Świadectwo (nie)mocy

Jeżeli czynimy wszystko, co w naszej mocy, Bóg uczyni resztę. / św. Arnold Janssen

Co gdy „wszystko co w naszej mocy” to przewrócone wiadro z którego wylała się cała woda?

Niedziela. Trwa msza święta. Siedzę w ławce i czuję się jak błąd w systemie, niepasujący element. Marzę, żeby mieć wbudowany przycisk „delete”, którym mogłabym siebie cofnąć.

Trwa kazanie. Kapłan opowiada historię: znajomy ksiądz wspominał, że w dzieciństwie nie mieli bieżącej wody. Trzeba było codziennie chodzić do studni. Pewnego dnia bawiąc się z kolegami zobaczył mamę niosącą wiadro z wodą. Chciał jej pomóc. Podbiegł do niej tak gwałtownie, że przewrócił wiadro i cała woda się wylała. Chłopiec zawstydził się, łzy spłynęły mu po policzkach. Mama przytuliła go i powiedziała: „Co ja bym bez Ciebie zrobiła mój kochany pomocniku!”

Usłyszeć takie słowa w chwili gdy czujesz, że zawiodłeś i nie wiesz jak przebaczyć samemu sobie… to doświadczyć miłości. Na koniec kazania kapłan skonkludował, że dziś Bóg mówi do każdego z nas: „co ja bym bez Ciebie zrobił, mój kochany pomocniku.” Poczułam jakby mnie ktoś podniósł, wyciągnął z potrzasku i mocno przytulił.

To doświadczenie zaowocowało czymś jeszcze.

Zobaczyłam, że moje działanie, moja „dobroć”, to tyle co to wiadro rozlanej wody i że ten „dar” zostaje przyjęty. Pomyślałam o tych osobach, które osądzam, którym nie umiałam przebaczyć, one także „robią co w ich mocy”. Tak samo jak ja zostają  przytulone, przygarnięte w otwarte ramiona Boga. Tego człowieka, którego ja oceniam – Bóg kocha. Przyjmuje jego wiadra i pełne i puste, z tym samym wzruszeniem i miłością. Doświadczenie miłości w odpowiedzi na moją niemoc, otworzyło mnie na przebaczenie.

Inna droga

W czytaniach liturgicznych z ostatniej niedzieli usłyszałam słowa, które już kiedyś mocno mnie poruszyły. Brzmią one: W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was. ( 1 Tes 5, 18.) 

To, czego ostatnio doświadczyliśmy jako małżeństwo przerosło nasze siły. Nie wiedziałam jak zdobyć się na słowo „dziękuję”. Mimo to i tym razem spróbowałam.

Kilka lat temu zmówiłam Nowennę Pompejańską. Chciałam, żeby Bóg zabrał trudności, przez które wtedy przechodziliśmy.

Rozważane tajemnice różańca zmieniły moje myślenie o modlitwie. Przyjrzałam się życiu Maryi, jej wyborom, życiu jej Syna. Zrozumiałam, że skoro ta historia ma być dla mnie wzorem, tajemnicą, w której mam się odnaleźć, to nie mogę oczekiwać, że dzięki modlitwie moje życie ułoży się w wygodną, łatwą ścieżkę.

Różaniec pokazał mi inną drogę, przyjmowania Bożej woli i podążania nią z zaufaniem i wiarą. Zauważyłam wtedy, że najgłębszym i najbardziej scalającym dla małżeństwa doświadczeniem jest jedność w cierpieniu.

W trakcie ostatnich dni odkryłam tą prawdę na nowo. Łatwo jest trwać w jedności gdy wszystko nam sprzyja. Gdy przychodzi ciężki czas i z każdej strony piętrzą się przeciwności, trzeba sporo wysiłku by znaleźć nić porozumienia, drogę do drugiego człowieka. Jeśli uda się być w najtrudniejszych chwilach razem, to takie doświadczenie wzmacnia więzi w małżeństwie.

Bóg nie zabrał z naszego życia trudności, ale pokazał nam, że z Nim możemy je pokonać. Gdy wsłuchujemy się w Jego głos na modlitwie, szukamy odpowiedzi -jak postąpić? Jaka jest Jego wola? – On pomaga przejść ponad tym co mogłoby nas zniszczyć, bez szwanku.

Dziękczynienie to niezwykła droga, ciągle się jej uczę i wciąż odkrywam jej piękno. Co dało mi w ostatnim czasie? Umocniło mnie w wierze i ożywiło nadzieję, że Bóg i w naszej historii, tu i teraz, może ze zła wyprowadzić dobro.

 

Dzieci, ryby, rzeki…

Proszę państwa oto miś…
– Mamo, dlaczego oni je tak meczą – pyta dziewczynka zwiedzając Zoo na widok zwierząt w klatkach.
– Nie, co ty, one mają tu dobrze – tłumaczy mama.
– Poczytaj sobie – mówi do córki. Z notatki zamieszczonej na tablicy informacyjnej wynika, że wspomniane zwierzę nie występuje na wolności. Jedyne okazy to te które przetrwały w ogrodach zoologicznych.
– Widzisz. Te zwierzęta maja tu dobrze, żyją dzięki Zoo – konkluduje mama.
Dziewczynka patrzy na druty, kraty i ograniczony drewnianymi belkami niewielki wybieg, nie wydaje się przekonana.

Jaguar, ku rozczarowaniu zwiedzających wychodzi tylko na chwilę. Przejście całego wybiegu zajmuje mu raptem minutę, (nie wszyscy zdążyli wyciągnąć smartfony) po czym chowa się przed wzrokiem ciekawskich w swoim domku. Na tabliczce umieszczonej obok wybiegu widnieje informacja, że to zwierzę ma „całkiem udane życie”.

Człekokształtny zwierz siedzi z nosem w szybie. Jest na wyciągnięcie ręki, widoczny w całej okazałości. Jego czarna sierść błyszczy w słońcu. Przy wybiegu zebrał się tłum. Gałki oczne goryla biegają po stłoczonych widzach. Sprawia wrażenie jakby szukał znajomej twarzy, wypatrywał przyjaciela. Nie może znaleźć, więc nie zatrzymuje się na nikim. Ślizga się wzrokiem wciąż na nowo po zgromadzonych. Mam ochotę mu pomachać, zawołać: „tu jestem”, żeby się choć na chwilę zatrzymał, ale przecież nie jestem dla niego nikim bliskim.

Czego nie lubimy?
Bawimy się czasem w zagadki. Zadajemy je sobie nawzajem. Tą usłyszałam miedzy zmywaniem naczyń a obieraniem ziemniaków. Moje dziecko oderwało się od lepienia konika z plasteliny i podbiegło do mnie wołając – Mamo, mamo, zgadnij co to? Czego nie lubią ludzie i zwierzęta? Zaczyna się na literkę „n”? Nic nie przychodziło mi do głowy. Zbyłam to krótkim: – nie wiem. Odpowiedź mnie poruszyła. Domyślacie się? Dam wam chwilę na zastanowienie. Rozwiązanie zagadki znajdzie-cie w dalszej części tekstu.

Królu Lwie nie odchodź!
Dużą radość sprawiła nam rodzinna wyprawa do kina na najnowszą ekranizację „Króla Lwa”. Kunszt pracy animatorów jest godny podziwu. Bohaterowie wyglądają identycznie jak dzikie zwierzęta żyjące na wolności. Kilka dni po seansie zelektryzowała nas wiadomość, że lew jest zagrożony wyginięciem. Czy w przyszłości ostatnim miejscem występowania tego gatunku będzie Zoo i bajki Disneya?

Żegnaj Rio!
Czarny scenariusz, który grozi lwom dla „ary modrej” już stał się rzeczywistością. Papużkę można zobaczyć już tylko w bajce „Rio”. Wyginęła w przeciągu ostatnich lat razem z dziesiątkami innych gatunków ptaków.

Hejtem w dziewczynkę
Iga Zasowska, trzynastoletnia dziewczynka, która latem prowadziła w Warszawie akcję protestacyjną przeciwko zmianom klimatu, spotkała się z atakiem hejtu ze strony dorosłych. Wyszydzano ją, wyśmiewano i przezywano.

To smutne, że nie traktujemy poważnie ani dzieci, ani zbliżającej się katastrofy klimatycznej. Popularne powiedzonko „dzieci i ryby głosu nie mają” można sparafrazować – Lwy, jaguary, goryle, niedźwiedzie, słonie… jeziora, rzeki, morza, lasy… głosu nie mają. Nie, nie dlatego, że na ten głos nie zasługują tylko dlatego, że im go nie dajemy.

Dać się zaskoczyć
Spuścizna jaką przekazujemy przyszłym pokoleniom to zanieczyszczona planeta, na której wiele gatunków zamieszkujących ją kiedyś zwierząt wymarło. Kolejne trafiają na listę zagrożonych wyginięciem w zastraszającym tempie.

Gdy bagatelizujemy odczucia dzieci, ignorujemy ich wrażliwość sami tracimy coś cennego.

Jeśli wsłuchamy się w to co mają nam do powiedzenia, możemy jak one zadziwić się rzeczami, które uważaliśmy dotąd za oczywiste. Możemy skorzystać na dziecięcej dociekliwości, zacząć pytać, rozważać, kwestionować. Szukać lepszych rozwiązań, nowych dróg.

Wróćmy do zagadki: „czego nie lubią ludzie i zwierzęta na literkę „n”? Odpowiedź brzmi: niewoli.

 

Fotografia mojego autorstwa.

Pocztówka z wakacji

Gorące jak słońce, szybkie jak wiatr pozdrowienia z wakacji przesyłają Świderscy!

Zazwyczaj z plaży przywoziliśmy zbiory kolorowych kamyczków, muszelek, drewienek o ciekawych, wyżłobionych przez fale kształtach. Tym razem dzieci znalazły inne zajęcie. Po chwili buszowania w piasku podbiegły do nas z naręczem petów, kapsli, odłamków plastikowych sztućców.

– Zbieramy śmieci, żeby inne dzieci w to nie wdepnęły – usłyszeliśmy – Czy możemy też pozbierać tamte potłuczone butelki? – zapytały pokazując odłamki szkła wystające z piasku. – Ktoś mógłby się o nie zranić – dodały.

Taka spontaniczna akcja „dzieci- dzieciom”.

Sierpień w Warszawie.

 

Topografia pamięci

 

Szłam aleją

tuż o krok

nieodwracalna nieobecność

zastygła

w pękniętej skale

Otulone brukiem

P i ę ć d z i e s i ą t   T y s i ę c y

Polegli,

czas zapadł się

między nami,

Połączeni

przymierzem ziemi,

bliscy

 

Jednym strzałem

sierpień

przedłużony

na wieczność

 

Tętniące trwanie nasze,

meandry zdarzeń

pod tym samym niebem

 

Z krwi i kości,

z popiołów

pamięć,

którą się karmię

by wiedzieć

kim jestem

Polegli Niepokonani

 

 

 

* Zdjęcie przedstawia pomnik „Polegli Niepokonani” (archiwum prywatne) znajdujący się na terenie parku Powstańców Warszawy.

 

Nieobecność

Mieszkamy w dzielnicy, w której mówiąc poetycko tradycja miesza się z nowoczesnością. Modnie zaprojektowane osiedla z eleganckimi portierami przeplatane klasycznymi w swej prostocie blokami z wielkiej płyty. On pochodzi z tych drugich. Co jakiś czas zajmuje stanowisko przy osiedlowym sklepie. Siada i czeka. Nie narzuca się, nie nagabuje, po prostu siedzi i czeka. Czasem zastanawiam się na co?

 

Codziennie mijam człowieka spod sklepu pędząc na spotkanie, na zakupy, po dzieci do szkoły. Zachowuję dystans. Pewnego dnia przemykam przez miasto rozzłoszczona jakąś nieprzyjemną sytuacją. Chcę jak najszybciej załatwić co muszę, wrócić do domu i schować się pod koc. Mijany człowiek rzuca z uśmiechem – Dzień dobry, wszystko się ułoży. Zaskakuje mnie. Wybija z odrętwienia. – Dzień dobry – odpowiadam. Kilka dni później widzę go z ręką na temblaku. Tym razem poza wymianą „dzień dobry”, zdobywam się na odwagę by zapytać – co się stało? Opowiada mi o tym jak upadł i skręcił rękę, jak poszedł do lekarzy, ale ci odsyłali go jeden do drugiego. Tęskni za swoją mamą, która pracowała w jednym ze szpitali na Pradze. – Gdyby mama żyła, na pewno by mi pomogła – westchnął. – Takiego jak ja każdy zbywa.

 

– Mam na imię Andrzej, ale mówią na mnie Ernest. Wszyscy mnie tu znają. Gdyby was kiedyś ktoś zaczepiał, powiedzcie, że mnie znacie – dadzą wam spokój. Mówię Ci, ja tu posłuch mam. Mnie tu ludzie szanują.

– Ok, dzięki – odpowiadam z uśmiechem.

 

Wysłuchuję jego opowieści. Czeka na to, jest spragniony uwagi, chwili rozmowy. Opowiada dlaczego tu jest, dlaczego nie może wrócić do domu choć mieszkał dwa kroki stąd. Nie wnikam, nie oceniam jego historii. Widzę w nim człowieka, który z jakiejś przyczyny jest na ulicy i jest głody.

 

– Zaniósłbyś kanapki i wodę – pytam męża, który właśnie wrócił z pracy – ­Ernest dziś znów śpi na ławce. – Jasne. Zanosimy tego i kolejnego dnia, mija lato.

 

– Masz gdzie spać kiedy pada deszcz? – pytam go po którejś zimniejszej nocy.

– Tak, mam tam taki barak, i czasem nocuję na działkach. Jest ok, jakoś daje radę.

– Potrzebujesz koca? Ubrań?

– Tak przydało by się.

 

 

– Mogę naprawić komputer, gdybyś potrzebowała, znam się na tym, kiedyś studiowałem Informatykę, byłem w tym dobry. Chciałbym się jakoś odwdzięczyć.

 

– Byłem dziś u Ernesta – mówi mąż –  pomogłem mu odpakować kanapki, coraz gorzej z jego ręką.

 

Pędzę ulicą, jak zwykle w niedoczasie. Jest za dziesięć, czy za pięć, zaraz się spóźnię, nie pamiętam na co. Jest zero stopni, styczeń. Mijam przyprószone śniegiem osiedlowe ławki, trawnik. Dobiegam truchtem do blaszaka. Z niepokojem zerkam na znajome miejsce pod sklepem. Jest puste, zaznaczone plamą brudu, kilka kroków dalej – on, próbuje przejść przez ulicę, wsparty o rosłego mężczyznę w skórzanej kurtce. Ma upaprane spodnie, powłóczy nogami. Wygląda bardzo, bardzo źle. Jeszcze w takim stanie go nie widziałam…

 

Mijają dni, tygodnie, wyobrażam sobie, że gdy go spotkam uściskam go z radości … choć pewnie nie starczy mi odwagi. Może po prostu powiem jak się cieszę, że już z nim ok.

 

 

Ernest zniknął zimą. Tego dnia, gdy kolega przeprowadzał go przez ulicę, widziałam go po raz ostatni. Obawiam się, że umarł. Zostawił po sobie to miejsce pod sklepem… Tak, jest tam teraz czysto, niczym nie zakłócony widok soczystej zieleni sklepowego szyldu komponuje się z połyskującą blachą nowoczesnych drzwi na fotokomórkę. Opodal okazały bilbord, na którym syta, szczęśliwa rodzina droczy się przy obiedzie. Na co Ernest czekał pod sklepem? Myślę, że na spotkanie.

 

Kilka dni temu dowiedziałam się o pomyśle krakowskiego radnego, na pozbycie się bezdomnych z krakowskich plant. Ponoć przeszkadzają turystom w kontemplowaniu piękna królewskiego grodu. Zastanawiam się: – jeśli oni zostaną wyrzuceni, to jakim pięknem pochwali się Kraków? Pięknem zabytkowych murów? Kolorowych szkiełek witraży? Pięknem zieleni miejskiej?

 

Osoby w kryzysie bezdomności uczą nas bardzo wiele o nas samych. W konfrontacji z niedostatkiem drugiego człowieka, najmocniej doświadczamy naszej własnej biedy: braku empatii, strachu przed drugą osobą, przed utratą komfortu. Bezdomni potrzebują spotkania z drugim człowiekiem, tak jak każdy z nas. Potrzebują szacunku, uwagi i miłości, która może się wyrażać w najprostszych gestach – ciepłym kocu, rozmowie, zupie.

 

Ostatnio widziałam Ernesta pod blokiem. Ma amputowaną rękę.

 

 

*Imię bohatera historii zostało zmienione

Zdjęcie: Arek Socha z Pixabay 

„Coś do czytania”

Sączę herbatkę w schludnym mieszkanku M. Zawsze podziwiałam jej umiejętność panowania nad materią nieożywioną. Wszystko w tym domu ma swoje miejsce, ubrania nie zalegają na fotelach i krzesłach. Są w szafie. Zabawki nie są porozrzucane po kątach, zamieszkują pokój dziecięcy starannie posegregowane w oddzielnych pudełkach: osobno przybory kuchenne, tory kolejowe, klocki, maskotki… Rzucam czasem tęskne spojrzenie z mojego balkonu do tej pięknie uporządkowanej przestrzeni, z nadzieją, że i mój żywioł domowy da się kiedyś tak opanować. Chwilowo jednak moce przerobowe, którymi dysponuję mają się nijak do siły tworzenia chaosu przez mieszkańców mojego domu.

Zabawkom z okazji naszego przybycia pozwolono zawędrować do salonu. Dzieci przygotowują obiad. W maleńkich blaszanych garnuszkach gotują zupę z plastikowej kiełbaski i marchewki. Na drugie danie będzie drewniana pizza z doczepianymi na rzepy dodatkami. Do wyboru jest ser, salami i pomidor. Próbując gotowych specjałów, rozmawiam z M. W pewnym momencie M. zagaduje: „Zaglądałam ostatnio na twój blog i byłam rozczarowana, że nie ma nic nowego do czytania”. Poczułam się przynaglona. Nie chcę by droga sąsiadka musiała dłużej czekać, zatem wrzucam „coś do czytania” 😊.

Fotografie – małe pudełka na wspomnienia. My – kolekcjonerzy chwil próbujemy zamknąć w nich niepowtarzalność, upakować upchnąć jak najwięcej, przytrzymać czas, nie dostrzegamy jak przez szczelinę wieczka pomału sączy się nasza pamięć. Niby mamy wszystko czarno na białym, a raczej na kolorowym, wszystkie kształty, kontury, detale, miny, widać wyraźnie. Już po niedługim czasie nie pamiętamy jednak zapachu morskiej bryzy, naszych myśli, samopoczucia, czy naprawdę mięliśmy wtedy dobry nastrój, czy tylko uśmiechnęliśmy się do zdjęcia a po chwili znowu wróciliśmy do naszych sporów? Nie pamiętamy chwil, ich kształtu smaku i zapachu, zostaje nam w dłoni jedynie ich poblask, ulotny obraz.

Nie potrzebujemy już aparatu, drogich klisz, minęły czasy czekania po kilka dni na wywołanie fotografii. Wystarczy wyciągnąć z kieszeni telefon i pstryk. Kolejna chwila ląduje w elektronicznym archiwum Jana Kowalskiego. Po co? By naszemu trwaniu nadać głębszy sens? By udokumentować swoją niepowtarzalną codzienność dla przyszłych pokoleń? By zyskać setki polubień na portalach społecznościowych? Sama łapię się na tej presji uwieczniania, szczególnie moich dzieci, które są wdzięcznymi modelami. Chcę każdą chwilę zachować, zatrzymać, żeby nic nam nie umknęło. Niby nie ma w tym nic złego, poza jednym „ale”. Gdy nasza obecność tu i teraz przegrywa z obsesją dokumentowania każdego kroku. Kiedy przestajemy życie przeżywać, a zaczynamy bardziej skupiać się na multiplikowaniu póz. Gdy jesteśmy zajęci bardziej promowaniem siebie czy swojej rodziny w Internecie, niż faktycznym byciem z nimi.

Na fejsie pięknie wygląda rodzinne zdjęcie z wakacji. Nie widać na nim naszych relacji. Nie widać tego czy się kochamy? Czy pielęgnujemy naszą miłość? Czy dbamy o to by konflikty rozwiązywać bez przemocy? Wystarczy, że wszyscy powiedzą: „ser” i rodzinka wygląda jak z obrazka. Za uśmiechem można wiele schować. A więc w to lato, może trochę na przekór naszym przyzwyczajeniom, odłóżmy rejestratory pozorów i zajmijmy się byciem tu i teraz z tymi, którzy są obok nas. Żeby nasi bliscy nie utożsamiali się z tym smutnym powiedzonkiem: „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.”

 

Uściski dla M.!

 

Do grafiki użyłam zdjęć autorstwa Alexas_Fotos i ErikaWittlieb z Pixabay

Walka o miejsce w przedszkolu jest zaciekła i często daleka od zasad fair- play.

Mamy kwiecień. Za kilka dni rodzice dzieci przedszkolnych i szkolnych dowiedzą się czy ich pociechy przyjęto do wymarzonych placówek. Mieszkam w dzielnicy, w której w przeciągu kilku ostatnich lat przybyło wiele bloków mieszkalnych co za tym idzie wzrosła liczba ludności. Nowo powstałe mieszkania zasiedlają najczęściej rodziny z dziećmi. Problem w tym, że w ostatnim czasie w okolicy nie powstało żadne nowe przedszkole czy szkoła. Szkoły radzą sobie z napływem dzieci przechodząc na system zmianowy. Ten zabieg nie działa jednak w przypadku przedszkoli. Rodzice często z braku miejsc zmuszeni są szukać placówki dla swoich pociech w innych dzielnicach. Walka o miejsce w przedszkolu jest zaciekła i często daleka od zasad fair- play.

 

Dialogi osiedlowe

Karolina mama trzyletniej Amelki i Ewa, mama pięcioletniego Stasia. Spotykają się czasem w osiedlowej piaskownicy. Karolina od września planuje wrócić do pracy, którą przerwała po narodzinach córki. Ewa pracuje. Oprócz Stasia ma jeszcze starszą córkę Olę w pierwszej klasie.

– Boję się, że nie dostaniemy się do żadnego przedszkola w naszej dzielnicy. Mamy raptem kilka punktów za płacenie podatków w miejscu zamieszkania, to wszystko – mówi Karolina.

– Ja się bez problemu dostałam do przedszkola „Bajka” (naprzeciwko bloku) – odpowiada Ewa.

– Ale jak to?

– Normalnie, wystarczyło pogadać z dyrektorką, ona jest bardzo otwarta i miła. Poza tym wpisałam, że jestem samotną matką. Tego nikt nie sprawdza.

– Poważnie?

– Słuchaj, wiem o czym mówię, już dwa lata Stasio jest w tym przedszkolu, wcześniej była Ola. Mój mąż nawet działa w radzie rodziców.

– I nikt się was nie czepia?

– Nikt. Ostatnio sadziliśmy drzewka z dziećmi na placyku zabaw. Mąż zorganizował taką akcję ekologiczną. To przedszkole jest fantastyczne…

 

I w zasadzie, od lat nic się nie zmienia

 

Wpis z dyskusji z forum.gazeta.pl : https://forum.gazeta.pl/forum/w,567,165768292,165768292,samotne_matki_w_rekrutacji_do_przedszkola.html

kochamruskieileniwe 19.03.18, 10:23

„Teoretycznie oświadczenie się pisze.
Jednak większość traktuje te oświadczenie – jako świstek, który wiele może ułatwić, a którego konsekwencje prawne nie brane są pod uwagę. Zwłaszcza, że rzadko są sprawdzane.

Hmmm… watek z cyklu pojawiających się co roku. I w zasadzie, od lat nic się nie zmienia. Bo uczciwość nie popłaca ”

 

Z życia mam…

Zdarza się, w dużych miastach, że chętnych na miejsce w przedszkolu jest tak wielu, że nawet bycie samotnym rodzicem czy rodzicem wielu dzieci (za wielodzietność tez przyznawane są punkty) nie gwarantuje dostania się do placówki. Taką sytuację ma Basia mama trójki dzieci. Jedna z córek uczęszcza do obleganego przedszkola, Basia czeka na wyniki rekrutacji drugiej latorośli. Dostała sporo punktów za wielodzietność i za rodzeństwo w placówce pierwszego wyboru, ale chodzą słuchy, że prawie wszystkie zgłoszenia to samotne matki i osoby wielodzietne, więc nie można być pewnym miejsca. Basia zapowiedziała dyrektorce, że nie odpuści jeśli jej dziecko się nie dostanie. Będzie codziennie w tym przedszkolu odbierać starszą córkę i będzie widziała kto jest samotny a kto ściemnia.

Justyna opowiada: „Pamiętam, jak ciężko było mi dowozić najstarszą córkę autobusem do przedszkola w sąsiedniej dzielnicy, gdy byłam w trzeciej ciąży. Jedno dziecko w wózku, jedno obok mnie, jedno w brzuchu. W tamtym okresie łapały mnie takie bóle że nie byłam pewna czy dotrę z nimi do domu. Nie było szans żeby mąż ją odbierał. On wraca do domu koło 18. W momencie zapisywania do przedszkola nie byliśmy jeszcze wielodzietni i nie mięliśmy szans na miejsce w okolicy. Kiedyś spotkałam koleżankę, która radośnie trajkotała o tym jak fantastyczne przedszkole mamy pod blokiem.

– Jak się tam dostałaś -zapytałam zdziwiona – przecież masz jedno dziecko?

– „Wychodziłam” sobie to miejsce – odparła, po czym ucięła rozmowę, odwróciła się na pięcie i poszła dalej.

Mieszkamy w tym samym bloku – relacjonuje Justyna. Jak ona sobie „wychodziła” to miejsce? Musiała napisać jakąś ściemę – mówi zirytowana. – Wiesz, jak to jest usłyszeć coś takiego, kiedy boisz się, że urodzisz w tym autobusie? Ile stresu kosztowało mnie i moje dzieci, żeby dojechać i wrócić z przedszkola? Jak często krzyczałam na nie z nerwów i z bólu? Kto nam zwróci ten czas? Ktoś sobie po prostu „ot tak” ułatwił życie”.

Może Justyna miałaby szansę dostać się gdzieś bliżej gdyby mniej osób kombinowało, albo gdyby komuś z dyrekcji chciało się weryfikować „deklaracje”.

 

Uprzywilejowane miejsce

Samotne matki – to grupa, która z uwagi na większe obciążenie życiowymi wyzwaniami niż pełna rodzina ma dodatkowe punkty w procesie rekrutacyjnym do przedszkola i szkoły. Punktów jest na tyle dużo, że ich otrzymanie zazwyczaj rozstrzyga o dostaniu się do wymarzonej placówki.

Kilka lat temu została zainicjowana ciekawa akcja społeczna pod tytułem: „Czy naprawdę chciałbyś być na naszym miejscu”. https://bagatela23.wordpress.com/2010/01/12/czy-naprawde-chcialbys-byc-na-naszym-miejscu/ Akcja skierowana do nieuczciwych kierowców, którzy zajmują uprzywilejowane miejsca parkingowe.

Myślę, że w temacie rekrutacji do szkół i przedszkoli, przydałaby się kolejna akcja społeczna: „Jestem samotna matką. Czy chciałabyś być na moim miejscu?”

Nieprzyjazny ekosystem

W wielkim mieście dzieci spędzają niejednokrotnie w placówkach szkolnych i przedszkolnych cały dzień (czas pracy rodziców plus czas dojazdu, co czasem daje 10 godzin!!!). Dzieci są przemęczone, rodzice zestresowani. Brak dostatecznej liczby przedszkoli w dzielnicach, w których przybywa mieszkańców, sprzyja zaciekłej walce o miejsca. Miejska dżungla rządzi się prawami dżungli. Wygrywa silniejszy, sprytniejszy. Czy musi tak być?

Warunki życia rodziny w dużej aglomeracji są trudne, tym bardziej cenna postawa osób, które nie ulegają pokusie ułatwienia sobie życia kosztem innych.

Znam wiele mam, podziwiam je wszystkie za codzienne zmagania z życiem, walkę o godny byt dla siebie i swoich dzieci. Te, którym przyszło toczyć ten bój w pojedynkę, są naprawdę bardzo obciążone życiowymi wyzwaniami. Jak mama Weroniki ze szkoły mojego dziecka, której mąż zmarł kilka lat temu. Posiłkuje się pomocą swojej rodzicielki, która co kilka tygodni pokonuje ponad trzysta kilometrów by pomóc jej przy dzieciach. Babcia Weroniki ma chorą nogę, porusza się o lasce. Daje z siebie wszystko by pomóc córce i wnukom. To bardzo dzielne kobiety.

Wielkomiejska dżungla to specyficzny ekosystem. Bywa nieprzyjazny dla swoich mieszkańców. Myślę, że mimo wszystko warto być uczciwym. Można w tym gąszczu znaleźć własną ścieżkę bez podstawiania nogi innym.

 

 

 

*Imiona i nazwa przedszkola w artykule zostały zmienione.

* Aktualizacja: wyniki rekrutacji już są. Do przedszkola w naszej okolicy przyjęto dwadzieścia czworo dzieci, dwieście czterdzieści sześć się nie dostało, w okolicznych placówkach proporcje są podobne – taka dżungla.

 

 

 

 

Kraj Różany

Zamknięte
bramy Różanego kraju.
Różany kraj
tylko
dla Różanych ludzi!
– wołamy
Nie dla tych,
którzy topią się
w braku nadziei.
My, Różani,
silni strachem,
mocni władzą,
Różanym mydłem
umywamy ręce

Wdzięczność ma głos!

Zdarza się że, pod tekstem pojawia się komentarz który mnie porusza, sprawia radość. Czuję, że moje „dziękuję” w odpowiedzi, to za mało. Stąd dzisiejszy wpis.

Chcę podziękować za wszystkie komentarze, które pojawiły się do tej pory na niniejszym blogu. Wasze słowa dodają skrzydeł, inspirują, motywują do pisania. Współtworzycie ten blog, ubogacacie go waszymi spostrzeżeniami. Dzielicie się emocjami. Opowiadacie o własnych doświadczeniach. Dziękuje, za to, że potraficie bezinteresownie powiedzieć coś pozytywnego. Dziękuję za to, że gdy nie zgadzacie się ze mną, czy między sobą, wyrażacie się z kulturą i szacunkiem do drugiej osoby.

Każda interakcja z Wami jest dla mnie pewnego rodzaju spotkaniem. Lubię te chwile kiedy coś „zaiskrzy”, rodzi się nić porozumienia. Internet, który bywa miejscem zaciekłych sporów, w waszym komentarzu, pod waszym „nickiem”, imieniem i nazwiskiem, staje się przestrzenią spotkania, które sprawia radość. To bardzo cenne.

Joe Cocker w piosence „With a little help from my friends” śpiewa o przyjaciołach, którzy pomagają przetrwać trudne chwile. Może po jednym czy dwóch komentarzach trudno mówić o przyjaźni, ale nie będzie przesadą jeśli powiem, że każde dobre słowo ma znaczenie. Może czasem pomóc przetrwać zły czas, może podnieść na duchu, zmotywować do pracy. Wam drodzy czytelnicy dedykuję tą piosenkę i dołączam życzenia byście sami doświadczali wiele dobrego i otrzymali wsparcie zawsze gdy będziecie go potrzebowali.

 

PS. Tulipany ze zdjęcia także są dla Was. Chętnych po odbiór zapraszam do mnie 🙂