Wdzięczność ma głos!

Zdarza się że, pod tekstem pojawia się komentarz który mnie porusza, sprawia radość. Czuję, że moje „dziękuję” w odpowiedzi, to za mało. Stąd dzisiejszy wpis.

Chcę podziękować za wszystkie komentarze, które pojawiły się do tej pory na niniejszym blogu. Wasze słowa dodają skrzydeł, inspirują, motywują do pisania. Współtworzycie ten blog, ubogacacie go waszymi spostrzeżeniami. Dzielicie się emocjami. Opowiadacie o własnych doświadczeniach. Dziękuje, za to, że potraficie bezinteresownie powiedzieć coś pozytywnego. Dziękuję za to, że gdy nie zgadzacie się ze mną, czy między sobą, wyrażacie się z kulturą i szacunkiem do drugiej osoby.

Każda interakcja z Wami jest dla mnie pewnego rodzaju spotkaniem. Lubię te chwile kiedy coś „zaiskrzy”, rodzi się nić porozumienia. Internet, który bywa miejscem zaciekłych sporów, w waszym komentarzu, pod waszym „nickiem”, imieniem i nazwiskiem, staje się przestrzenią spotkania, które sprawia radość. To bardzo cenne.

Joe Cocker w piosence „With a little help from my friends” śpiewa o przyjaciołach, którzy pomagają przetrwać trudne chwile. Może po jednym czy dwóch komentarzach trudno mówić o przyjaźni, ale nie będzie przesadą jeśli powiem, że każde dobre słowo ma znaczenie. Może czasem pomóc przetrwać zły czas, może podnieść na duchu, zmotywować do pracy. Wam drodzy czytelnicy dedykuję tą piosenkę i dołączam życzenia byście sami doświadczali wiele dobrego i otrzymali wsparcie zawsze gdy będziecie go potrzebowali.

 

PS. Tulipany ze zdjęcia także są dla Was. Chętnych po odbiór zapraszam do mnie 🙂

 

Obawiam się przyzwolenia na zło dlatego, że się czyni dobro

Niepokoją mnie wielkie zrywy, wyśrubowane emocje. Czuję się z tym jak poeta z piosenki Kaczmarskiego „Mury”, o którym autor pisze: „…  A śpiewak także był sam”. Odkąd pamiętam smucił mnie finał tej piosenki, ale z biegiem lat zrozumiałam, że jest w nim głęboka prawda o kondycji człowieka. Wielki tumult, poryw tłumu wiąże się zawsze z odwróceniem uwagi od szczegółów. Dzieje się tyle i to jest tak wielkie, że proste, małe prawdy gdzieś umykają. Ci, którzy nie tracą ostrości widzenia, czują się w tym całym zgiełku zagubieni.

Nie niepokoi mnie wręczanie nagród czy stawianie pomników, to naturalny sposób wyrażania wdzięczności. Niepokoi mnie to, że wciąż dzielimy ludzi na złych i dobrych, naszych i nie naszych. Tym dobrym – naszym pozwalamy na trochę więcej. Tracimy czujność, przyzwalamy na łamanie zasad. W końcu przychodzi czas, gdy przestają obowiązywać jakiekolwiek zasady poza „naszością” i „nienaszością”. Tym bardziej jest to groźne jeżeli stajemy się gotowi zrobić wszystko by bronić „najwyższych wartości” nie dostrzegając, że z wyznawanych ideałów została nam już tylko owa „naszość” . Nie obawiam się ludzkiej wdzięczności wobec dobra, obawiam się przyzwolenia na zło dlatego, że się czyni dobro. I to dotyczy każdej sfery życia od relacji rodzinnych po społeczne, polityczne i relacje między państwami.
Paradoksalnie Jacek Kaczmarski nie chciał by pieśń „Mury” stała się hymnem zrywu Solidarnościowego. Utwór mówi o tym, że wolność jest widmem za którym wciąż gonimy, a po każdym zrywie w miejsce starych murów wyrastają  nowe. Podziały i kajdany niewoli odrastają bo nosimy je w sobie.
Żeby nie kończyć pesymistycznie: cenne jest w nas to nieustanne poszukiwanie dobra i wolności.
 ­
https://www.eskarock.pl/eska_rock_news/jacek_kaczmarski_-_mury_to_moja_najwieksza_kleska_zapomniana_historia_hymnu_solidarnosci/141036

Naucz nas kochać!

Żyjemy w czasie chronicznego barku szacunku. Wspominałam o tym w
artykule: https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/09/03/wykladamy-sie-na-szacunku/
Narastające spory i agresja widoczne są z każdej strony.
Można czasem odnieść wrażenie, że z naszym rozwojem emocjonalnym i

duchowym zatrzymaliśmy się na etapie przedszkola. Jak dzieci
wołamy: „to ona/on pierwszy zaczął, więc ja mam prawo do mojej agresji! ” Kto z nas jest sprawiedliwy
? Czyje serce wolne jest od nienawiści? Kto z nas potrafi nie odpłacać złem za zło? Kochać tego, kto rani, ubliża? Kim jestem, żeby potępiać drugiego człowieka? Czy mogę postawić się wyżej od mojego brata? W czym jestem lepszy? Jesteśmy zagubieni, jesteśmy głęboko zranieni. Potrzebujemy lekarza. Potrzebujemy Tego, który  mówił i zaświadczył, że nienawiści nie da się pokonać nienawiścią.

    W dniu zaplanowanym jako czas powszechnej radości został zabity Prezydent Gdańska.

Szukamy kogoś kto by nam objaśnił co się stało. Wytłumaczył, jak to jest możliwe? Powiedział co mamy teraz zrobić? Może jakiś dziennikarz, może ekspert, profesor? Nie ma pośród nas nikogo. Jedyny sprawiedliwy
jest ten, wywyższony na drzewie krzyża. Bez wpatrywania się w Niego nic nie zrozumiemy. Bez Niego nie będziemy umieli przebaczyć. Jezu naucz nas kochać! Nie ma dla nas ratunku poza Tobą! Przyjdź z uzdrowieniem, z pokojem do naszych zranionych serc.
Jezu naucz mnie kochać!

Nawet najmniejsze…

Dzisiaj Boże Narodzenie! Jakich zastał nas ten dzień? Utrudzonych podróżą jak trzech mędrców? Pochłoniętych pracą, natłokiem obowiązków jak pasterzy? 

Miniony adwent był pełen wyzwań. Czasami miałam wrażenie, że ciemność ma przewagę. Otuchy dodawało mi usłyszane kiedyś zdanie: „nawet najmniejsze światło rozprasza mrok”. Doświadczyłam, że to prawda. Światło, nawet gdy wobec ogromu nocy zdaje się nikłe, zwycięża ciemność. Źródłem światła w nas jest Jezus, nowonarodzony Książę Pokoju.


Nigdy niegasnącej nadziei, miłości która wszystko przetrzyma, wiary, która prowadzi do źródła.
Wesołych Świąt!  

100 lat!

Sto lat temu mój kraj odzyskał niepodległość. Co to dla mnie znaczy?

Sto lat, które zaczęły się z końcem pierwszej wojny światowej, a w czasie których miała miejsce druga. Sto lat – wydaje się w zasięgu ręki, w zasięgu jednego życia. Odcinek czasu, o którym mogliśmy usłyszeć z relacji naszych dziadków, rodziców i w którym toczyło się nasze życie.

1918.11.XI  Polska po stu dwudziestu trzech latach nieobecności na mapach świata, rozbiorów i funkcjonowania pod władzą obcych mocarstw, odzyskuje niepodległość.

1939

Zabieramy babcię nad morze. Pogoda dopisuje, plażujemy codziennie. Z okazji dnia dziecka jedziemy na wycieczkę do „Ocean Parku”. W pełnym słońcu czerwcowego dnia, oglądamy wystawę egzotycznych ryb. Przechadzamy się wśród makiet stworzeń morskich naturalnych rozmiarów. Uczestniczymy w pikniku rodzinnym, koncercie, oglądamy interaktywny pokaz o przygodach małego wielorybka. Zajadamy się wraz z naszymi dziećmi frytkami, goframi z bitą śmietaną, lodami. Pod koniec dnia pytam babci, czy jej się podobało? – Tak – odpowiada. Po namyśle dodaje – To co mi Hitler zabrał z dzieciństwa, teraz sobie odebrałam. Staję jak wryta. Jak to Hitler­­­­­? Ten pan z czarnym prostokątem wąsów nad zaciśniętymi wargami, który patrzył na mnie z podręcznika historii? Jego nazwisko nie pasuje do słonecznego dnia, do naszego dwudziestego pierwszego wieku. Czasu smartfonów, kina 7D i wirtualnej wystawy o wielorybku. Dociera do mnie, że dla mojej babci ten człowiek jest kimś bardzo realnym. To właśnie on, razem z innym panem z podręcznika – Stalinem, zabrali ośmioletniej dziewczynce i milionom innych dzieciństwo.

1944

Jest lato. Rodzice Danusi zawożą ją na wakacje do babci, sami wracają do Warszawy. Mają wrócić za dwa tygodnie. Nie wracają. Babcia i wnuczka czekają. Bardzo się niepokoją. Nie mają żadnych wieści. Nie działają telefony, ani radio. Danusia ma cztery lata. Nie rozumie co się dzieje. Czuje strach. W końcu wyruszają we dwie na piechotę. Do Warszawy, idą dwa dni. Gdy docierają na prawy brzeg Wisły, widzą łunę ognia. Czteroletnia Danusia trzymając babcię za rękę patrzy na płonące miasto. Obawiają się najgorszego. Wracają do domu. O losie bliskich nie wiedzą nic. Po paru miesiącach okazuje się, że rodzice Danusi przeżyli powstanie, trafili do obozu. Tato został ranny. Kilka lat później umiera. To jedna z wojennych historii pokolenia naszych dziadków, którą poznałam. Heroiczna walka Warszawiaków budzi podziw i szacunek. W czasie drugiej wojny światowej Polska spłynęła krwią.

Wojna kończy się w 1945 roku. Wyzwoliliśmy się spod władzy niemieckiego okupanta, choć na pełną autonomię od wpływu innego obcego mocarstwa, przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.

1981

Zimowego dnia, w którym w moim niepodległym kraju na ulicę wyjeżdżają czołgi, nie pamiętam. Mam kilka miesięcy i dysplazję stawów biodrowych. Rodzice by dostać się do lekarza zdobywają przepustkę na wyjazd z miasta. Jadą prawie pustym pociągiem do Warszawy. Przedzierają się przez zaśnieżone miasto by dotrzeć do doktora. Muszą minąć kilka patroli uzbrojonej po zęby milicji. Ze mną na rękach i dopiero co pośpiesznie wywołanym zdjęciem RTG. Gdy po latach przychodzi mi chęć narzekać na kolejkę w przychodni do pediatry, przypomina mi się ta scena. To dopiero było ekstremalne rodzicielstwo!

1884

Zapamiętałam rozdzierający smutek mamy. Nie rozumiem co to znaczy, że zabito księdza. Czuję, że stało się coś strasznego. Miałam trzy lata (naprawdę to pamiętam. Takiego smutku i lęku się nie zapomina).

Chodzę z dziadkiem na pochody pierwszo majowe. Robimy gołąbka i flagi z papieru. Jest kolorowo, wokół tłum przejętych ludzi. Stoję dumna obok dziadka, który trzyma mnie za rękę. Potem maszerujemy. Dziarsko wymachuję gołębiem na patyku. Najważniejszy jest moment, kiedy mijamy trybuny – to jakieś ważne miejsce. Wtedy mam podnieść gołąbka najwyżej jak dam radę. Nie rozumiem czemu mama się wścieka, że dziadek zabiera mnie na pochody.

1989

W szkole podstawowej nauczycielka na lekcji wychowawczej proponuje, żebyśmy zrobili mini koncert. Chętni mogą wyjść na środek i zaśpiewać piosenkę. Koleżanki śpiewają „Jesteśmy jagódki”, „Poszło dziewczę po ziele”, „Niosły dzieci z sadu”. Zgłaszam się. Śpiewam „Mury” Kaczmarskiego. Dla mnie to naturalne. Piosenek „Barda Solidarności” słuchamy w domu na okrągło. Nie bardzo rozumiem co to jest „zębykrat”, ale wiem, że piosenka jest o murach, które runą i to mi się podoba.

W domu dziadków najważniejszym miejscem jest taboret przy kuchennym stole. Wdrapuję się na niego, babcia pichci smakołyki.

– Babciu, opowiedz mi o wojnie. -proszę.

– Nie mogę kochanie, jestem zajęta.

– Może ty dziadku?

Dziadek przysiada się – dobrze. Tak zaczynają się opowieści. Uwielbiam to! Jest w nich wiele niebezpieczeństw i przygód (jak się po latach okaże częściowo zmyślonych) ale ze wszystkich dziadek, czy babcia wychodzą obronną ręką. Zawsze jest „happy end”. Uwielbiam historie o wojnie. Czasem śni mi się, że walczę z Niemcami. Lubię te sny bo ich pokonuję.

Nie rozumiem czemu się wszyscy ekscytują „okrągłym stołem”. Wydawało mi się oczywiste, że lepiej się przy takim stole rozmawia. Czy dorośli na to wcześniej nie wpadli?

1990

Denerwuje mnie, że dziadek chce głosować na Lecha Wałęsę w wyborach prezydenckich. Nie rozumiem go. Gdybym tylko mogła oddałabym głos na Mazowieckiego. Trzymam za niego kciuki, ale to za mało. Wygrywa Wałęsa.

1995

Lubię rozmawiać z tatą o polityce. Czuję się wtajemniczona w „ważne sprawy”. Czuję się ważna. Tłumaczy mi kto to są postkomuniści. I dlaczego irytuje go, że wybory wygrał Aleksander Kwaśniewski.

1999

Pielgrzymka Jana Pawła II w Bydgoszczy. Jedziemy całą klasą. Wycieczkę organizuje szkoła. To jest coś oczywistego, że papieżem jest Polak. Tak jest odkąd pamiętam.

2000

W klasie maturalnej pochłaniam lektury: „Medaliony”, „Inny świat”, „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”… obraz wojny jaki wyłania się z tych książek zdecydowanie różni się od zapamiętanego z relacji dziadków. Nie mogę spać w nocy. Wzrusza mnie myśl, że każda mijana na ulicy starsza pani, czy pan nosi w swoim sercu własną wojenną historię.

Zdaję maturę. Zaczynam studia w Krakowie.

2002

Pielgrzymka Jana Pawła II. Pamiętam podekscytowane miasto. Tłumy na mszy świętej na błoniach. Po eucharystii dialog papieża ze zgromadzonymi ludźmi. Jesteśmy przyzwyczajeni, że z nami rozmawia, czekamy na to.  To jest poza protokołem, nieoficjalne, bliskie, płynące prosto z serca. Potem dialogi pod oknem papieskim. Chciałabym żeby ciągle tam stał i rozmawiał z nami. Choć jest już słaby. Gdy odlatuje z Balic po starcie samolot robi kilka okrążeń nad żegnającym papieża tłumem. Przyzwyczailiśmy się, do takich gestów. Do tego że Jan Paweł II nie odleci tak porostu, ale jeszcze tym ostatnim gestem pokaże, że nas kocha. Patrząc na postępującą chorobę zadajemy sobie pytanie, czy to nie jest przypadkiem ostatni raz gdy go widzimy?

2005

Śmierć Jana Pawła II. Idziemy ze znajomymi pod okno papieskie. Następnego dnia na mszę w Łagiewnikach. – Módlmy się za biskupa, módlmy się za papie…- ksiądz odprawiający mszę urywa w pół słowa. Przez głowę przebiega myśl – no tak, przecież papieża nie ma. Po jego śmierci na ulicach miast, w kościołach w mediach, Polacy się jednoczą na modlitwie. W czasie tych kilku dni Polska przeżywa rekolekcje. Ludzie z różnych opcji politycznych mówią jednym głosem. W telewizji nie ma przemocy i taniej sensacji. Są relacje z czuwań, przypomnienie pielgrzymek, przesłania papieża. Kontemplujemy pozostawione przez Jana Pawła II dziedzictwo. To było piękne! Pamiętam to i nikt mi tego wspomnienia nie zabierze! Potrafimy się zjednoczyć! Przez tą śmierć w pewnym sensie papież staje się mi bliższy. Już mniej „oczywisty”.

Prezydentem zostaje Lech Kaczyński

Wybór na papieża Benedykta XVI

2005

Kończę studia. Przenoszę się do Warszawy. Nie mogę się przyzwyczaić do przepastnych odległości między jedną stroną ulicy a drugą. Ogromnych przestrzeni, które trzeba pokonać by gdzieś dojechać. Warszawa uwodzi mnie „upamiętnianiem” historii. To miasto, które pielęgnuje pamięć, szczególnie drugiej wojny światowej. Zachwyca Muzeum Powstania Warszawskiego, koncerty „Panien Wyklętych”, związane z historią gry miejskie, inscenizacje walk powstańczych. Odnajduję swoje miejsce w mieście, gdzie „Hitler i Stalin zrobili co swoje, gdzie wiosna spaliną oddycha.”

2006

Pielgrzymka Benedykta XVI do Polski. Cieszę się, że jest, że mamy papieża. Gdy skończyła się msza na błoniach, czekamy na dialog papieża z tłumem. Benedykt nie rozmawia, macha nam i odjeżdża. Jest inny. Dociera do mnie, że to co miałam za oczywistość, było wyjątkowe.

2007/ 2008 Umierają moi dziadkowie. Jak mało miałam dla nich czasu u schyłku ich życia.

2010

Katastrofa smoleńska. Jak to się mogło stać? To niemożliwe. Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Wszystkie straszne rzeczy działy się kiedyś, dawno temu. Nie tu i teraz. W firmie, w której pracuję odwiedza nas dziesięcioletni syn szefa. Czeka na tatę, rysuje.

– Co tam narysowałeś synku?

– Narysowałem bezpieczny samolot. Taki co nigdy nie spada.

Coś się z nami dzieje niedobrego. Kłócimy się o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Od tamtej pory narasta między nami, podział.  Niezabliźniona rana ropieje.

Prezydentem zostaje Bronisław Komorowski.

2010

Nasz ślub. Spełnienie marzeń. Najwspanialszy człowiek jakiego w życiu spotkałam, zostaje moim mężem. Podczas wesela wchodzę na scenę i śpiewam mu przy zgromadzonych ( i lekko zszokowanych) gościach „You are simply the best” Tiny Turner. Z biegiem lat utwierdzam się w przekonaniu: he really is the best!

2013

Papieżem zostaje Jorge Mario Bergoglio SJ. Przyjmuje imię Franciszek. Zaczyna rewolucję w kościele. Głosi kościół ubogi, dostępny dla ubogich. Przypomina mi Pana Jezusa. On też wzbudzał wiele kontrowersji szczególnie wśród uczonych w piśmie.

2015

Prezydentem zostaje Andrzej Duda.

2018

Czytam swojemu dziecku Biblię dla dzieci. Historię o tym jak Józef i Maryja muszą uciekać do Egiptu przed żądnym władzy Herodem.  Mamo, ale to nie było w Polsce prawda? To by się tu nie mogło wydarzyć? Polska to bezpieczny kraj – mówi mój maluszek.

Chciałabym, aby tak było. Życzę tego nam wszystkim. By nasz kraj był bezpieczny dla dzieci i wszystkich mieszkańców, żeby nikt nie musiał stąd uciekać czy być prześladowany ze względu na swoje przekonania, narodowość, wyznanie, kolor skóry. Abyśmy żyli w pokoju i by pokój był między nami, w naszych rodzinach, relacjach z bliskimi, znajomymi i nieznajomymi.

Dzisiejszy czas to ostatnie lata życia pokolenia, które przetrwało wojnę. Obyśmy zdążyli ich wysłuchać, ukochać, przekazać pamięć o nich kolejnym pokoleniom.

 

1918 -2018. To moja subiektywna historia ostatnich stu lat Polski. Kilka wspomnień, klisz pamięci. Moje życie płynie w rytm historii kraju, w którym mieszkam. Jestem jego milionową częścią. On jest częścią mnie. Wszystkiego najlepszego Polsko!

Jaka jest Twoja historia? Jak przeżyłeś wspomniane wydarzenia? Co dla Ciebie w ciągu ostatnich stu lat było ważne? Podzielisz się?

 

 

 

 

 

Jeden z najważniejszych filmów jakie widziałam

Wybieraliśmy się na rekolekcje dla małżeństw. Dwa tygodnie zajęło nam znalezienie odważnego, który podjąłby się zostać z naszymi dziećmi. Gdy już wszystko dopięte było na ostatni guzik, rekolekcje odwołano. Nie chcieliśmy by szansa na spędzenie czasu tylko we dwoje przepadła. Poszliśmy do kina…to był niezapomniany dzień.

Przyznam, że w odbiorze przeszkadzały mi opinie, które wcześniej słyszałam na temat „Kleru”.  Trudno było „przeżyć” scenę, o której słyszałam, że to „ta”, najbardziej poruszająca, najważniejsza. Dlatego czytelniku drogi, jeśli jeszcze nie oglądałeś filmu, a zamierzasz, lepiej nie czytaj dalej. Będą spojlery.

Film Wojciecha Smarzowskiego porusza wiele tematów, molestowanie dzieci jest jego motywem przewodnim. Historie, które zostały w nim przytoczone są inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, o czym wspominał scenarzysta Wojciech Rzehak w wywiadzie z Karolem Wilczyńskim.1 Za pośrednictwem filmowego medium zyskali głos ci, którzy nie byli słyszani (na pewno nie na taką skalę).

„Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga” – tak abp Józef Michalik, ówczesny Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, przed laty skomentował doniesienia o księżach pedofilach. Przerzucił odpowiedzialność za przestępstwo na ofiarę przemocy. Słowa te, tym bardziej dotkliwe, że zostały wypowiedziane przez osobę cieszącą się autorytetem, pełniącą wysoką funkcję w Kościele. Wypowiedź arcybiskupa została zacytowana w filmie „Kler”.

Ofiarami pedofilii staja się często dzieci, które doświadczyły we własnych domach przemocy, zaniedbania, trudnych doświadczeń. Ponieważ doznały wielu cierpień, mają niedobór opieki, miłości, troski, są tego złaknione, dzięki czemu łatwiej jest nimi manipulować. Jeśli czegoś szukają to miłości, a nie seksu!!! Zrzucanie na nie odpowiedzialności za współżycie z dorosłym jest szczytem obłudy. Film pokazuje jak kruche jest dzieciństwo. Traumy przeżyte w tym okresie, stają się bagażem na całe życie. Dla wielu bagażem nie do uniesienia.

„Film widziałem, nie wypowiadam się na temat tego, czy jest dobry czy zły. Według mnie jest na pewno przejaskrawiony, ponieważ brakuje w nim jasnych odniesień do tego, co w Kościele dobre, a co pokazuje walkę dobra ze złem, mającą miejsce także w kościelnych strukturach – mówi Grzegorz Polakiewicz.”2 Tego typu ocen jest więcej. Zarzut byłby sensowny gdybyśmy rozmawiali o filmie dokumentalnym. „Kler” to film fabularny.  Mam wrażenie, że podczas interpretacji część osób myli te dwa pojęcia i oczekuje od twórców fabuły bezstronności dokumentalistów. Ten gatunek rządzi się swoimi prawami żeby zbudować napięcie, dramaturgię, trzeba określonych środków, budowania narracji tak by była spójna, autentyczna. Nie wyobrażam sobie żeby sceny mówiące o tak trudnych sprawach z jakimi borykają się bohaterowie, poprzetykane zostały relacją z kółka różańcowego, czy czuwania młodych na błoniach. Gdyby tak było myślę, że nie powstałby poruszający film o ludzkich dramatach, ale politycznie poprawna laurka z głębią przekazu na poziomie bollywoodzkich produkcji, w stylu „ czasem jest dobrze, czasem źle.”

Z resztą w kilku scenach jest pokazane radosne oblicze kościoła. Rozbawiony tłum tańczy w rytm oazowej piosenki „Ognia daj lampie mej”. Entuzjazm nie udziela się dziecku, które zostało skrzywdzone. Ci, którym odebrano dzieciństwo, patrzą na swoich oprawców odprawiających mszę świętą, pouczających wiernych z ambony. Oni nie dają się porwać radosnym pląsom. Kilkadziesiąt lat później zgromadzenie na mszy świętej śpiewa tą sama piosenkę „Ognia daj lampie mej niechaj płonie…”.  Nic się nie zmieniło. Bohater ze swoją traumą zostaje pozostawiony sam sobie. Jak boleśnie prawdziwy to obraz świadczą chociażby historie ze strony fundacji działającej na rzecz ofiar księży pedofilów : www.nielekajciesie.org.pl.

Nie rozumiem akcji w stylu #mój kler3 , zdziwiło mnie umieszczenie na grafice z napisem „Kler” wizerunku Jana Pawła II, Ojca Kolbe, czy księdza Jerzego Popiełuszki 4. Cieszę się, że zaczynamy co raz więcej mówić dobrych rzeczy o kapłanach. Pytanie po co to robić w kontrze do filmu Smarzowskiego? Dla mnie takie akcje wynikają z niezrozumienia omawianego dzieła. Nie lubię takiego podejścia: Smarzowski atakuje Kościół. My mu odpowiemy kontratakiem. Pokażemy mu jacy jesteśmy dobrzy! Jaki mamy wspaniały kler!

To film z mocnym przesłaniem, mówi między innymi o tym, że: pedofilia jest złem, jest przestępstwem, ukrywanie sprawców pedofilii jest złe, istnieją w Kościele mechanizmy chronienia przestępców seksualnych. Czy to są rzeczy nieprawdziwe? Robienie „akcji ewangelizacyjnych” w kontrze do tego filmu jest chybionym pomysłem. O tym jak bardzo aktualnych problemów dotyka, przekonujemy się chociażby oglądając jeden z ostatnich odcinków programu Uwaga5. Dziennikarz przeprowadza w nim wywiad z księdzem, który współżył z dzieckiem. Na pytanie redaktora, czy to co ksiądz robił jest grzechem, odpowiedział on: „- Jest grzechem. No ale to każdy się z tego spowiada, prawda?-  odparł duchowny.  Dodał, że za uczynek otrzymał od drugiego księdza pokutę „odpowiednią do grzechu ciężkiego”. Rodzina poszkodowanego naciska dziennikarza by sprawę wyciszyć.

Perełką omawianego filmu jest dla mnie chwila, w której z ekranu padają słowa Psalmu 51:

Zmiłuj się nade mną ,Boże, w łaskawości swojej.
W ogromie swej litości zgładź nieprawość moją.

Obmyj mnie zupełnie z mojej winy
I oczyść mnie z grzechu mojego.

Uznaję bowiem nieprawość swoją,
A grzech mój jest zawsze przede mną.

Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem
I uczyniłem, co złe jest, przed Tobą.

Poruszająca scena szczerej, głębokiej modlitwy bohatera.

 

„Kler” nie jest filmem z happy endem. Jednak nie zgodzę się z tezą, że kończy się „bez nadziei” (nie raz taką opinię słyszałam). Bez nadziei byłoby dla mnie gdyby nic się nie stało, żaden protest. Gdyby po tym wszystkim bohaterzy wrócili do swoich ról i swoich codziennych zajęć „jak gdyby nigdy nic”. To co się dzieje jest rozwiązaniem ostatecznym, aktem desperacji. Wynika z przeżyć głównego bohatera, jego przekonań, braku zgody na zakłamanie. I w tym sensie myślę, że dopóki są ludzie, których wrażliwość i sumienie skłania do tego by być znakiem sprzeciwu wobec zła, dopóty jest nadzieja.

Nie jest to film. Który odłożyłabym na półkę z napisem „ulubione”. Trudno lubić taki temat, ogrom ludzkiego cierpienia. Za to z pewnością znalazłby się u mnie na półce „najważniejsze filmy jakie widziałam”.

„Uznanie zła, które się dokonało, jest szansą na nowe życie Kościoła”6 powiedział bp Damian Muskus OFM podczas 50. rejsu ewangelizacyjnego na barce w Krakowie. Wojciech Smarzowski opowiedział o „źle” trawiącym Kościół. Unaocznił nam zjawisko, którego skali nie znamy w konkretnych liczbach, bo w Polsce póki co nie ma żadnego raportu w tej sprawie. Wiele jest jeszcze do zrobienia. Trzeba uznać zło, zadośćuczynić ofiarom, zrobić wszystko co możliwe, by takie sytuacje nie miały więcej miejsca i ruszyć dalej. Bez tego nie można ruszyć dalej.

 

Przypisy

1 https://www.deon.pl/religia/wiara-i-spoleczenstwo/art,1471,scenarzysta-kleru-to-nie-jest-film-antykatolicki-wywiad.html

2 https://stacja7.pl/kosciol/pokazac-ocean-dobra-akcja-mojkler/

3 https://stacja7.pl/kosciol/pokazac-ocean-dobra-akcja-mojkler/

4 https://telewizjarepublika.pl/mocne-uderzenie-gazety-polskiej-kler-czyli-nasz-skarb,70532.html

5 https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,24085050,wstrzasajace-wyznanie-molestowanego-ministranta-w-uwadze-tvn.html

6 https://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,36147,uznanie-zla-ktore-sie-dokonalo-jest-szansa-na-nowe-zycie-kosciola.html

Wdzięczne serce

Nieprzespana noc. Chore dzieci­­­­. Natłok obowiązków. Wybuch gniewu. Poczucie winy. Niemoc. To wszystko zaniosłam pewnego dnia na mszę świętą. W Kościele usłyszałam czytanie z pierwszego listu do Tesaloniczan. Najbardziej utkwiło mi w pamięci zdanie: „W każdym położeniu dziękujcie.” Zastanawiałam się jak wcielić takie wezwanie w życie? Pierwsze co pomyślałam – tego nie da się zrobić!

Jak mam dziękować „w każdym położeniu”? To znaczy, teraz też? Rozumiem, dziękować za dobry czas, kiedy wszystko się układa. Ale dzisiaj? Kiedy jest mi ciężko, czuję się bezsilna, jestem zdenerwowana? W innej sytuacji przyjęłabym to zdanie bez zastrzeżeń, ale w tej chwili – nie, nie i jeszcze raz nie!
A jednak? Jakby to było, gdybym podziękowała za trudne emocje i wydarzenia dzisiejszego dnia ? Spróbowałam i … zrozumiałam, o co chodzi.

Kiedy dzieje się coś złego, rośnie we mnie złość, obwiniam się, szukam winy u innych. Uruchamia się lawina gniewu, która działa na mnie destrukcyjnie. Gdy podziękowałam w tej konkretnej sytuacji – skończyło się. Przestałam obwiniać. Zaakceptowałam zaistniałe wydarzenie. To dało mi do myślenia. Postanowiłam częściej dziękować.

Ta praktyka pomogła mi przyjąć siebie, moje ograniczenia, słabości, moją historię, życie z jego pięknem i bólem. Nie oznacza to, że spoczęłam na laurach i wpadłam w samozachwyt. Myślę, że trzeba nieustannie pracować nad sobą i się rozwijać. Natomiast przekonałam się, że zrozumienie i akceptacja siebie dodaje skrzydeł i czyni tę pracę radośniejszą i efektywniejszą.

My mamy, niejednokrotnie żyjemy pod presją cudzych oczekiwań. Bywa, że rzeczywistość boleśnie weryfikuje nasze własne plany i wyobrażenia o sobie. Czasem dręczy nas myśl, że nie jesteśmy wystarczająco dobre. Dziękowanie za trudne sytuacje, uczy mnie przyjmować moje macierzyństwo. Pomaga spojrzeć na siebie z miłosierdziem, dostrzec piękno moich talentów, umiejętności, pasji, które wkładam w opiekę nad rodziną i domem. Pozwala też przyjąć to, że nie zawsze „ogarniam”.

Dziękuję także za trudne relacje, które pojawiają się w moim życiu. Każda z nich czegoś mnie uczy.

Usłyszałam kiedyś takie zdanie: „Odkąd przestałam martwić się rzeczami, na które nie mam wpływu, mam wpływ na więcej rzeczy”. Gdy serce staje się wypełnione wdzięcznością, coraz mniej w nim miejsca na to, co zbędne, na zamartwianie się sprawami, na które nic nie mogę poradzić. Zyskuję przestrzeń, by zająć się tym, co ważne, co dzieje się tu i teraz.

Fragment: „W każdym położeniu dziękujcie.” z listu świętego Pawła, który usłyszałam w chwili kryzysu, początkowo wydał mi się niemożliwy do zrealizowania. Później jednak sprowokował mnie do zmiany myślenia. To prawda! Doświadczyłam tego, że dziękczynienie ma uzdrawiającą moc.

„Wykładamy się na szacunku”

Pozwoliłam sobie zaczerpnąć tytuł dzisiejszego wpisu z artykułu, który ukazał się jakiś czas temu na Deonie1. Tekst dotyczył wspólnoty charyzmatycznej, a konkretne zdanie pojawiło się w kontekście ekumenizmu w Kościele. Ksiądz Tomasz Szałanda zauważył, że brak szacunku często uniemożliwia nam otwarcie się na ludzi innych wyznań. Myślę, że trafił w sedno. Brak wzajemnego szacunku, a obecnie wręcz chroniczny jego deficyt, niszczy szeroko rozumiane relacje międzyludzkie.

 

Bóg jako środek do celu?

Niepokoi mnie, jak my wierzący i praktykujący katolicy potrafimy potraktować ludzi, z którymi się nie zgadzamy. Swoistą nowomową stało się obecnie instrumentalne traktowanie Słowa Bożego i ubliżanie innym za jego pomocą. Nazywanie osób o odmiennych poglądach „szatanem”, „Piłatem”. Czy taka postawa może kogokolwiek pociągać ku Bogu?

Znakiem naszych czasów jest brak hamulców, by obrażać i deprecjonować ludzi uważanych do tej pory za autorytety. Świadczy o tym chociażby notoryczny atak na papieża, podważanie jego wiarygodności i poczytalności. Czy jeszcze mamy jakieś autorytety? Za czasów Jana Pawła II, Benedykta XVI, nie do pomyślenia było (przynajmniej w Polsce) , żeby nazywać papieża szaleńcem czy heretykiem.

Słowo Boże coraz częściej służy do manipulowania i obrony własnych poglądów i interesów. Bóg ma zapewnić przewagę, zaświadczyć o sile, władzy. Na ustach ludzi zionących nienawiścią do wszystkiego co niepolskie i niekatolickie, słowa: „Jeśli Bóg z nami, to któż przeciwko nam” – napawają niepokojem. W mikroskali także da się zaobserwować to zjawisko. Przerzucamy się cytatami z Pisma Świętego w naszych sporach. Często tylko po to, by zmiażdżyć przeciwnika swoją racją. Widać to chociażby w dyskusjach toczących się w komentarzach na portalach katolickich.

 

Modlę się żebyś … „odszedł do domu Ojca”

Znajoma opowiadała mi przypadek pewnej kobiety. Uczestniczyła wraz z nią w warsztatach Pisania Ikon. W trakcie zajęć dzieliła się doświadczeniem swojej wiary. Sumiennie praktykowała wszelkie nabożeństwa, brała udział w wielu rekolekcjach. Wspomniała, że nie układa jej się w małżeństwie. Uważała się za osobę wierzącą i nie uznawała rozwodów. Znalazła inne rozwiązanie. Wytrwale modliła się o śmierć swojego męża. Zadziwiła mnie ta historia i „pobożność” obłudnej żony. Kilka tygodni później usłyszałam o księdzu, który przyznaje publicznie w kazaniu, że modli się o śmierć dla Papieża. Przeraziło mnie to.

 

Różańcowy prawy sierpowy

Przeglądając Internet trafiłam kiedyś na artykuł zatytułowany- „Katolicki nokaut!”2. O co może chodzić? – myślałam. Czyżby krewki kapłan zdzielił prawym sierpowym jakiegoś nieszczęśnika? Ku mojemu zdziwieniu tekst dotyczył modlitwy różańcowej. Autor artykułu użył sformułowania „katolicki nokaut” w odniesieniu do inicjatywy „Różańca na granicach”, podkreślając w ten sposób dużą liczebność wiernych, uczestniczących w tym przedsięwzięciu. Zmroziło mnie. Czy modlitwa nie jest aktem miłości i troski? Modląc się w intencji kraju modlę się za wszystkich jego mieszkańców, nie po to by kogoś zdzielić w twarz jak bokser na ringu. Takie wykorzystywanie różańca budzi niesmak.

 

„Sorry – taki mamy klimat”?

Są rzeczy, których dopuszczali się ludzie Kościoła, które są ranami w dziejach ludzkości. We wspólnocie ewangelizacyjnej, w której byłam uczyliśmy się jak odpowiadać na zarzuty. Zapamiętałam taką ripostę: „Kościół  nie jest wspólnotą świętych, ale grzeszników, którzy chcą być święci”. Zdanie samo w sobie jest prawdziwe. Wzywa, by nie potępiać innych. Jesteśmy grzesznikami. Póki żyjemy, mamy szansę być święci. Tyle, że to nas nie usprawiedliwia. Nie możemy wyjść do drugiego człowieka z podejściem: doznałeś zranienia, zgorszenia w KK? – „Sorry, taki mamy klimat”. Nie tędy droga! Gdy widzimy, że coś w naszej wspólnocie „nie gra” nie możemy być bezczynni, udawać, że nic się nie stało. Ukrywanie problemów, przestępstw, które po latach wychodzą na światło dzienne w atmosferze skandalu, gorszy ludzi i zniechęca do Kościoła. Molestowanie jest przedmiotowym traktowaniem drugiego człowieka, uderza w jego godność. Nie może być przemilczane! Jesteśmy zobowiązani zło nazywać złem i zadośćuczynić ofiarom, które doznały cierpienia.

 

Rodzina

Kościół jest dobry, doświadczam tego. Dzięki niemu nawiązałam relację z Bogiem, poznałam wielu wartościowych, dzielnych, pięknych ludzi. Łapie się za głowę, gdy dzieją się w nim rzeczy jak te wspomniane wyżej. Boli mnie to. Po co o tym piszę? Bo myślę, że potrzebny jest otwarty dialog o tym co trudne. Tak jak w rodzinie. Myślę że rodzina, w której każdy może swobodnie powiedzieć co go boli i zostanie wysłuchany, jest zdrowa. Daje jej członkom poczucie bezpieczeństwa. W takiej, w której nie można powiedzieć nic krytycznego, bo inaczej będzie awantura albo ciche dni – dzieje się coś niedobrego.

 

Miłość i szacunek

Nie jest wszystko jedno, jak odnosimy się do siebie nawzajem. Drzemią w nas pokłady złości i agresji, której nie wahamy się uzewnętrzniać. Przeraża retoryka nienawiści pod osłoną Ewangelii. Powtórzę zdanie za księdzem Tomaszem Szałandą: „to nie na doktrynie się wykładamy, a na szacunku”. Bez szacunku nie można niczego zbudować.

Niedawno napisałam artykuł pod tytułem „Spoiwo”3 .Rozwijając myśl Papieża Franciszka, którą tamże cytuję, fundamentem Kościoła – budowli, jest Chrystus, my – kamieniami. Spoiwo – to coś co spaja budowlę. Czy w ferworze walki o racje, nie zapominamy o wadze relacji międzyludzkich? Gdzie ma się ukazać oblicze Boga, jeśli nie w nich? We wzajemnym praktykowaniu miłości, otwartości, szacunku, życzliwości? Jeśli tego brakuje, choćbyśmy zręcznie żonglowali cytatami z „Pisma Świętego”, mówili piękne świadectwa, porywające kazania, nokautowali liczebnością i siłą – nie przybliżamy ludziom Ewangelii.

Kościół jest misyjny, będąc jego częścią jesteśmy posłani by przekazywać Dobrą Nowinę. Ludzie zanim zaczną czytać Słowo Boże­, najpierw czytają nasze życie. Bez szacunku nie można głosić prawdy o Zbawieniu.

 

 

 

 

Przypisy

 

1https://www.deon.pl/magazyn/maj-2018/art,11,to-nie-na-doktrynie-sie-wykladamy-a-na-szacunku-rozmowa.html

 

2Artykuł usunięty z portalu Fronda.pl, treść sprostowania można znaleźć tutaj: https://krknews.pl/rozaniec-granic-czyli-katolicki-nokaut/

https://tysol.pl/a19858-Jerzy-Bukowski-Boze-Cialo-Katolicki-nokaut

 

3https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/07/26/spoiwo/

Kilka refleksji z wakacyjnego szlaku

Przyjaźń

Wakacje się kończą. Powoli wszyscy wracamy do powszedniego rytmu zajęć. Co nam przyniósł ten czas? Jakie wrażenia? Perełką wśród moich wakacyjnych wspomnień jest doświadczenie przyjaźni. Czym jest dla mnie? Wytchnieniem, odpoczynkiem. Jest pociechą w trudnościach. Przed przyjacielem nie trzeba udawać, można być sobą. To dodaje skrzydeł! Drodzy przyjaciele, z którymi dzieliliśmy letnie przygody, dziękuję za Was! Dziękuje za „znoszenie się nawzajem w miłości”.

 

Hasanie i zabawa 😊

Jestem wdzięczna ludziom, którzy dają się porwać fantazji i tworzą w naszym polskim krajobrazie „przestrzenie radości”. Odwiedziliśmy trzy niezwykłe miejsca: „Farmę Iluzji”, „Magiczne Ogrody” i Bałtowski „Jura Park”. Polecamy! To doskonała alternatywa dla zatłoczonych nadmorskich plaż, czy zakopiańskich Krupówek. Urzekła nas pomysłowość autorów, wyobraźnia i pasja z jaką te miejsca zostały stworzone.

Zwiedzając „Farmę Iluzji”  możemy między innymi: zgubić się w labiryncie, zajrzeć do krainy smoków, poszaleć w wodnej strefie relaksu, zaobserwować ciekawe złudzenia optyczne, doznać zawrotu głowy w Latającym Domu.

 

 

Na niezwykłą aurę „Magicznych Ogrodów” składa się pomysłowa aranżacja przestrzeni, duża ilość budowli i urządzeń zaprojektowanych w baśniowej stylistyce. Całości dopełnia nastrojowa muzyka, która gdzieniegdzie pobrzmiewa z głośników (moimi faworytami są śpiewające drzewa, mogłabym ich słuchać cały dzień). Można tu spotkać „Wróżki smużki”, „Mordole”, „Krasnoludy” i oraz inne postacie przemykające gdzieniegdzie wśród krzewów, kwiatów i strumieni. Park zajmuje olbrzymi obszar, aż dziesięć hektarów! Przyznam, że jest dla mnie zagadką jak udaje się utrzymać ogród na tak rozległym terenie? Może to sprawa wytężonej pracy elfów i wróżek?

Co do Bałtowa, to poza wspomnianym „Jura Parkiem”, w którym można spotkać dinozaury naturalnych rozmiarów, jest tu jeszcze wiele atrakcji. Kolejka krzesełkowa, Zwierzyniec, Park Miniatur, Park Rozrywki, Rollercoaster – to tylko niektóre  z nich. Jeden dzień to zdecydowanie za mało by nacieszyć się wszystkim. Warto wybrać się tu na dłużej.

Nasze pociechy miały wielką frajdę, zwiedzając wspomniane miejsca. My także świetnie się bawiliśmy. Wreszcie mogliśmy powygłupiać się, poskakać na dmuchanym zamku, zgubić w labiryncie. Dziękuję za super zabawę!

 

Radość dla wszystkich

Jest takie nieduże nadmorskie miasteczko – Sarbinowo. Kilka lat temu została tam utworzona dwukilometrowa promenada wzdłuż brzegu morza, przy której znajdują się restauracje, kawiarnie, hotele. Będąc tam kilka miesięcy temu spotkaliśmy dzieci poruszające się na wózkach. Dzięki promenadzie mogły bez przeszkód przejechać się wzdłuż morza, podziwiać malowniczy krajobraz. Widzieliśmy ich radość, uśmiech. Zastanowiło mnie, j­­­­ak rzadko spotykamy dzieci z niepełnosprawnością w ośrodkach turystycznych czy parkach rozrywki? W lunaparkach część atrakcji jest dla nich dostępna ( polecam Jura Park w Bałtowie, część ekspozycji w Farmie Iluzji) nie we wszystkich. Na placu zabaw w moim mieście jest jedna bujaczka dla dziecka poruszającego się na wózku. To wyjątek. Na innych placach zabaw wcale nie ma takich urządzeń. A gdyby tak montować ich więcej? By z przestrzeni stworzonych dla radości mogły korzystać wszystkie dzieci?

 

Jestem ciekawa Waszych wrażeń z wakacji?

 

 

 

Zdjęcia: nagłówek -Pixabay, pozostałe są mojego autorstwa.

 

Kościół jest dobry. Świadectwo

Dobro nie jest krzykliwe, nie ciśnie się na pierwsze strony gazet. Jest ciche. Tak jak Bóg, który przychodzi w „lekkim powiewie”. By ukształtować sumienie potrzeba ogromu pracy. Tej pracy nieraz nie widać. Podzielę się jedną z wielu „dobrych rzeczy”, które w swoim życiu doświadczyłam we wspólnocie Kościoła.

 

Wychowałam się w rodzinie katolickiej. W czasach gdy ludzie z mojej parafii tłumnie chodzili na niedzielną mszę świętą. Jako dziecko niewiele rozumiałam z tego co działo się podczas Eucharystii.­­­­ Najbardziej lubiłam moment, w którym kapłan zbierał na tacę. Mogłam do koszyka wrzucić pieniążek. Byłam głaskana po czuprynie. Czułam się ważna. Z biegiem lat rozumiałam coraz więcej, pamiętam, że byłam dumna z siebie gdy w końcu udało mi się odszyfrować niezrozumiały słowotok mruczany przez dorosłych i zaczęłam recytować formułki wraz z nimi.

 

Był taki czas w moim życiu gdy tata wyjechał za granicę do pracy. Ja i moje rodzeństwo zostaliśmy z mamą. Trwało to kilka lat. Ciężko zniosłam okres gdy go nie było. Brakowało go nam. Potem tata wrócił. W moim sercu został uraz. Dusiłam w sobie żal i gniew do rodziców. Zamykałam się w sobie. Czułam się niezrozumiana, osamotniona, gorsza. Jednocześnie wzbierało we mnie przeświadczenie, że inni nie dorastają do mojej wrażliwości. Łykałam gniew. To była droga w pustkę. Chodziłam do podstawówki gdy usłyszałam na niedzielnej mszy świętej kazanie na temat przebaczenia. W parafii posługiwał wówczas ksiądz Wiesław, którego zapamiętałam z serdeczności i otwartości na ludzi, a także z poruszających homilii. Kapłan mówił o tym, że Bóg przebacza nam grzechy i że zmawiając Ojcze Nasz „odpuść nam nasze winy jak i my odpuszczamy naszym winowajcom” – powinniśmy pamiętać o przebaczeniu naszym bliźnim. Poczułam, że to kazanie odnosi się do mojej sytuacji. Zrozumiałam, że i ja jestem wezwana, żeby przebaczyć. Pamiętam ten szok i bunt. To mi się nie mieściło w głowie, (mój ścisły umysł od małego poddawał analizie wszystko co go otaczało). Mam im przebaczyć? Po tym co wycierpiałam – tak wtedy myślałam. Jednak słowa kapłana pracowały we mnie. Temat wracał, w czytanej co niedziela Ewangelii, w kazaniach, na rekolekcjach. Aż w końcu pewnego dnia postanowiłam spróbować. Zaczęło się od decyzji, żeby przebaczyć. Gdy tak postanowiłam zdobyłam się na odwagę, żeby porozmawiać z mamą. Opowiedziałam jej o tym co czuję. Potem rozmawiałam z tatą. Otworzyłam się przed nimi. Nie od razu się zrozumieliśmy. Proces uzdrowienia naszej relacji trwał na przestrzeni lat, ale dla mnie zaczął się właśnie wtedy. Przez lata wiele wypracowaliśmy. Nauczyliśmy się rozmawiać o tym co trudne. Rodzice są dla mnie wielkim wsparciem. Zawsze mogę na nich liczyć.

 

Odkryłam wtedy ważną rzecz – Bóg mówi prawdę. Przebaczenie wyciągnęło mnie z drogi ku zgorzknieniu i beznadziei. Przyniosło ulgę. Pomogło inaczej spojrzeć na rodziców i otworzyć się na nich. Po tym doświadczeniu postanowiłam Bogu zaufać i poznać go bliżej. Na rekolekcjach Oazowych, później w Duszpasterstwie Akademickim, i teraz we wspólnocie w której jestem z mężem, doświadczam Jego działania i opieki. Nie raz się gubię, ale On zawsze mnie znajduje. Prostuje moje życie. Tego doświadczenia nie byłoby bez Kościoła, bez Ewangelii, bez kapłanów. Dzięki nim nawiązałam relację z Bogiem i odkryłam, że jego słowo jest ciągle aktualne i może działać tu i teraz w mojej codzienności. Zawdzięczam Kościołowi bardzo wiele, dziś dziękuję za przebaczenie w rodzinie.