Nieobecność

Mieszkamy w dzielnicy, w której mówiąc poetycko tradycja miesza się z nowoczesnością. Modnie zaprojektowane osiedla z eleganckimi portierami przeplatane klasycznymi w swej prostocie blokami z wielkiej płyty. On pochodzi z tych drugich. Co jakiś czas zajmuje stanowisko przy osiedlowym sklepie. Siada i czeka. Nie narzuca się, nie nagabuje, po prostu siedzi i czeka. Czasem zastanawiam się na co?

 

Codziennie mijam człowieka spod sklepu pędząc na spotkanie, na zakupy, po dzieci do szkoły. Zachowuję dystans. Pewnego dnia przemykam przez miasto rozzłoszczona jakąś nieprzyjemną sytuacją. Chcę jak najszybciej załatwić co muszę, wrócić do domu i schować się pod koc. Mijany człowiek rzuca z uśmiechem – Dzień dobry, wszystko się ułoży. Zaskakuje mnie. Wybija z odrętwienia. – Dzień dobry – odpowiadam. Kilka dni później widzę go z ręką na temblaku. Tym razem poza wymianą „dzień dobry”, zdobywam się na odwagę by zapytać – co się stało? Opowiada mi o tym jak upadł i skręcił rękę, jak poszedł do lekarzy, ale ci odsyłali go jeden do drugiego. Tęskni za swoją mamą, która pracowała w jednym ze szpitali na Pradze. – Gdyby mama żyła, na pewno by mi pomogła – westchnął. – Takiego jak ja każdy zbywa.

 

– Mam na imię Andrzej, ale mówią na mnie Ernest. Wszyscy mnie tu znają. Gdyby was kiedyś ktoś zaczepiał, powiedzcie, że mnie znacie – dadzą wam spokój. Mówię Ci, ja tu posłuch mam. Mnie tu ludzie szanują.

– Ok, dzięki – odpowiadam z uśmiechem.

 

Wysłuchuję jego opowieści. Czeka na to, jest spragniony uwagi, chwili rozmowy. Opowiada dlaczego tu jest, dlaczego nie może wrócić do domu choć mieszkał dwa kroki stąd. Nie wnikam, nie oceniam jego historii. Widzę w nim człowieka, który z jakiejś przyczyny jest na ulicy i jest głody.

 

– Zaniósłbyś kanapki i wodę – pytam męża, który właśnie wrócił z pracy – ­Ernest dziś znów śpi na ławce. – Jasne. Zanosimy tego i kolejnego dnia, mija lato.

 

– Masz gdzie spać kiedy pada deszcz? – pytam go po którejś zimniejszej nocy.

– Tak, mam tam taki barak, i czasem nocuję na działkach. Jest ok, jakoś daje radę.

– Potrzebujesz koca? Ubrań?

– Tak przydało by się.

 

 

– Mogę naprawić komputer, gdybyś potrzebowała, znam się na tym, kiedyś studiowałem Informatykę, byłem w tym dobry. Chciałbym się jakoś odwdzięczyć.

 

– Byłem dziś u Ernesta – mówi mąż –  pomogłem mu odpakować kanapki, coraz gorzej z jego ręką.

 

Pędzę ulicą, jak zwykle w niedoczasie. Jest za dziesięć, czy za pięć, zaraz się spóźnię, nie pamiętam na co. Jest zero stopni, styczeń. Mijam przyprószone śniegiem osiedlowe ławki, trawnik. Dobiegam truchtem do blaszaka. Z niepokojem zerkam na znajome miejsce pod sklepem. Jest puste, zaznaczone plamą brudu, kilka kroków dalej – on, próbuje przejść przez ulicę, wsparty o rosłego mężczyznę w skórzanej kurtce. Ma upaprane spodnie, powłóczy nogami. Wygląda bardzo, bardzo źle. Jeszcze w takim stanie go nie widziałam…

 

Mijają dni, tygodnie, wyobrażam sobie, że gdy go spotkam uściskam go z radości … choć pewnie nie starczy mi odwagi. Może po prostu powiem jak się cieszę, że już z nim ok.

 

 

Ernest zniknął zimą. Tego dnia, gdy kolega przeprowadzał go przez ulicę, widziałam go po raz ostatni. Obawiam się, że umarł. Zostawił po sobie to miejsce pod sklepem… Tak, jest tam teraz czysto, niczym nie zakłócony widok soczystej zieleni sklepowego szyldu komponuje się z połyskującą blachą nowoczesnych drzwi na fotokomórkę. Opodal okazały bilbord, na którym syta, szczęśliwa rodzina droczy się przy obiedzie. Na co Ernest czekał pod sklepem? Myślę, że na spotkanie.

 

Kilka dni temu dowiedziałam się o pomyśle krakowskiego radnego, na pozbycie się bezdomnych z krakowskich plant. Ponoć przeszkadzają turystom w kontemplowaniu piękna królewskiego grodu. Zastanawiam się: – jeśli oni zostaną wyrzuceni, to jakim pięknem pochwali się Kraków? Pięknem zabytkowych murów? Kolorowych szkiełek witraży? Pięknem zieleni miejskiej?

 

Osoby w kryzysie bezdomności uczą nas bardzo wiele o nas samych. W konfrontacji z niedostatkiem drugiego człowieka, najmocniej doświadczamy naszej własnej biedy: braku empatii, strachu przed drugą osobą, przed utratą komfortu. Bezdomni potrzebują spotkania z drugim człowiekiem, tak jak każdy z nas. Potrzebują szacunku, uwagi i miłości, która może się wyrażać w najprostszych gestach – ciepłym kocu, rozmowie, zupie.

 

Ostatnio widziałam Ernesta pod blokiem. Ma amputowaną rękę.

 

 

*Imię bohatera historii zostało zmienione

Zdjęcie: Arek Socha z Pixabay 

„Coś do czytania”

Sączę herbatkę w schludnym mieszkanku M. Zawsze podziwiałam jej umiejętność panowania nad materią nieożywioną. Wszystko w tym domu ma swoje miejsce, ubrania nie zalegają na fotelach i krzesłach. Są w szafie. Zabawki nie są porozrzucane po kątach, zamieszkują pokój dziecięcy starannie posegregowane w oddzielnych pudełkach: osobno przybory kuchenne, tory kolejowe, klocki, maskotki… Rzucam czasem tęskne spojrzenie z mojego balkonu do tej pięknie uporządkowanej przestrzeni, z nadzieją, że i mój żywioł domowy da się kiedyś tak opanować. Chwilowo jednak moce przerobowe, którymi dysponuję mają się nijak do siły tworzenia chaosu przez mieszkańców mojego domu.

Zabawkom z okazji naszego przybycia pozwolono zawędrować do salonu. Dzieci przygotowują obiad. W maleńkich blaszanych garnuszkach gotują zupę z plastikowej kiełbaski i marchewki. Na drugie danie będzie drewniana pizza z doczepianymi na rzepy dodatkami. Do wyboru jest ser, salami i pomidor. Próbując gotowych specjałów, rozmawiam z M. W pewnym momencie M. zagaduje: „Zaglądałam ostatnio na twój blog i byłam rozczarowana, że nie ma nic nowego do czytania”. Poczułam się przynaglona. Nie chcę by droga sąsiadka musiała dłużej czekać, zatem wrzucam „coś do czytania” 😊.

Fotografie – małe pudełka na wspomnienia. My – kolekcjonerzy chwil próbujemy zamknąć w nich niepowtarzalność, upakować upchnąć jak najwięcej, przytrzymać czas, nie dostrzegamy jak przez szczelinę wieczka pomału sączy się nasza pamięć. Niby mamy wszystko czarno na białym, a raczej na kolorowym, wszystkie kształty, kontury, detale, miny, widać wyraźnie. Już po niedługim czasie nie pamiętamy jednak zapachu morskiej bryzy, naszych myśli, samopoczucia, czy naprawdę mięliśmy wtedy dobry nastrój, czy tylko uśmiechnęliśmy się do zdjęcia a po chwili znowu wróciliśmy do naszych sporów? Nie pamiętamy chwil, ich kształtu smaku i zapachu, zostaje nam w dłoni jedynie ich poblask, ulotny obraz.

Nie potrzebujemy już aparatu, drogich klisz, minęły czasy czekania po kilka dni na wywołanie fotografii. Wystarczy wyciągnąć z kieszeni telefon i pstryk. Kolejna chwila ląduje w elektronicznym archiwum Jana Kowalskiego. Po co? By naszemu trwaniu nadać głębszy sens? By udokumentować swoją niepowtarzalną codzienność dla przyszłych pokoleń? By zyskać setki polubień na portalach społecznościowych? Sama łapię się na tej presji uwieczniania, szczególnie moich dzieci, które są wdzięcznymi modelami. Chcę każdą chwilę zachować, zatrzymać, żeby nic nam nie umknęło. Niby nie ma w tym nic złego, poza jednym „ale”. Gdy nasza obecność tu i teraz przegrywa z obsesją dokumentowania każdego kroku. Kiedy przestajemy życie przeżywać, a zaczynamy bardziej skupiać się na multiplikowaniu póz. Gdy jesteśmy zajęci bardziej promowaniem siebie czy swojej rodziny w Internecie, niż faktycznym byciem z nimi.

Na fejsie pięknie wygląda rodzinne zdjęcie z wakacji. Nie widać na nim naszych relacji. Nie widać tego czy się kochamy? Czy pielęgnujemy naszą miłość? Czy dbamy o to by konflikty rozwiązywać bez przemocy? Wystarczy, że wszyscy powiedzą: „ser” i rodzinka wygląda jak z obrazka. Za uśmiechem można wiele schować. A więc w to lato, może trochę na przekór naszym przyzwyczajeniom, odłóżmy rejestratory pozorów i zajmijmy się byciem tu i teraz z tymi, którzy są obok nas. Żeby nasi bliscy nie utożsamiali się z tym smutnym powiedzonkiem: „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.”

 

Uściski dla M.!

 

Do grafiki użyłam zdjęć autorstwa Alexas_Fotos i ErikaWittlieb z Pixabay

Walka o miejsce w przedszkolu jest zaciekła i często daleka od zasad fair- play.

Mamy kwiecień. Za kilka dni rodzice dzieci przedszkolnych i szkolnych dowiedzą się czy ich pociechy przyjęto do wymarzonych placówek. Mieszkam w dzielnicy, w której w przeciągu kilku ostatnich lat przybyło wiele bloków mieszkalnych co za tym idzie wzrosła liczba ludności. Nowo powstałe mieszkania zasiedlają najczęściej rodziny z dziećmi. Problem w tym, że w ostatnim czasie w okolicy nie powstało żadne nowe przedszkole czy szkoła. Szkoły radzą sobie z napływem dzieci przechodząc na system zmianowy. Ten zabieg nie działa jednak w przypadku przedszkoli. Rodzice często z braku miejsc zmuszeni są szukać placówki dla swoich pociech w innych dzielnicach. Walka o miejsce w przedszkolu jest zaciekła i często daleka od zasad fair- play.

 

Dialogi osiedlowe

Karolina mama trzyletniej Amelki i Ewa, mama pięcioletniego Stasia. Spotykają się czasem w osiedlowej piaskownicy. Karolina od września planuje wrócić do pracy, którą przerwała po narodzinach córki. Ewa pracuje. Oprócz Stasia ma jeszcze starszą córkę Olę w pierwszej klasie.

– Boję się, że nie dostaniemy się do żadnego przedszkola w naszej dzielnicy. Mamy raptem kilka punktów za płacenie podatków w miejscu zamieszkania, to wszystko – mówi Karolina.

– Ja się bez problemu dostałam do przedszkola „Bajka” (naprzeciwko bloku) – odpowiada Ewa.

– Ale jak to?

– Normalnie, wystarczyło pogadać z dyrektorką, ona jest bardzo otwarta i miła. Poza tym wpisałam, że jestem samotną matką. Tego nikt nie sprawdza.

– Poważnie?

– Słuchaj, wiem o czym mówię, już dwa lata Stasio jest w tym przedszkolu, wcześniej była Ola. Mój mąż nawet działa w radzie rodziców.

– I nikt się was nie czepia?

– Nikt. Ostatnio sadziliśmy drzewka z dziećmi na placyku zabaw. Mąż zorganizował taką akcję ekologiczną. To przedszkole jest fantastyczne…

 

I w zasadzie, od lat nic się nie zmienia

 

Wpis z dyskusji z forum.gazeta.pl : https://forum.gazeta.pl/forum/w,567,165768292,165768292,samotne_matki_w_rekrutacji_do_przedszkola.html

kochamruskieileniwe 19.03.18, 10:23

„Teoretycznie oświadczenie się pisze.
Jednak większość traktuje te oświadczenie – jako świstek, który wiele może ułatwić, a którego konsekwencje prawne nie brane są pod uwagę. Zwłaszcza, że rzadko są sprawdzane.

Hmmm… watek z cyklu pojawiających się co roku. I w zasadzie, od lat nic się nie zmienia. Bo uczciwość nie popłaca ”

 

Z życia mam…

Zdarza się, w dużych miastach, że chętnych na miejsce w przedszkolu jest tak wielu, że nawet bycie samotnym rodzicem czy rodzicem wielu dzieci (za wielodzietność tez przyznawane są punkty) nie gwarantuje dostania się do placówki. Taką sytuację ma Basia mama trójki dzieci. Jedna z córek uczęszcza do obleganego przedszkola, Basia czeka na wyniki rekrutacji drugiej latorośli. Dostała sporo punktów za wielodzietność i za rodzeństwo w placówce pierwszego wyboru, ale chodzą słuchy, że prawie wszystkie zgłoszenia to samotne matki i osoby wielodzietne, więc nie można być pewnym miejsca. Basia zapowiedziała dyrektorce, że nie odpuści jeśli jej dziecko się nie dostanie. Będzie codziennie w tym przedszkolu odbierać starszą córkę i będzie widziała kto jest samotny a kto ściemnia.

Justyna opowiada: „Pamiętam, jak ciężko było mi dowozić najstarszą córkę autobusem do przedszkola w sąsiedniej dzielnicy, gdy byłam w trzeciej ciąży. Jedno dziecko w wózku, jedno obok mnie, jedno w brzuchu. W tamtym okresie łapały mnie takie bóle że nie byłam pewna czy dotrę z nimi do domu. Nie było szans żeby mąż ją odbierał. On wraca do domu koło 18. W momencie zapisywania do przedszkola nie byliśmy jeszcze wielodzietni i nie mięliśmy szans na miejsce w okolicy. Kiedyś spotkałam koleżankę, która radośnie trajkotała o tym jak fantastyczne przedszkole mamy pod blokiem.

– Jak się tam dostałaś -zapytałam zdziwiona – przecież masz jedno dziecko?

– „Wychodziłam” sobie to miejsce – odparła, po czym ucięła rozmowę, odwróciła się na pięcie i poszła dalej.

Mieszkamy w tym samym bloku – relacjonuje Justyna. Jak ona sobie „wychodziła” to miejsce? Musiała napisać jakąś ściemę – mówi zirytowana. – Wiesz, jak to jest usłyszeć coś takiego, kiedy boisz się, że urodzisz w tym autobusie? Ile stresu kosztowało mnie i moje dzieci, żeby dojechać i wrócić z przedszkola? Jak często krzyczałam na nie z nerwów i z bólu? Kto nam zwróci ten czas? Ktoś sobie po prostu „ot tak” ułatwił życie”.

Może Justyna miałaby szansę dostać się gdzieś bliżej gdyby mniej osób kombinowało, albo gdyby komuś z dyrekcji chciało się weryfikować „deklaracje”.

 

Uprzywilejowane miejsce

Samotne matki – to grupa, która z uwagi na większe obciążenie życiowymi wyzwaniami niż pełna rodzina ma dodatkowe punkty w procesie rekrutacyjnym do przedszkola i szkoły. Punktów jest na tyle dużo, że ich otrzymanie zazwyczaj rozstrzyga o dostaniu się do wymarzonej placówki.

Kilka lat temu została zainicjowana ciekawa akcja społeczna pod tytułem: „Czy naprawdę chciałbyś być na naszym miejscu”. https://bagatela23.wordpress.com/2010/01/12/czy-naprawde-chcialbys-byc-na-naszym-miejscu/ Akcja skierowana do nieuczciwych kierowców, którzy zajmują uprzywilejowane miejsca parkingowe.

Myślę, że w temacie rekrutacji do szkół i przedszkoli, przydałaby się kolejna akcja społeczna: „Jestem samotna matką. Czy chciałabyś być na moim miejscu?”

Nieprzyjazny ekosystem

W wielkim mieście dzieci spędzają niejednokrotnie w placówkach szkolnych i przedszkolnych cały dzień (czas pracy rodziców plus czas dojazdu, co czasem daje 10 godzin!!!). Dzieci są przemęczone, rodzice zestresowani. Brak dostatecznej liczby przedszkoli w dzielnicach, w których przybywa mieszkańców, sprzyja zaciekłej walce o miejsca. Miejska dżungla rządzi się prawami dżungli. Wygrywa silniejszy, sprytniejszy. Czy musi tak być?

Warunki życia rodziny w dużej aglomeracji są trudne, tym bardziej cenna postawa osób, które nie ulegają pokusie ułatwienia sobie życia kosztem innych.

Znam wiele mam, podziwiam je wszystkie za codzienne zmagania z życiem, walkę o godny byt dla siebie i swoich dzieci. Te, którym przyszło toczyć ten bój w pojedynkę, są naprawdę bardzo obciążone życiowymi wyzwaniami. Jak mama Weroniki ze szkoły mojego dziecka, której mąż zmarł kilka lat temu. Posiłkuje się pomocą swojej rodzicielki, która co kilka tygodni pokonuje ponad trzysta kilometrów by pomóc jej przy dzieciach. Babcia Weroniki ma chorą nogę, porusza się o lasce. Daje z siebie wszystko by pomóc córce i wnukom. To bardzo dzielne kobiety.

Wielkomiejska dżungla to specyficzny ekosystem. Bywa nieprzyjazny dla swoich mieszkańców. Myślę, że mimo wszystko warto być uczciwym. Można w tym gąszczu znaleźć własną ścieżkę bez podstawiania nogi innym.

 

 

 

*Imiona i nazwa przedszkola w artykule zostały zmienione.

* Aktualizacja: wyniki rekrutacji już są. Do przedszkola w naszej okolicy przyjęto dwadzieścia czworo dzieci, dwieście czterdzieści sześć się nie dostało, w okolicznych placówkach proporcje są podobne – taka dżungla.

 

 

 

 

Kraj Różany

Zamknięte
bramy Różanego kraju.
Różany kraj
tylko
dla Różanych ludzi!
– wołamy
Nie dla tych,
którzy topią się
w braku nadziei.
My, Różani,
silni strachem,
mocni władzą,
Różanym mydłem
umywamy ręce

Wdzięczność ma głos!

Zdarza się że, pod tekstem pojawia się komentarz który mnie porusza, sprawia radość. Czuję, że moje „dziękuję” w odpowiedzi, to za mało. Stąd dzisiejszy wpis.

Chcę podziękować za wszystkie komentarze, które pojawiły się do tej pory na niniejszym blogu. Wasze słowa dodają skrzydeł, inspirują, motywują do pisania. Współtworzycie ten blog, ubogacacie go waszymi spostrzeżeniami. Dzielicie się emocjami. Opowiadacie o własnych doświadczeniach. Dziękuje, za to, że potraficie bezinteresownie powiedzieć coś pozytywnego. Dziękuję za to, że gdy nie zgadzacie się ze mną, czy między sobą, wyrażacie się z kulturą i szacunkiem do drugiej osoby.

Każda interakcja z Wami jest dla mnie pewnego rodzaju spotkaniem. Lubię te chwile kiedy coś „zaiskrzy”, rodzi się nić porozumienia. Internet, który bywa miejscem zaciekłych sporów, w waszym komentarzu, pod waszym „nickiem”, imieniem i nazwiskiem, staje się przestrzenią spotkania, które sprawia radość. To bardzo cenne.

Joe Cocker w piosence „With a little help from my friends” śpiewa o przyjaciołach, którzy pomagają przetrwać trudne chwile. Może po jednym czy dwóch komentarzach trudno mówić o przyjaźni, ale nie będzie przesadą jeśli powiem, że każde dobre słowo ma znaczenie. Może czasem pomóc przetrwać zły czas, może podnieść na duchu, zmotywować do pracy. Wam drodzy czytelnicy dedykuję tą piosenkę i dołączam życzenia byście sami doświadczali wiele dobrego i otrzymali wsparcie zawsze gdy będziecie go potrzebowali.

 

PS. Tulipany ze zdjęcia także są dla Was. Chętnych po odbiór zapraszam do mnie 🙂

 

Obawiam się przyzwolenia na zło dlatego, że się czyni dobro

Niepokoją mnie wielkie zrywy, wyśrubowane emocje. Czuję się z tym jak poeta z piosenki Kaczmarskiego „Mury”, o którym autor pisze: „…  A śpiewak także był sam”. Odkąd pamiętam smucił mnie finał tej piosenki, ale z biegiem lat zrozumiałam, że jest w nim głęboka prawda o kondycji człowieka. Wielki tumult, poryw tłumu wiąże się zawsze z odwróceniem uwagi od szczegółów. Dzieje się tyle i to jest tak wielkie, że proste, małe prawdy gdzieś umykają. Ci, którzy nie tracą ostrości widzenia, czują się w tym całym zgiełku zagubieni.

Nie niepokoi mnie wręczanie nagród czy stawianie pomników, to naturalny sposób wyrażania wdzięczności. Niepokoi mnie to, że wciąż dzielimy ludzi na złych i dobrych, naszych i nie naszych. Tym dobrym – naszym pozwalamy na trochę więcej. Tracimy czujność, przyzwalamy na łamanie zasad. W końcu przychodzi czas, gdy przestają obowiązywać jakiekolwiek zasady poza „naszością” i „nienaszością”. Tym bardziej jest to groźne jeżeli stajemy się gotowi zrobić wszystko by bronić „najwyższych wartości” nie dostrzegając, że z wyznawanych ideałów została nam już tylko owa „naszość” . Nie obawiam się ludzkiej wdzięczności wobec dobra, obawiam się przyzwolenia na zło dlatego, że się czyni dobro. I to dotyczy każdej sfery życia od relacji rodzinnych po społeczne, polityczne i relacje między państwami.
Paradoksalnie Jacek Kaczmarski nie chciał by pieśń „Mury” stała się hymnem zrywu Solidarnościowego. Utwór mówi o tym, że wolność jest widmem za którym wciąż gonimy, a po każdym zrywie w miejsce starych murów wyrastają  nowe. Podziały i kajdany niewoli odrastają bo nosimy je w sobie.
Żeby nie kończyć pesymistycznie: cenne jest w nas to nieustanne poszukiwanie dobra i wolności.
 ­
https://www.eskarock.pl/eska_rock_news/jacek_kaczmarski_-_mury_to_moja_najwieksza_kleska_zapomniana_historia_hymnu_solidarnosci/141036

Naucz nas kochać!

Żyjemy w czasie chronicznego barku szacunku. Wspominałam o tym w
artykule: https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/09/03/wykladamy-sie-na-szacunku/
Narastające spory i agresja widoczne są z każdej strony.
Można czasem odnieść wrażenie, że z naszym rozwojem emocjonalnym i

duchowym zatrzymaliśmy się na etapie przedszkola. Jak dzieci
wołamy: „to ona/on pierwszy zaczął, więc ja mam prawo do mojej agresji! ” Kto z nas jest sprawiedliwy
? Czyje serce wolne jest od nienawiści? Kto z nas potrafi nie odpłacać złem za zło? Kochać tego, kto rani, ubliża? Kim jestem, żeby potępiać drugiego człowieka? Czy mogę postawić się wyżej od mojego brata? W czym jestem lepszy? Jesteśmy zagubieni, jesteśmy głęboko zranieni. Potrzebujemy lekarza. Potrzebujemy Tego, który  mówił i zaświadczył, że nienawiści nie da się pokonać nienawiścią.

    W dniu zaplanowanym jako czas powszechnej radości został zabity Prezydent Gdańska.

Szukamy kogoś kto by nam objaśnił co się stało. Wytłumaczył, jak to jest możliwe? Powiedział co mamy teraz zrobić? Może jakiś dziennikarz, może ekspert, profesor? Nie ma pośród nas nikogo. Jedyny sprawiedliwy
jest ten, wywyższony na drzewie krzyża. Bez wpatrywania się w Niego nic nie zrozumiemy. Bez Niego nie będziemy umieli przebaczyć. Jezu naucz nas kochać! Nie ma dla nas ratunku poza Tobą! Przyjdź z uzdrowieniem, z pokojem do naszych zranionych serc.
Jezu naucz mnie kochać!

Nawet najmniejsze…

Dzisiaj Boże Narodzenie! Jakich zastał nas ten dzień? Utrudzonych podróżą jak trzech mędrców? Pochłoniętych pracą, natłokiem obowiązków jak pasterzy? 

Miniony adwent był pełen wyzwań. Czasami miałam wrażenie, że ciemność ma przewagę. Otuchy dodawało mi usłyszane kiedyś zdanie: „nawet najmniejsze światło rozprasza mrok”. Doświadczyłam, że to prawda. Światło, nawet gdy wobec ogromu nocy zdaje się nikłe, zwycięża ciemność. Źródłem światła w nas jest Jezus, nowonarodzony Książę Pokoju.


Nigdy niegasnącej nadziei, miłości która wszystko przetrzyma, wiary, która prowadzi do źródła.
Wesołych Świąt!  

100 lat!

Sto lat temu mój kraj odzyskał niepodległość. Co to dla mnie znaczy?

Sto lat, które zaczęły się z końcem pierwszej wojny światowej, a w czasie których miała miejsce druga. Sto lat – wydaje się w zasięgu ręki, w zasięgu jednego życia. Odcinek czasu, o którym mogliśmy usłyszeć z relacji naszych dziadków, rodziców i w którym toczyło się nasze życie.

1918.11.XI  Polska po stu dwudziestu trzech latach nieobecności na mapach świata, rozbiorów i funkcjonowania pod władzą obcych mocarstw, odzyskuje niepodległość.

1939

Zabieramy babcię nad morze. Pogoda dopisuje, plażujemy codziennie. Z okazji dnia dziecka jedziemy na wycieczkę do „Ocean Parku”. W pełnym słońcu czerwcowego dnia, oglądamy wystawę egzotycznych ryb. Przechadzamy się wśród makiet stworzeń morskich naturalnych rozmiarów. Uczestniczymy w pikniku rodzinnym, koncercie, oglądamy interaktywny pokaz o przygodach małego wielorybka. Zajadamy się wraz z naszymi dziećmi frytkami, goframi z bitą śmietaną, lodami. Pod koniec dnia pytam babci, czy jej się podobało? – Tak – odpowiada. Po namyśle dodaje – To co mi Hitler zabrał z dzieciństwa, teraz sobie odebrałam. Staję jak wryta. Jak to Hitler­­­­­? Ten pan z czarnym prostokątem wąsów nad zaciśniętymi wargami, który patrzył na mnie z podręcznika historii? Jego nazwisko nie pasuje do słonecznego dnia, do naszego dwudziestego pierwszego wieku. Czasu smartfonów, kina 7D i wirtualnej wystawy o wielorybku. Dociera do mnie, że dla mojej babci ten człowiek jest kimś bardzo realnym. To właśnie on, razem z innym panem z podręcznika – Stalinem, zabrali ośmioletniej dziewczynce i milionom innych dzieciństwo.

1944

Jest lato. Rodzice Danusi zawożą ją na wakacje do babci, sami wracają do Warszawy. Mają wrócić za dwa tygodnie. Nie wracają. Babcia i wnuczka czekają. Bardzo się niepokoją. Nie mają żadnych wieści. Nie działają telefony, ani radio. Danusia ma cztery lata. Nie rozumie co się dzieje. Czuje strach. W końcu wyruszają we dwie na piechotę. Do Warszawy, idą dwa dni. Gdy docierają na prawy brzeg Wisły, widzą łunę ognia. Czteroletnia Danusia trzymając babcię za rękę patrzy na płonące miasto. Obawiają się najgorszego. Wracają do domu. O losie bliskich nie wiedzą nic. Po paru miesiącach okazuje się, że rodzice Danusi przeżyli powstanie, trafili do obozu. Tato został ranny. Kilka lat później umiera. To jedna z wojennych historii pokolenia naszych dziadków, którą poznałam. Heroiczna walka Warszawiaków budzi podziw i szacunek. W czasie drugiej wojny światowej Polska spłynęła krwią.

Wojna kończy się w 1945 roku. Wyzwoliliśmy się spod władzy niemieckiego okupanta, choć na pełną autonomię od wpływu innego obcego mocarstwa, przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.

1981

Zimowego dnia, w którym w moim niepodległym kraju na ulicę wyjeżdżają czołgi, nie pamiętam. Mam kilka miesięcy i dysplazję stawów biodrowych. Rodzice by dostać się do lekarza zdobywają przepustkę na wyjazd z miasta. Jadą prawie pustym pociągiem do Warszawy. Przedzierają się przez zaśnieżone miasto by dotrzeć do doktora. Muszą minąć kilka patroli uzbrojonej po zęby milicji. Ze mną na rękach i dopiero co pośpiesznie wywołanym zdjęciem RTG. Gdy po latach przychodzi mi chęć narzekać na kolejkę w przychodni do pediatry, przypomina mi się ta scena. To dopiero było ekstremalne rodzicielstwo!

1884

Zapamiętałam rozdzierający smutek mamy. Nie rozumiem co to znaczy, że zabito księdza. Czuję, że stało się coś strasznego. Miałam trzy lata (naprawdę to pamiętam. Takiego smutku i lęku się nie zapomina).

Chodzę z dziadkiem na pochody pierwszo majowe. Robimy gołąbka i flagi z papieru. Jest kolorowo, wokół tłum przejętych ludzi. Stoję dumna obok dziadka, który trzyma mnie za rękę. Potem maszerujemy. Dziarsko wymachuję gołębiem na patyku. Najważniejszy jest moment, kiedy mijamy trybuny – to jakieś ważne miejsce. Wtedy mam podnieść gołąbka najwyżej jak dam radę. Nie rozumiem czemu mama się wścieka, że dziadek zabiera mnie na pochody.

1989

W szkole podstawowej nauczycielka na lekcji wychowawczej proponuje, żebyśmy zrobili mini koncert. Chętni mogą wyjść na środek i zaśpiewać piosenkę. Koleżanki śpiewają „Jesteśmy jagódki”, „Poszło dziewczę po ziele”, „Niosły dzieci z sadu”. Zgłaszam się. Śpiewam „Mury” Kaczmarskiego. Dla mnie to naturalne. Piosenek „Barda Solidarności” słuchamy w domu na okrągło. Nie bardzo rozumiem co to jest „zębykrat”, ale wiem, że piosenka jest o murach, które runą i to mi się podoba.

W domu dziadków najważniejszym miejscem jest taboret przy kuchennym stole. Wdrapuję się na niego, babcia pichci smakołyki.

– Babciu, opowiedz mi o wojnie. -proszę.

– Nie mogę kochanie, jestem zajęta.

– Może ty dziadku?

Dziadek przysiada się – dobrze. Tak zaczynają się opowieści. Uwielbiam to! Jest w nich wiele niebezpieczeństw i przygód (jak się po latach okaże częściowo zmyślonych) ale ze wszystkich dziadek, czy babcia wychodzą obronną ręką. Zawsze jest „happy end”. Uwielbiam historie o wojnie. Czasem śni mi się, że walczę z Niemcami. Lubię te sny bo ich pokonuję.

Nie rozumiem czemu się wszyscy ekscytują „okrągłym stołem”. Wydawało mi się oczywiste, że lepiej się przy takim stole rozmawia. Czy dorośli na to wcześniej nie wpadli?

1990

Denerwuje mnie, że dziadek chce głosować na Lecha Wałęsę w wyborach prezydenckich. Nie rozumiem go. Gdybym tylko mogła oddałabym głos na Mazowieckiego. Trzymam za niego kciuki, ale to za mało. Wygrywa Wałęsa.

1995

Lubię rozmawiać z tatą o polityce. Czuję się wtajemniczona w „ważne sprawy”. Czuję się ważna. Tłumaczy mi kto to są postkomuniści. I dlaczego irytuje go, że wybory wygrał Aleksander Kwaśniewski.

1999

Pielgrzymka Jana Pawła II w Bydgoszczy. Jedziemy całą klasą. Wycieczkę organizuje szkoła. To jest coś oczywistego, że papieżem jest Polak. Tak jest odkąd pamiętam.

2000

W klasie maturalnej pochłaniam lektury: „Medaliony”, „Inny świat”, „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”… obraz wojny jaki wyłania się z tych książek zdecydowanie różni się od zapamiętanego z relacji dziadków. Nie mogę spać w nocy. Wzrusza mnie myśl, że każda mijana na ulicy starsza pani, czy pan nosi w swoim sercu własną wojenną historię.

Zdaję maturę. Zaczynam studia w Krakowie.

2002

Pielgrzymka Jana Pawła II. Pamiętam podekscytowane miasto. Tłumy na mszy świętej na błoniach. Po eucharystii dialog papieża ze zgromadzonymi ludźmi. Jesteśmy przyzwyczajeni, że z nami rozmawia, czekamy na to.  To jest poza protokołem, nieoficjalne, bliskie, płynące prosto z serca. Potem dialogi pod oknem papieskim. Chciałabym żeby ciągle tam stał i rozmawiał z nami. Choć jest już słaby. Gdy odlatuje z Balic po starcie samolot robi kilka okrążeń nad żegnającym papieża tłumem. Przyzwyczailiśmy się, do takich gestów. Do tego że Jan Paweł II nie odleci tak porostu, ale jeszcze tym ostatnim gestem pokaże, że nas kocha. Patrząc na postępującą chorobę zadajemy sobie pytanie, czy to nie jest przypadkiem ostatni raz gdy go widzimy?

2005

Śmierć Jana Pawła II. Idziemy ze znajomymi pod okno papieskie. Następnego dnia na mszę w Łagiewnikach. – Módlmy się za biskupa, módlmy się za papie…- ksiądz odprawiający mszę urywa w pół słowa. Przez głowę przebiega myśl – no tak, przecież papieża nie ma. Po jego śmierci na ulicach miast, w kościołach w mediach, Polacy się jednoczą na modlitwie. W czasie tych kilku dni Polska przeżywa rekolekcje. Ludzie z różnych opcji politycznych mówią jednym głosem. W telewizji nie ma przemocy i taniej sensacji. Są relacje z czuwań, przypomnienie pielgrzymek, przesłania papieża. Kontemplujemy pozostawione przez Jana Pawła II dziedzictwo. To było piękne! Pamiętam to i nikt mi tego wspomnienia nie zabierze! Potrafimy się zjednoczyć! Przez tą śmierć w pewnym sensie papież staje się mi bliższy. Już mniej „oczywisty”.

Prezydentem zostaje Lech Kaczyński

Wybór na papieża Benedykta XVI

2005

Kończę studia. Przenoszę się do Warszawy. Nie mogę się przyzwyczaić do przepastnych odległości między jedną stroną ulicy a drugą. Ogromnych przestrzeni, które trzeba pokonać by gdzieś dojechać. Warszawa uwodzi mnie „upamiętnianiem” historii. To miasto, które pielęgnuje pamięć, szczególnie drugiej wojny światowej. Zachwyca Muzeum Powstania Warszawskiego, koncerty „Panien Wyklętych”, związane z historią gry miejskie, inscenizacje walk powstańczych. Odnajduję swoje miejsce w mieście, gdzie „Hitler i Stalin zrobili co swoje, gdzie wiosna spaliną oddycha.”

2006

Pielgrzymka Benedykta XVI do Polski. Cieszę się, że jest, że mamy papieża. Gdy skończyła się msza na błoniach, czekamy na dialog papieża z tłumem. Benedykt nie rozmawia, macha nam i odjeżdża. Jest inny. Dociera do mnie, że to co miałam za oczywistość, było wyjątkowe.

2007/ 2008 Umierają moi dziadkowie. Jak mało miałam dla nich czasu u schyłku ich życia.

2010

Katastrofa smoleńska. Jak to się mogło stać? To niemożliwe. Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Wszystkie straszne rzeczy działy się kiedyś, dawno temu. Nie tu i teraz. W firmie, w której pracuję odwiedza nas dziesięcioletni syn szefa. Czeka na tatę, rysuje.

– Co tam narysowałeś synku?

– Narysowałem bezpieczny samolot. Taki co nigdy nie spada.

Coś się z nami dzieje niedobrego. Kłócimy się o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Od tamtej pory narasta między nami, podział.  Niezabliźniona rana ropieje.

Prezydentem zostaje Bronisław Komorowski.

2010

Nasz ślub. Spełnienie marzeń. Najwspanialszy człowiek jakiego w życiu spotkałam, zostaje moim mężem. Podczas wesela wchodzę na scenę i śpiewam mu przy zgromadzonych ( i lekko zszokowanych) gościach „You are simply the best” Tiny Turner. Z biegiem lat utwierdzam się w przekonaniu: he really is the best!

2013

Papieżem zostaje Jorge Mario Bergoglio SJ. Przyjmuje imię Franciszek. Zaczyna rewolucję w kościele. Głosi kościół ubogi, dostępny dla ubogich. Przypomina mi Pana Jezusa. On też wzbudzał wiele kontrowersji szczególnie wśród uczonych w piśmie.

2015

Prezydentem zostaje Andrzej Duda.

2018

Czytam swojemu dziecku Biblię dla dzieci. Historię o tym jak Józef i Maryja muszą uciekać do Egiptu przed żądnym władzy Herodem.  Mamo, ale to nie było w Polsce prawda? To by się tu nie mogło wydarzyć? Polska to bezpieczny kraj – mówi mój maluszek.

Chciałabym, aby tak było. Życzę tego nam wszystkim. By nasz kraj był bezpieczny dla dzieci i wszystkich mieszkańców, żeby nikt nie musiał stąd uciekać czy być prześladowany ze względu na swoje przekonania, narodowość, wyznanie, kolor skóry. Abyśmy żyli w pokoju i by pokój był między nami, w naszych rodzinach, relacjach z bliskimi, znajomymi i nieznajomymi.

Dzisiejszy czas to ostatnie lata życia pokolenia, które przetrwało wojnę. Obyśmy zdążyli ich wysłuchać, ukochać, przekazać pamięć o nich kolejnym pokoleniom.

 

1918 -2018. To moja subiektywna historia ostatnich stu lat Polski. Kilka wspomnień, klisz pamięci. Moje życie płynie w rytm historii kraju, w którym mieszkam. Jestem jego milionową częścią. On jest częścią mnie. Wszystkiego najlepszego Polsko!

Jaka jest Twoja historia? Jak przeżyłeś wspomniane wydarzenia? Co dla Ciebie w ciągu ostatnich stu lat było ważne? Podzielisz się?

 

 

 

 

 

Jeden z najważniejszych filmów jakie widziałam

Wybieraliśmy się na rekolekcje dla małżeństw. Dwa tygodnie zajęło nam znalezienie odważnego, który podjąłby się zostać z naszymi dziećmi. Gdy już wszystko dopięte było na ostatni guzik, rekolekcje odwołano. Nie chcieliśmy by szansa na spędzenie czasu tylko we dwoje przepadła. Poszliśmy do kina…to był niezapomniany dzień.

Przyznam, że w odbiorze przeszkadzały mi opinie, które wcześniej słyszałam na temat „Kleru”.  Trudno było „przeżyć” scenę, o której słyszałam, że to „ta”, najbardziej poruszająca, najważniejsza. Dlatego czytelniku drogi, jeśli jeszcze nie oglądałeś filmu, a zamierzasz, lepiej nie czytaj dalej. Będą spojlery.

Film Wojciecha Smarzowskiego porusza wiele tematów, molestowanie dzieci jest jego motywem przewodnim. Historie, które zostały w nim przytoczone są inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, o czym wspominał scenarzysta Wojciech Rzehak w wywiadzie z Karolem Wilczyńskim.1 Za pośrednictwem filmowego medium zyskali głos ci, którzy nie byli słyszani (na pewno nie na taką skalę).

„Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga” – tak abp Józef Michalik, ówczesny Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, przed laty skomentował doniesienia o księżach pedofilach. Przerzucił odpowiedzialność za przestępstwo na ofiarę przemocy. Słowa te, tym bardziej dotkliwe, że zostały wypowiedziane przez osobę cieszącą się autorytetem, pełniącą wysoką funkcję w Kościele. Wypowiedź arcybiskupa została zacytowana w filmie „Kler”.

Ofiarami pedofilii staja się często dzieci, które doświadczyły we własnych domach przemocy, zaniedbania, trudnych doświadczeń. Ponieważ doznały wielu cierpień, mają niedobór opieki, miłości, troski, są tego złaknione, dzięki czemu łatwiej jest nimi manipulować. Jeśli czegoś szukają to miłości, a nie seksu!!! Zrzucanie na nie odpowiedzialności za współżycie z dorosłym jest szczytem obłudy. Film pokazuje jak kruche jest dzieciństwo. Traumy przeżyte w tym okresie, stają się bagażem na całe życie. Dla wielu bagażem nie do uniesienia.

„Film widziałem, nie wypowiadam się na temat tego, czy jest dobry czy zły. Według mnie jest na pewno przejaskrawiony, ponieważ brakuje w nim jasnych odniesień do tego, co w Kościele dobre, a co pokazuje walkę dobra ze złem, mającą miejsce także w kościelnych strukturach – mówi Grzegorz Polakiewicz.”2 Tego typu ocen jest więcej. Zarzut byłby sensowny gdybyśmy rozmawiali o filmie dokumentalnym. „Kler” to film fabularny.  Mam wrażenie, że podczas interpretacji część osób myli te dwa pojęcia i oczekuje od twórców fabuły bezstronności dokumentalistów. Ten gatunek rządzi się swoimi prawami żeby zbudować napięcie, dramaturgię, trzeba określonych środków, budowania narracji tak by była spójna, autentyczna. Nie wyobrażam sobie żeby sceny mówiące o tak trudnych sprawach z jakimi borykają się bohaterowie, poprzetykane zostały relacją z kółka różańcowego, czy czuwania młodych na błoniach. Gdyby tak było myślę, że nie powstałby poruszający film o ludzkich dramatach, ale politycznie poprawna laurka z głębią przekazu na poziomie bollywoodzkich produkcji, w stylu „ czasem jest dobrze, czasem źle.”

Z resztą w kilku scenach jest pokazane radosne oblicze kościoła. Rozbawiony tłum tańczy w rytm oazowej piosenki „Ognia daj lampie mej”. Entuzjazm nie udziela się dziecku, które zostało skrzywdzone. Ci, którym odebrano dzieciństwo, patrzą na swoich oprawców odprawiających mszę świętą, pouczających wiernych z ambony. Oni nie dają się porwać radosnym pląsom. Kilkadziesiąt lat później zgromadzenie na mszy świętej śpiewa tą sama piosenkę „Ognia daj lampie mej niechaj płonie…”.  Nic się nie zmieniło. Bohater ze swoją traumą zostaje pozostawiony sam sobie. Jak boleśnie prawdziwy to obraz świadczą chociażby historie ze strony fundacji działającej na rzecz ofiar księży pedofilów : www.nielekajciesie.org.pl.

Nie rozumiem akcji w stylu #mój kler3 , zdziwiło mnie umieszczenie na grafice z napisem „Kler” wizerunku Jana Pawła II, Ojca Kolbe, czy księdza Jerzego Popiełuszki 4. Cieszę się, że zaczynamy co raz więcej mówić dobrych rzeczy o kapłanach. Pytanie po co to robić w kontrze do filmu Smarzowskiego? Dla mnie takie akcje wynikają z niezrozumienia omawianego dzieła. Nie lubię takiego podejścia: Smarzowski atakuje Kościół. My mu odpowiemy kontratakiem. Pokażemy mu jacy jesteśmy dobrzy! Jaki mamy wspaniały kler!

To film z mocnym przesłaniem, mówi między innymi o tym, że: pedofilia jest złem, jest przestępstwem, ukrywanie sprawców pedofilii jest złe, istnieją w Kościele mechanizmy chronienia przestępców seksualnych. Czy to są rzeczy nieprawdziwe? Robienie „akcji ewangelizacyjnych” w kontrze do tego filmu jest chybionym pomysłem. O tym jak bardzo aktualnych problemów dotyka, przekonujemy się chociażby oglądając jeden z ostatnich odcinków programu Uwaga5. Dziennikarz przeprowadza w nim wywiad z księdzem, który współżył z dzieckiem. Na pytanie redaktora, czy to co ksiądz robił jest grzechem, odpowiedział on: „- Jest grzechem. No ale to każdy się z tego spowiada, prawda?-  odparł duchowny.  Dodał, że za uczynek otrzymał od drugiego księdza pokutę „odpowiednią do grzechu ciężkiego”. Rodzina poszkodowanego naciska dziennikarza by sprawę wyciszyć.

Perełką omawianego filmu jest dla mnie chwila, w której z ekranu padają słowa Psalmu 51:

Zmiłuj się nade mną ,Boże, w łaskawości swojej.
W ogromie swej litości zgładź nieprawość moją.

Obmyj mnie zupełnie z mojej winy
I oczyść mnie z grzechu mojego.

Uznaję bowiem nieprawość swoją,
A grzech mój jest zawsze przede mną.

Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem
I uczyniłem, co złe jest, przed Tobą.

Poruszająca scena szczerej, głębokiej modlitwy bohatera.

 

„Kler” nie jest filmem z happy endem. Jednak nie zgodzę się z tezą, że kończy się „bez nadziei” (nie raz taką opinię słyszałam). Bez nadziei byłoby dla mnie gdyby nic się nie stało, żaden protest. Gdyby po tym wszystkim bohaterzy wrócili do swoich ról i swoich codziennych zajęć „jak gdyby nigdy nic”. To co się dzieje jest rozwiązaniem ostatecznym, aktem desperacji. Wynika z przeżyć głównego bohatera, jego przekonań, braku zgody na zakłamanie. I w tym sensie myślę, że dopóki są ludzie, których wrażliwość i sumienie skłania do tego by być znakiem sprzeciwu wobec zła, dopóty jest nadzieja.

Nie jest to film. Który odłożyłabym na półkę z napisem „ulubione”. Trudno lubić taki temat, ogrom ludzkiego cierpienia. Za to z pewnością znalazłby się u mnie na półce „najważniejsze filmy jakie widziałam”.

„Uznanie zła, które się dokonało, jest szansą na nowe życie Kościoła”6 powiedział bp Damian Muskus OFM podczas 50. rejsu ewangelizacyjnego na barce w Krakowie. Wojciech Smarzowski opowiedział o „źle” trawiącym Kościół. Unaocznił nam zjawisko, którego skali nie znamy w konkretnych liczbach, bo w Polsce póki co nie ma żadnego raportu w tej sprawie. Wiele jest jeszcze do zrobienia. Trzeba uznać zło, zadośćuczynić ofiarom, zrobić wszystko co możliwe, by takie sytuacje nie miały więcej miejsca i ruszyć dalej. Bez tego nie można ruszyć dalej.

 

Przypisy

1 https://www.deon.pl/religia/wiara-i-spoleczenstwo/art,1471,scenarzysta-kleru-to-nie-jest-film-antykatolicki-wywiad.html

2 https://stacja7.pl/kosciol/pokazac-ocean-dobra-akcja-mojkler/

3 https://stacja7.pl/kosciol/pokazac-ocean-dobra-akcja-mojkler/

4 https://telewizjarepublika.pl/mocne-uderzenie-gazety-polskiej-kler-czyli-nasz-skarb,70532.html

5 https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,24085050,wstrzasajace-wyznanie-molestowanego-ministranta-w-uwadze-tvn.html

6 https://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/z-zycia-kosciola/art,36147,uznanie-zla-ktore-sie-dokonalo-jest-szansa-na-nowe-zycie-kosciola.html