzę też, że nigdy nie wrócę do pracy. Po prostu na razie – nie. Mój wybór. Bycie w domu daje mi spokój i poczucie, że jestem na swoim miejscu. Nie znaczy to jednak, że jest to łatwe. Często jest po prostu frustrujące. Dam wam pewien przykład.

Przed urodzeniem dzieci miałam przyjemność pracować w Agencji Reklamowej, którą tworzy dwóch przyjaciół. Są to ludzie, którzy żyją z pasją, kochają to co robią. Bardzo ich polubiłam. Kilka tygodni po porodzie zadzwoniłam do nich zapytać co słychać?

– Super, właśnie wczoraj robiliśmy zdjęcia Warszawy z helikoptera do najnowszej reklamy. Było niesamowicie. Przepiękne widoki, zapierające dech w piersiach. A co u Ciebie?

Hmm, pomyślałam sobie, cóż ja? Największym moim sukcesem tego dnia było obcięcie mojemu dziecku paznokci. Byłam autentycznie dumna z siebie. To jest nie lada wyzwanie – obciąć pazurki na paluszkach o szerokości 5 mm, będących w stałym ruchu. Pochwaliłam się – mój szef potrafi to docenić, sam ma czworo dzieci.

Kilka lat temu, wraz z mężem wzięliśmy udział w warsztatach TSR – Trening Skutecznego Rodzica, opracowanych na podstawie książki dr. Thomasa Gordona „Wychowanie bez porażek.” Te warsztaty bardzo nam pomogły, wniosły dużo dobrego do naszej rodziny. Poznaliśmy wtedy „Piramidę Potrzeb” Abrahama Maslowa (2). Ludzkie potrzeby są różne, od tych najbardziej podstawowych, fizjologicznych jak jedzenie, potrzeba snu, po te wyższego rzędu jak potrzeba bezpieczeństwa, bycia kochanym, samorealizacji, potrzeba bycia docenionym. Jesteśmy ludźmi – mamy potrzeby. Potrzebujemy czuć się docenieni, czuć, że to co robimy ma sens. Przykład z helikopterem i paznokciami pokazuje, jak duża może być rozbieżność między poziomem zaspokojenia potrzeby samorealizacji, sukcesu w pracy i w domu. Będąc w pracy między ludźmi masz okazję do częstszej „gratyfikacji emocjonalnej” za to co robisz. Ile emocji, adrenaliny, zachwytu może wywołać lot helikopterem nad miastem? Ile emocji może dostarczyć obcinanie noworodkowi paznokci? Będąc w pracy, możesz miło porozmawiać z kolegą, zrealizować udany projekt, zostać pochwalony, wygrać przetarg. Będąc w domu, nikt Cię raczej nie pochwali za te obcięte paznokcie. Nawet jeśli (z moim mężem mamy zwyczaj chwalić się nawzajem za drobne rzeczy) one zaraz odrosną i za tydzień będziesz musiała zrobić to samo. Nikt nie „zaklaszcze” za dobrze przewiniętą pieluchę. Będziesz ich musiała tego dnia przewinąć jeszcze z pięć, pomnożone przez przynajmniej 365 – liczbę dni pierwszego roku życia dziecka. A jeszcze może przy okazji usłyszysz, że te pieluchy są złe i nieekologicznie, bo twoja koleżanka używa tetrowych i one są bardziej „eko”, albo usłyszysz od Cioci, że przewijasz krzywo, od babci, że za często, a na forum w Internecie przeczytasz, żeby w ogóle zrezygnować z pieluch. To jest temat rzeka – presja jaka dotyka współczesne mamy – kiedyś jeszcze do tego wrócę, ale nie wszystko na raz. Trudno jest z takich „czynności” czerpać satysfakcję  (choć nie twierdzę, że nie jest to możliwe). Do tego dochodzi wiele innych niespełnionych potrzeb nawet fizjologicznych, jak chociażby potrzeba snu. Nie twierdzę, że bycie w domu to wyłącznie czas frustracji i niespełnienia. Życie rodzinne też może dawać wiele satysfakcji, ale chcę zainspirować te z nas, które czują się przytłoczone codziennymi obowiązkami, by szukały rzeczy, czy takich rozwiązań, które będą dla nich wsparciem, radością, czyli waszym „tlenem”. Mi to bardzo pomogło.

Mój tlen

Moim tlenem są randki z mężem, kiedy tylko ktoś życzliwy popilnuje dzieci, spotkania wspólnoty, pisanie bloga, rozmowa z przyjacielem, spotkanie z koleżanką, wyjście na rower. Ale tlenem jest też fajnie spędzony czas z rodziną, wspólny wypad za miasto, do ZOO, do kina, czasem po prostu wspólne rysowanie czy czytanie bajek. Odkryłam, że aplikowanie sobie „tlenu” działa! Jeśli w ciągu dnia, w ciągu tygodnia w natłoku spraw i zadań udaje mi się wygospodarować czas dla siebie, mam od razu więcej energii, czułości, wyrozumiałości do moich dzieci, do męża.  Nie czuje, że poświęcam się dla nich, nie obciążam ich swoją „ofiarą” z siebie. I myślę, że im też jest lżej i radośniej.

Inspirująca refleksja Carlosa Gonzaleza

Chciałabym dodać jeszcze jedną myśl do dzisiejszych rozważań. Miałam okazję przeczytać bardzo wartościową książkę Carlosa Gonzaleza „Moje dziecko nie chce jeść”. Autor porusza tematykę żywienia dzieci, ale mówi też dużo o relacjach rodzinnych i społecznych. Padają tam między innymi takie słowa: „Jakkolwiek byś nie cierpiała, pamiętaj że twoje dziecko cierpi bardziej”(3). Pan Carlos poświęca tej myśli cały rozdział. Można ją odnieść nie tylko do kwestii żywienia, ale i do życia w ogóle. Gdy sama jestem sfrustrowana, mam mało cierpliwości dla dziecka, krzyczę, ranię je. Moje dziecko jest jeszcze małe, zależne ode mnie. Ono nie ma wpływu na to komu założę „maskę z tlenem” w pierwszej kolejności. Nie zna sąsiadek, koleżanek, a nawet gdy już zna nie może w moim imieniu poprosić o pomoc. Jeśli nie założę sobie maski – ono poniesie tego konsekwencje. Rozwijając tę myśl to jest moje zadanie, mój obowiązek szukać wsparcia, relacji które są dla mnie „tlenem” nie „gazem łzawiącym”, zajęć, pasji, szydełkowania, blogowania, pisania wierszy, wspinania na ściankę, czegokolwiek co sprawia, że jest mi lżej i czuję się radosna bo wtedy przekazuję tą radość swoim dzieciom.

Co jest twoim tlenem?

Do pisania bloga zbierałam się dwa lata. Powstrzymywało mnie przekonanie, że nie jestem dość mądra, dość dobra, albo że zabiorę coś moim bliskim. I po co? Piszę i świat się nie zawalił. Ile naszego twórczego potencjału drogie mamy marnuje się dlatego, że nie pozwalamy sobie na radość? Żyjemy w lęku? W poczuciu, że gdy robimy coś dla siebie – odbieramy coś bliskim?

Rozmowa o tym co należy zrobić w samolocie w razie niebezpieczeństwa, zainspirowała mnie do zmiany myślenia o sobie i swoim miejscu w rodzinie. Odkryłam, że nie muszę czuć się winna, mogę pozwolić sobie na radość. Robiąc coś dla siebie – robię coś ważnego dla mojej rodziny. Gdy nachodzą mnie wątpliwości, że może to nie tak, że zaraz ktoś mnie upomni, że tylko „ofiara i poświęcenie” ma sens – przypominam sobie instrukcję zakładania maski z tlenem w samolocie. To mi pozwala złapać grunt.

 

 

 

Przypisy:

  1. https://podroze.onet.pl/aktualnosci/dlaczego-gdy-w-samolocie-zmieni-sie-cisnienie-maske-nalezy-zalozyc-najpierw-sobie-a/7mshmy
  2. https://mfiles.pl/pl/index.php/Piramida_Maslowa
  3. Carlos Gonzalez „Moje dziecko nie chce jeść.” str. 16

 

Niedziela Miłosierdzia Bożego

Pogoda dopisała. Dzieci zrobiły eksperyment. Umieściły kolorowe balony nad dmuchawą, która oczyszcza powietrze w naszym domu. Balony unosiły się w górę, wirowały. Było dużo śmiechu. Spotkaliśmy się z bliskimi. Lody, spacer. Zuzia ucieszyła się z kasku, który dostała od wujka. Różowy – jej ulubiony kolor. Spodobał jej się tak bardzo, że założyła go na spacer mimo, że szła bez roweru, na piechotę. Plac zabaw tętnił życiem. Spotkaliśmy sąsiadów z dziećmi. Piękny, słoneczny dzień.

W Syrii – atak broni chemicznej. Ofiary to ludność cywilna. Głównie kobiety i dzieci.

Jezu Miłosierny miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

 

Iz 42, 1-4

Jezus Zmartwychwstał Alleluja!

„Łagodny baranek”, ktory ofiarował się za nas w Wielki Piątek, dzisiaj tryumfuje z mocą!

Iz 42, 1-4

„Oto mój Sługa, którego podtrzymuję.
Wybrany mój, w którym mam upodobanie.
Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął;
On przyniesie narodom Prawo.
Nie będzie wołał ni podnosił głosu,
nie da słyszeć krzyku swego na dworze.
Nie złamie trzciny nadłamanej,
nie zagasi knotka o nikłym płomyku.
On niezachwianie przyniesie Prawo.
Nie zniechęci się ani nie załamie,
aż utrwali Prawo na ziemi,
a Jego pouczenia wyczekują wyspy”.
Urzeka mnie w tym fragmencie poetycki opis natury Bożej miłości. Bóg będąc wszechmocny, wszechpotężny, zwycięski, jest jednocześnie łagodny, delikatny i czuły…

Alleluja!

Jesteśmy tłumem dobrych ludzi?

Dziś chcę poruszyć kolejny bolesny temat. Myślę, że współgra z dramatyzmem ewangelicznego Wielkiego Piątku.

Jakiś czas temu miałam okazję obejrzeć film zatytułowany: „Płacz Syrii”. Zainspirował mnie do napisania poniższego wiersza. Film nakręcony został w 2017 roku. Jest o wojnie, która trwa od 2011 roku, między prezydentem Baszarem al-Asadem, a opozycją. Dokument pokazuje codzienne życie Syryjczyków. Ich cierpienie, rozpacz, ale i nadzieję. Ich miłość do ojczyzny, codzienną walkę o chwile „normalności” w ekstremalnych warunkach. Wzruszyła mnie scena, w której dzieci jadą na jeden z ocalałych pośród zbombardowanego miasta, plac zabaw. Są beztroskie, szczęśliwe, śmieją się, bujają na bujaczkach, kręcą na karuzelach. Po czym muszą wracać w pośpiechu – zbliża się kolejny atak bombowy. Ktoś bliski powiedział mi – „nie patrz na to. Jesteś wrażliwa. Tam są drastyczne sceny.” Nie posłuchałam. Po co mi moja wrażliwość, jeśli odwracam wzrok od cierpiącego? Na co mi moja wrażliwość, na co mi mój katolicyzm? Chcę patrzeć! Chcę mieć świadomość tego, co Ci ludzie przeżywają i dlaczego decydują się na emigrację?

 

Wzgardzony

 

Nie było miejsca

abym się narodził

Jednak

żyję

W ciągłej ucieczce

przed nienawiścią

Widziałem, jak się topią

mój ojciec i siostra Adab

Ich łódź przybiła do innego brzegu – mówi mama

Są teraz tam w górze

Mieszkamy

w mieście puszek

Zamknięci

Dłoń przy dłoni

Oddech przy oddechu

Przez dziurę w puszce

widzę kawałek błękitu

Adab jest szczęśliwa

Biały obłok na błękitnym niebie

Macham do niej

Zasnąłem

Śni mi się biały,

potężny ptak

Na jego skrzydłach wzbijam się w górę

ponad miasto cieni

Lecę

Nad lasy, jeziora, drogi, domy

Z wysoka dostrzegam

na zielonej od szczęścia ziemi

dzieci biegają dookoła światła

klaszczą w ręce,

Kolorowe sukienki, lizaki i lody

Widzę tłum ludzi

Zniżamy lot

Chcemy lądować

Lecz silny podmuch strąca nas w otchłań

Tłum

dobrych ludzi

patrzy, jak spadam

Budzę się z krzykiem

Zimno

Adab płacze

ulewnym deszczem

 

 

Pobito dziewczynkę

Jeden z ulubionych reżyserów mojej mamy – Alfred Hitchcock mawiał, że dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. Hitchcock był wybitnym reżyserem. Ciekawe czy byłby dobrym blogerem? 🙂
Rozważałam czy kierować się tą zasadą w pisaniu bloga? I zdecydowałam, że nie. Na spokojnie, zacznę od jakiegoś lekkiego tematu – pomyślałam. Ale nie dało się! Po prostu muszę napisać o pewnym incydencie, który bardzo mnie poruszył. Jakiś czas temu w Warszawie na dzielnicy Ochota, dorosły mężczyzna pobił 14 – letnią dziewczynkę tureckiego pochodzenia. Był to atak na tle rasowym, tak dotkliwy, że dziecko wylądowało w szpitalu.
Dwa tygodnie temu, na dwa dni przed planowanym w Warszawie marszem antyrasistowskim, z tych samych powodów pobito chłopca w klasie mojego dziecka. Tym razem agresorem było inne dziecko. Pobity chłopczyk jest Azjatą. Na szczęście nie skończyło się szpitalem, ale chłopiec miał obrażenia na ciele. Ma on dopiero kilka lat a już został pobity za swoją odmienność! Nie wiem, czy to jest dla Was jak trzęsienie ziemi? Dla mnie jest. Tak się składa, że incydent z dziewczynką zainspirował mnie do napisania wiersza. Niedawna bijatyka w szkole, sprowokowała mnie by go opublikować. Dedykuję go wszystkim, którzy w moim ukochanym kraju, doświadczają przemocy i dyskryminacji na tle rasowym.

Pobito

Justyna spóźniona –
korek
na Marszałkowskiej.
Sunął
pochód ulicą,
rozwiane włosy,
sztandary na wietrze,
pobito dziewczynkę,
Roma upuściła różaniec,
zamknęli Kaśkę
w szkolnej toalecie.
Julia z torbą
zakupów,
Anna wyszła z kina,
pobito dziewczynkę,
Renata dopijała
cappuccino latte.
Ze srebrnego ekranu
dobrze brzmiały
słowa potępienia
czynów haniebnych.
Pobito dziewczynkę.
Majka
siedziała w pracy
po godzinach.
Msza w intencji ofiar,
dumna młodzież
wstała z kolan,
pobito dziewczynkę
zapobiegawczo,
dla ostrzeżenia
jej podobnych
dziewczynek.
Pobito dziewczynkę,
żebyśmy
się miały na baczności.
Pobito dziewczynkę.

W naszym kraju
rasizm potępiamy
słownie

Cieszy mnie inicjatywa antyrasistowskiego marszu, który w sobotę 17 marca przeszedł ulicami Warszawy. Coraz częstsze akty agresji wobec osób innej narodowości pokazują, że tego typu demonstracje są w Polsce potrzebne. Tak jak ważna i potrzebna jest nasza codzienna mozolna praca. Po to, by wychowywać dzieci w szacunku dla innych, bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry czy religię. By były otwarte na ludzi. By były ciekawe świata. Ważne jest byśmy wpajali dzieciom, ale przede wszystkim sami żyli prawdą, że człowiek zasługuje na szacunek nie ze względu na swoją przynależność do danego narodu, stanowisko, pozycję społeczną, stan konta, elokwencję, aparycję, zdolności wokalne, aktorskie, charyzmę, pobożność etc., ale dlatego że jest człowiekiem.